„Miłość w czasach krematoriów”. Slogan na tylnej okładce jest wyboldowany, nie da się go przeoczyć. Tego samego rozmiaru i kroju czcionki użyto do zapisania tytułu na grzbiecie książki. Takim hasłem wydawca reklamował polski przekład Strefy interesów Martina Amisa. Romans jest w prozie Anglika wątkiem pobocznym, ale czytelnikom podsunięto go jako dominantę. Pod płaszczykiem romansidła, choćby holocaustowego, łatwiej sprzedać narrację historyczną, nawet jeśli ta jest wzorowo przystępna. Marketingowcy Domu Wydawniczego „Rebis” nie myśleli ani o autorze, ani o czytelnikach. Chcieli poczuć się bezpiecznie, robiąc cokolwiek, nawet rzeczy najzupełniej zbędne.

Rada Etyki PR napiętnowała ostatnio ukryte reklamy w mediach jako szkodliwe społecznie. O wydawniczych paratekstach (czy też „perytekstach”, jeśli co do joty trzymać się podziału Gennette’a) rzadko myśli się w ten sposób. Długofalowe rezultaty ich przejaskrawiania są jednak równie destrukcyjne. Brak umiaru wydawców wpędza czytelnika w chroniczne zmęczenie. Przestaje być wiadomo, o czym są nowe książki. Najbardziej pomocne w odgadnięciu treści okazuje się dokładne odwracanie wydawniczych sloganów. Ta strategia sprawdzi się również w wypadku Muzyki popularnej Grzegorza Piotrowskiego. Ale po kolei.

Kup pan, jest zdanie o Adele

Książek o muzyce nie wydaje się u nas dużo, ale warto połasić się na ich publikację. Jeśli nie dla pieniędzy, to dla obecności w mediach i bycia na czasie. Książki o muzyce – ponieważ nie wydaje się ich dużo – są skrupulatnie recenzowane, a dźwięk jest, ogólnie rzec biorąc, jednym z wolno, bo wolno, ale jednak zwyżkujących trendów w humanistyce. Wyobrażam sobie zatem, że Państwowy Instytut Wydawniczy mógł się skusić nie tyle na konkretny tekst, ile na posiadanie w swoim katalogu książki o muzyce. Muzyki popularnej Grzegorza Piotrowskiego nie trzeba było przekładać. Może nawet obyło się bez honorarium. Dobra nasza.

Wydawnictwo ma w swoim katalogu książkę muzyczną, polska bibliografia muzyczna odfajkowała temat „popu” (książka Piotrowskiego będzie świecić tytułem w katalogach bibliotecznych i sprawozdaniach z grantów). Tylko my – jak zwykle – jesteśmy stratni. Przy okazji reaktywowania serii „Biblioteka Myśli Współczesnej” PIW zdecydował się zmanipulować czytelników. W streszczeniu na tylnej okładce Muzyki popularnej czytamy, że jest to „pierwsze w literaturze światowej ujęcie systemowe, w którym muzyka ta traktowana jest jako zjawisko swoiste”. Cokolwiek to znaczy, zapowiada się nieźle, ale nawet ta mglista obietnica nie zostanie spełniona.

Wydawca reklamuje książkę Piotrowskiego za pomocą jej wstępnego akapitu, gdzie pojawiają się wyrazy kluczowe „YouTube” i „Adele”. Na tym koniec. Resztę tekstu autor spędzi na przekonywaniu, że rockowe i jazzowe szlagiery, a nawet – o zgrozo – metal (utożsamiany z Metallicą i Slayerem), można, jeśli się ma ochotę, przebadać muzykologicznie. Ale nie trzeba. Sam Piotrowski nie jest entuzjastą tego pomysłu. Ucieka od pisania na temat, podejmując to historię płyty kompaktowej, to koncepcję rockowej muzykologii opartej na muzemach, to znów folkloru i pieśniarstwa ludowego. Ogólnie zgadza się z Nosowską, która „nie ma ochoty być popową szmatą”. To tyle jeśli chodzi o „światowe ujęcie”.

Niestety, książka Piotrowskiego nie opowiada o muzyce popularnej, którą od paru dekad poznajemy, mapujemy i którą się – mówiąc wprost – jaramy. My, to znaczy ludzie od kilkunastu do czterdziestu kilku lat, którzy chodzimy na koncerty, śledzimy nowości, ściągamy płyty z Internetu i je kupujemy, mamy konta na Spotify, piszemy o muzyce, a czasem nawet zdarza się nam o niej dyskutować. Polskojęzyczna bibliografia nie dokumentuje nawet ułamka tego, w czym uczestniczymy i co współtworzymy, nie wspominając już o choćby szczątkowej analizie czy interpretacji. Muzyczna książka PIW-u nie zmienia tego stanu rzeczy, o czym jednak dowiemy się dopiero po zakupie.

Piotrowski nie opowiada o muzyce popularnej młodym, którzy rzeczywiście skorzystaliby na czytaniu o swojej pasji. Adresatami publikacji są ostatni Mohikanie konserwatywnej muzykologii, niedopuszczający do siebie myśli o popie jako pełnoprawnym tekście kultury. Stąd też tytułowa „muzyka popularna” okaże się muzyką nie-klasyczną, czyli – jak to określał Dwight Macdonald – „gumą do żucia”, aparatem konsumpcji. Od jazzu przez world music po Pink Floyd i Cher, bez różnicy. Wszystko ląduje w jednym worku, pełniąc funkcję antypodów dla serious music. Jeszcze 20–30 lat temu Piotrowski byłby na miejscu, dziś jednak skalę metodologicznego, a może i kulturowego zacofania można dobitnie ująć tylko za pomocą liczb.

 

Rekordowa kumulacja

Niewielkiego formatu książka ma 178 stron, wliczając w to okładki, kartę tytułową, bibliografię, spis treści i tym podobne. Na tej przestrzeni Piotrowski upchnął – jeśli się nie mylę – 442 przepisy. Tylko 113 z nich odnosi się do źródeł opublikowanych po roku 2000, a 28 – po 2010. Wyniki są i tak zawyżone. Do nowych opracowań wliczam na korzyść autora dziesięć tomów Continuum Encyclopedia of Popular Music of the World, które Piotrowski przywołuje zbiorczo na poparcie jednej ze swoich opinii. Do źródeł internetowych, wydawałoby się niezbędnych badaczowi muzyki popularnej, autor sięga sześć razy. Cztery odniesienia prowadzą do piosenek na YouTubie, jedno do artykułu o konieczności zreformowania modelu edukacji na Harvardzie, jedno do… rozmowy ze Stingiem na Onecie. Warto dodać, że najczęściej cytowanym przez Piotrowskiego źródłem czasopiśmienniczym jest „Wyborcza”.

We wprowadzeniu autor uprzedza, że czytelnicy „zostaną nieco przeciążeni obszerną literaturą przedmiotu i liczbą przypisów, ale też w Polsce słabo jeszcze orientujemy się w bogactwie refleksji nad muzyką popularną i w obfitości jej kontekstów”. Cóż, mówi tu głównie o sobie. Najlepszym tego dowodem – bibliografia. Wśród 288 pozycji najczęściej, bo aż dziesięciokrotnie przywoływanym autorem jest sam Piotrowski! Na drugim miejscu, z sześcioma wzmiankami, uplasował się Wacław Panek – autor trącących myszką publikacji w rodzaju Relaks z muzyką, Mały słownik muzyki rozrywkowej czy Polski śpiewnik narodowy. Literatura przedmiotu faktycznie przeciąża, ale nie tyle ilością samą w sobie, ile nagromadzeniem muzykologicznych ramot (tom Spotkań muzycznych w Baranowie to tylko wisienka na torcie) i popularnonaukowego szrotu (choćby Nicholas Cook – też na podium).

 

Why so serious?

Dlaczego tak bardzo się przejmuję? W dobie wolnego dostępu do (aktualnych) źródeł anglojęzycznych omyłkowy zakup tej skamieliny nie jest najbardziej palącym problemem (nie boli też cena: wyrzucimy 17,94 + wysyłka). Ważniejsze, że publikacja Piotrowskiego jest kolejną cegiełką dołożoną do mizerii, jaka panuje na polu polskiej krytyki muzyki popularnej. Oto całkiem młody autor (rocznik ’75) kompletnie ignoruje jej ciułany przez lata dorobek, nie poświęcając krztyny uwagi rozległej scenie internetowej. Ta odpłaciłaby się z nawiązką. Gdyby Piotrowski przeczytał choć kilka artykułów na niezależnych serwisach o muzyce popularnej, książka musiałaby wyglądać zupełnie inaczej.

Muzyka popularna kończy się namową do popular music studies, ale młodzi czytelnicy, stojący przed wyborem tematu na licencjat, magisterkę, doktorat na kierunkach humanistycznych i pragnący go pogodzić z pasją słuchania czy też pisania o muzyce popularnej, będą musieli uznać, że sprawa jest z góry przegrana. Kto chce dzięki pisaniu o muzyce znaleźć się w Bibliotece Myśli Współczesnej obok Guya Deborda, musi się zatrzymać albo i cofnąć w rozwoju.

Internetowi recenzenci piszą – owszem, z błędami, źle, schematycznie – o sytuacji popu na tle współczesnych przemian, jakie dotykają mniejszości rasowych czy seksualnych, męskich i kobiecych ról społecznych etc. Tymczasem muzykolog, kulturoznawca, wykładowca uniwersytecki poświęca ponad dwadzieścia stron (80–104) niewielkiej książeczki na wyliczenie instrumentów, po które sięgają twórcy muzyki popularnej, i zdradza, że „klasyczny skład kapeli rockowej obejmuje, oprócz głosu ludzkiego, dwie gitary elektryczne (prowadząca i rytmiczna) oraz sekcję rytmiczną: z elektryczną gitarą basową i perkusją” (której to – perkusji – części składowe również wyszczególnia).

Główny zamiar książki – ustalenie definicji muzyki popularnej – również spala na panewce, co autor bez ogródek przyznaje w zakończeniu, usprawiedliwiając się rozplenieniem wątków (przykład z Muzyki popularnej: berliński Saturn otworzył dział z płytami „niezależnymi”; ach, ta szalona ponowoczesność!). Piotrowskiemu należałoby wpierw wytłumaczyć, jaki jest obecny status muzyki popularnej, co się w jej ramach wydarza, czego chce od swoich odbiorców, a dopiero później dopuścić do klawiatury. Recenzentom, którzy mieliby ochotę zaaplikować do swoich tekstów koncepcje usankcjonowane akademicko, pozostaje muzyczną książkę PIW-u gorąco odradzić, poszukującym słuchaczom nie spodoba się tym bardziej.

G. Piotrowski, Muzyka popularna. Nasłuchy i namysły, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016.

Filip Szałasek - ur. 1986. Doktorant Uniwersytetu Gdańskiego. Publikował między innymi w „Masce”, „Studiach Kulturoznawczych”, „Blizie”. Współpracuje z kwartalnikiem muzycznym „M/I” oraz czasopismem schulzologicznym „Schulz/Forum”. Prowadzi bloga płytowego Fight!Suzan. Autor książki „Jak pisać o muzyce?” (Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2015).

1 komentarz

  1. Józek napisał(a):

    To się Szałaskowi ulało. Chyba czytał inną książkę niż ja, bo nic nie zrozumiał.
    Ale chyba nie o zrozumienie chodziło, tylko o jakiś resentyment, sądząc po ilości żółci. Że innych drukuje PIW, a Szałaska tylko w podwórku?
    Womitowanie w czasopiśmie uznającym się za naukowe?

Napisz komentarz


cztery + = 7