Imperatyw kategoryczny Kanta dziś – w świetle słów, konstrukcji składniowych, które zaraz wygeneruje mój umysł, które potem udokumentują i utrwalą moje dłonie, żeby w sposób niedoskonały wyrazić myśli, będące czymś więcej, niż pozwala im na to język, hermetyczny, a jednak stwarzający najbardziej uniwersalną możliwość transmisji danych na papier – dyskretnie postuluje dyktaturę większości albo silniejszego. Kategorycznie więc się mu sprzeciwiam. Co ma wspólnego sprawowanie władzy z natężeniem głosu i ilością artykułowanych sylab?

Cechy temperamentalne według Hansa Eysencka mają podstawy fizjologiczne:

Zgodnie z założeniami o pozycji jednostki na wymiarze ekstrawersji–introwersji decydują różnice indywidualne w poziomie równowagi procesów pobudzenia/hamowania lub chroniczny poziom aktywacji pętli korowo-siatkowatej[1].

Poddając się badaniu elektroencefalografem, można więc ustalić przyrodzone cechy istoty ludzkiej, które determinują ją jako osobę cichą, zmagającą się z frustracją bycia zakrzykiwaną przez świat hałasu, albo jako współprojektanta tego świata. Idąc tym tropem:

Ekstrawertyk – człowiek interesujący się otaczającą rzeczywistością, łatwo nawiązujący kontakty z innymi ludźmi[2].

Introwertyk – człowiek skupiający się na własnych przeżyciach, mało zainteresowany światem zewnętrznym[3].

Słownik języka polskiego jawnie umieszcza w obu definicjach warstwę aksjologiczną – i tak termin „introwertyk” ma wydźwięk wyraźnie pejoratywny, charakterystyka budzi bowiem skojarzenia z zaburzeniami narcystycznymi (które skądinąd również nie powinny podlegać ocenie moralnej). Nie należy autorów PWN-u obarczać odpowiedzialnością za wartościującą definicję, jest ona definicją powszechną, a takie właśnie powinny być eksplikacje słownikowe, po cichu obrazujące mentalność społeczną. Współczesne uniwersa zawierają w sobie – świadomie bardziej bądź mniej – pochwałę zdolności sprawnej komunikacji z otoczeniem. Jej brak jest słabością i problemem, który zaleca się rozwiązywać na kozetkach pod groźbą utraty posady czy niemożności jej dostania, co przez owe możliwe konsekwencje jest zamachem wycelowanym również w sam dół piramidy potrzeb. Uruchamia machinę, która ekspresowo może zmiażdżyć nieprzystosowanego.

Fromm pisał:

Po pierwsze zakładamy, że każde społeczeństwo jako takie jest normalne, a po drugie, że choroba umysłowa stanowi odstępstwo od typu osobowości, którego to społeczeństwo pragnie, i po trzecie, że celem higieny psychicznej, celem psychiatrii, celem psychoterapii jest przywrócenie przeciętnej osobowości człowieka, niezależnie od tego, czy jest ślepy[4], czy też nie. Liczy się to, że zostaje przystosowany, a oni nie są niepokojeni[5].

 

Foucault:

Trzeba stworzyć historię tego innego rodzaju szaleństwa – innego rodzaju, który pozwala ludziom, poprzez gest suwerennego rozumu zamykającego drugiego u czubków, komunikować się i rozpoznawać siebie w bezlitosnym języku nie-szaleństwa; odnaleźć chwilę zmowy, kiedy to nie-szaleństwo nie mieściło się całkiem w królestwie prawdy, kiedy nie żywiło się jeszcze liryzmem sprzeciwu[6].

 

Obaj dostrzegali poważne aberracje związane z funkcjonowaniem społeczeństw. Życie w zgodzie ze sobą, do którego większość ludzkości dąży, postrzegając je jako gwarant szczęśliwości, jest przywilejem tych, których owa zgoda godzi się z normami etycznymi, społecznymi i, co za tym idzie, psychicznymi, lub też jest jednoczesną zgodą na marginalizację i dyskryminację. Gdy staje się walką z tymi normami, wkracza w sferę absurdu, ponieważ równoczesność pojęć „walka” i „zgoda” ujmuje im znaczenia i przekształca je w „próbę walki” bądź/i „próbę zgody”, dodając dodatkowy komponent w postaci frustracji.

il. Małgorzata Greszta

Załóżmy, że człowiek A posiada określone cechy psychofizyczne, które w pewnym stopniu determinują jego system wartości, z człowiekiem B jest dokładnie tak samo. Przyjmijmy, że istnieją jedynie dwa, częściowo przeciwstawne systemy normatywne. (W przeszłości społeczeństwa ograniczały się do zaledwie jednego takiego systemu, ale globalizacja przyniosła różnorodność i większą dowolność). Załóżmy więc, że obaj – człowiek A i człowiek B – chcą się stosować do zasad imperatywu kategorycznego Immanuela Kanta, czyli godzą się na postępowanie wedle praw, które chcieliby, aby były powszechne. Jest oczywiste, że taka sytuacja doprowadzi do konfliktu, kiedy A i B, determinowani swoimi cechami psychofizycznymi, nie wybiorą tego samego systemu norm. Obaj będą próbować narzucać sobie nawzajem swoje racje i prawdopodobnie zwycięży silniejszy. Zwycięży – a więc ta zasada etyczna wymaga walki między stronami, co gorsza, zwycięstwo bezspornie kojarzy się z siłą. Moim zdaniem ten właśnie imperatyw jest współcześnie jedną z konstytutywnych zasad normalizowania społeczeństw, z czego nie należy się cieszyć, ponieważ jest krytyką słabości, podczas gdy powinno się na słabość przyzwalać, a w przyszłości także dążyć do zawężenia zbioru desygnatów pojęć „słabość” i „siła” w imię tolerancji i poszanowania drugiej istoty. W owym kontekście A – silniejszy – to reprezentant idei konsumpcjonistycznych, B– słabszy – jest ekologiem akustycznym.

 

W 1969 roku walne zgromadzenie Rady Muzycznej UNESCO na wniosek Witolda Lutosławskiego przyjęło uchwałę potępiającą pogwałcenie wolności osobistej i prawa każdego człowieka do ciszy[7]. R. Murray Schafer – ojciec idei soundscape’u, czyli pejzażu dźwiękowego – powołał się na nią w 1973 roku. Schafer przejął termin pejzażu dźwiękowego od Alvina Luciera, który odnosił go do swoich utworów, określając nim dowolne środowisko dźwiękowe i jednocześnie rozszerzając jego znaczenie. Soundscape rozumiał jako ludzkie środowisko wraz z jego percepcyjnym, historyczno- -społecznym kontekstem. Według niego ów pejzaż zakłócony jest hałasem spowodowanym wyższością wizualnego postrzegania świata nad postrzeganiem dźwiękowym. Postulował zwrot ku otwarciu się na rzeczywistość dźwiękową, aby pobudzić wrażliwość i ustanowić interdyscyplinarną naukę o pejzażu dźwiękowym, która to miała stwarzać podwaliny projektowania dźwiękowego (acoustic design). Wszystko ma spełniać warunki zapoczątkowanej przez niego teorii acoustic ecology. W jej centrum znajduje się środowisko jako muzyka. Autor uważa, że kompozytorzy powinni brać udział w badaniach dotyczących soundscape’u i działać jako projektanci środowiska akustycznego, a także być pedagogami, ćwiczyć społeczeństwo poprzez tak zwane czyszczenie uszu i w ten sposób wypracowywać kulturę odbiorczo słuchową – aural culture[8]. W związku z dostrzeżeniem problemu hałasu w audiosferze – który uwypukliło między innymi World Forum for Acoustic Ecology współtworzone przez Schafera – w 1985 roku pojawia się nowa uchwała, którą podjął tym razem Parlament Europejski: „o prywatności dźwięku i prawie do indywidualnego wyboru muzyki”[9]. Jej treści sprzeciwiają się zanieczyszczaniu pejzażu dźwiękowego muzyką, dostrzegając z jej strony zagrożenia dla zdrowia. Istotne jest zwłaszcza natężenie dźwięku, które może mieć właściwości manipulacyjne. Paradoksalnie indoktrynacja poprzez muzykę występuje współcześnie pod nazwą „audiomarketing” i rozwija się prężnie. Tworzy się sztuczne pejzaże dźwiękowe, które odpowiednio sterują ewentualnym nabywcą. Są coraz częściej spersonalizowane, tak aby skuteczniej wpływać na odbiorcę. Dostrzegam w tym zjawisku swoistą klęskę soundscape’u, który dostał się w niepożądane ręce – ręce gospodarki wolnorynkowej – i służy ideom sprzecznym ze swoimi pierwotnymi postulatami.

 

Wyobraźmy sobie, że wybraliśmy się z Hildegard Westerkamp na spacer dźwiękowy. Nasza przewodniczka chce, abyśmy doświadczyli „bezkompromisowego słuchania”[10], zaczynając od najcichszych dźwięków płynących z naszego ciała i kończąc na nierzadko bolesnych wręcz hałasach. Soundscape to dowolny wycinek środowiska brzmieniowego, co więc się stanie, gdy przekroczymy przesuwne szklane drzwi galerii handlowej?

Czy słyszysz jakieś cyklicznie występujące albo wyróżniające się dźwięki? Szelest? Huk? Świst? Łomot? Skąd wydobywają się poszczególne dźwięki? Co jeszcze słyszysz? Odciągnij uszy od tych wszystkich dźwięków i wsłuchaj się w to, co poza nimi – w przestrzeń. Jaki jest najcichszy dźwięk? Co jeszcze słyszysz? Co jeszcze? Co jeszcze? Co jeszcze? Co jeszcze?[11].

Nic. Marketingowcy natychmiast zahipnotyzowali nas odpowiednią muzyką. Nazywają to nawet bez pardonu „terapią muzyczną”, która ma stworzyć optymalne warunki sprzedaży. Psychologowie biznesu wiedzą, że umiejętnie wyselekcjonowana ścieżka dźwiękowa:

dociera do bodźców sensorycznych i pobudza do głębszego myślenia, pomaga zapamiętać miejsce i wydarzenie, co pozwala na odtworzenie tej sytuacji w przyszłości i zachęca do ponownego odwiedzenia. Oddziałuje pozytywnie, towarzysząc konsumentowi podczas dokonywania zakupów i podejmowania odpowiednich wyborów, a także pozwala na „zatrzymanie” klienta w miejscu handlowym znacznie dłużej, w momencie gdy docierają do niego znane, pozytywne brzmienia i likwiduje efekt „ciszy”, rozluźnia klienta, oddala wrażenie, że „jest obserwowany” przez personel[12].

 

Westerkamp jest zdania, że praktyka spacerów dźwiękowych może zwiększyć nasze szanse na przetrwanie, audiomarketingowcy twierdzą, że manipulacja dźwiękiem może zwiększyć szansę na zysk. Marketing lubi podkręcać głośność, lubi jaskrawe brzmienia, donośny śmiech, krzykliwe zachwyty, hałaśliwe zdumienia. Mówi szybko i piskliwie, żeby nie było słychać naszych myśli. Dużo, głośno i stanowczo, żeby przebić się przez zapory rozumu – wroga popytu.

 

Grzechy najcięższe kapitalizmu względem ciszy są następujące: po pierwsze, posłużył się on dokonaniami badaczy soundscape’u (ukierunkowanymi m.in. na odnalezienie etyki dźwięku i oczyszczenie fonosfery) do stworzenia manipulującego konsumentem – czyli słabszym – audiomarketingu, przeinterpretowując schaferowską schizofonię[13]. Po drugie, jako organizator społeczeństw i niejako odgórny ich normalizator, działający rzecz jasna w swoim interesie, a więc nastawiony na lukratywność, przedkłada ponad wszystko sprzedaż. Zatrudniając armię akwizytorów, preferuje tych najbardziej komunikatywnych. Preferowani czują się z tego powodu komfortowo i jednocześnie w pewien sposób wyjątkowo, co też konstytuuje ich jako silniejszych – stają się jednocześnie współprojektantami rzeczywistości i jej współnormalizatorami. I generują hałas.

Jedną z podstawowych cech współczesnego społeczeństwa i naszej gospodarki jest rola rynku. Można zapytać, co ma wspólnego rynek z psychologią. Uważam, że w każdym społeczeństwie ludzie w znacznym stopniu są kształtowani przez warunki ekonomiczne i społeczne, w jakich żyją. Było to jedno z odkryć Karola Marksa i choć być może dogmatycznie wyolbrzymił on i przecenił swoją teorię (tak sądzę), choć moim zdaniem nie docenił wielu ludzkich czynników, czynników nie należących do dziedziny gospodarki, jestem zdania, że była to jedna z najdalej idących, najbardziej fundamentalnych prób zrozumienia społeczeństwa[14].

 

Patologia normalności Ericha Fromma dawno się już zdezaktualizowała, a niektóre twierdzenia bywają niedokładne lub brzmią wręcz groteskowo w świetle obecnego stanu badań, ale są w niej zawarte jednako myśli matematycznie logiczne i trwałe. Rynek kształtuje społeczeństwo, a także wprowadza normy. Hałas płynie nie tylko z przestrzeni industrialnych czy medialnych, lecz jest także wywoływany w poszczególnych grupach i środowiskach społecznych przez ekstrawertyków, czyli część ludzkości przez rynek uprzywilejowaną (choć pozostającą w mniejszości).

 

„Akustyka” paradoksalnie kojarzy mi się nie z dźwiękiem, a z ciszą. Ze stwarzaniem odpowiednich przestrzeni, w których wydobywać należy jedynie pożądane tony i fonemy – te ważne. „Milczenie” uważam za minimalistyczne tło dla myśli, które – jak pisałam we wstępie – są czymś więcej, niż pozwala im na to hermetyczny język, stwarzający jednak najbardziej uniwersalną możliwość transmisji danych na papier (czy też do audiosfery). Stąd „akustyka dyktatury ekstrawertyzmu” (czyli niejako hałasu) pobrzmiewa w mojej głowie jako oksymoron. „Ekstrawertyk” to ktoś mniej wrzawoczuły, współgenerator hałasu, któremu łatwiej odnaleźć się w zgiełku. „Introwertyzm” odczytuję z komunikatów środowiska jako anemiczność. Mój pień mózgu, jego wzgórze i zwoje podstaw, podwzgórze i układ limbiczny definiują mnie jako introwertyczkę. Kapitalistyczne normy społeczne zaś kwalifikują mnie z powyższej przyczyny jako cherlawą – to swoisty absurd.

 

Według Antoniego Kępińskiego kryterium normy psychicznej stanowi prawdopodobieństwo. „Zachowanie normalne w takim ujęciu byłoby zachowaniem dla danej sytuacji najbardziej prawdopodobnym, a zachowanie nienormalne – takim, które ma najmniejszy stopień prawdopodobieństwa”[15]. Jest to w pewien sposób sprzeczne z teorią ewolucji, która nakazuje organizmom nieustannie modyfikować się w formy bardziej rozwinięte bądź bardziej przystosowane, zakłócając stałość umacniającą kompatybilność obliczeń prawdopodobieństwa. Taka definicja wszakże trafnie wyznacza kierunek mentalności społecznej, która oczekuje konformizmu[16]. Według Spinozy „Siła, z jaką człowiek trwa w swym istnieniu, jest ograniczona, i moc przyczyn zewnętrznych przewyższa ją nieskończenie”[17]. W tym kontekście znaczy to tyle, że wymagania społeczne zawsze będą ostatecznym determinantem umysłowej homeostazy. Taki porządek to, zdaje się, constans, jednak postuluję dostosowanie owych wymagań do – bądź co bądź – większości, jaką stanowią na tej planecie introwertycy. Ci znajdujący się na drugim biegunie, jako współtwórcy hałasu cierpią być może czasem nie mniej, tkwiąc w zanieczyszczonych pejzażach dźwiękowych, nie myśląc nawet o ucieczce. Tymczasem hałas jest czynnikiem szkodliwym dla każdej istoty ludzkiej, nasza natura biologiczna i jej potrzeby powinny być przez nas rozpoznane i szanowane.

 

 

Kapitalizm, adorujący ekstrawertyczne własności temperamentalne, dokonuje zamachu na genetyczną naturę introwertyków, a jako kreator rzeczywistości odbiera wszystkim prawo do ciszy. Rezultatem są choroby zakodowane w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10[18] między innymi symbolami rozpoczynającymi się literą „F””, czyli zakwalifikowane jako zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania (mowa głównie o tych skategoryzowanych jednocześnie jako cywilizacyjne), które nierzadko pociągają za sobą nawet niepełnosprawność. Jeśli nie, zmuszają – w imię ujednolicania ludzkości do powielania wygodnych dla rynku wzorców – do długoletniej i nie zawsze skutecznej terapii psychologicznej czy farmakologicznej, odbierają godność i zdolność do zharmonizowana swojego bytu – nie dawajmy na to pokornego przyzwolenia, niezależnie od temperamentu rośćmy sobie prawo do ciszy i dbajmy o ekologię akustyczną. Odziedziczone po pracywilizacjach masochistyczne skłonności człowieka, drzemiące w jego podświadomości, mogłyby zostać w ten sposób choć odrobinę zduszone.

 

Przypisy:

[1] J. Strelau, Psychologia temperamentu, Warszawa 1988, s. 81.

[2] Ekstrawertyk [hasło], Słownik języka polskiego PWN, http://sjp.pwn.pl/sjp/ekstrawertyk;2556331.html (dostęp: 13.04.2017).

[3] Introwertyk [hasło], Słownik języka polskiego PWN, http://sjp.pwn.pl/sjp/introwertyk;2561895.html (dostęp: 13.04.2017).

[4] Warto przytoczyć tu wcześniejszy fragment, który – mam nadzieję – pozwoli lepiej ów cytat zinterpretować: „Wielu z was zna zapewne opowiadanie H.G. Wellsa pt. Kraina ślepców (1925), w którym młody człowiek, zagubiony gdzieś w górach, napotyka plemię, którego członkowie od pokoleń są ślepi od urodzenia. On widzi. Jednak to jego pech, bo wszyscy są bardzo podejrzliwi, i są tam wielce uczeni lekarze, którzy rozpoznają jego chorobę jako dziwaczną czy niespotykaną anomalię twarzy, która jest źródłem wszelkiego rodzaju dziwnych i patologicznych zjawisk. [„Te zjawiska, które zwą oczami i które stanowią miłe, miękkie zagłębienie twarzy, w jego wypadku są chore i zaatakowały mózg. Są silnie rozdęte, ten człowiek ma rzęsy, a jego powieki poruszają się i wskutek tego mózg jest w stanie nieustannego podrażnienia i rozproszenia”]. Nasz bohater zakochuje się w miejscowej dziewczynie, której ojciec jest mu niechętny, ale w końcu jest skłonny wyrazić zgodę na małżeństwo, o ile młodzieniec zgodzi się na operację, która pozbawi go wzroku. Ale zanim ten wyrazi zgodę na oślepienie, ucieka”.

[5] E. Fromm, Patologia normalności. Przyczynek do nauki o człowieku, przeł. S. Baranowski, R. Palusiński, Kraków 2016, s. 16.

[6] M. Foucault, Szaleństwo i literatura. Powiedziane, napisane, przeł. B. Banasiak [i in.], Warszawa 1999, s. 5.

[7] Uchwała międzynarodowej rady muzycznej, „Ruch Muzyczny” 1970, nr 1, s. 3.

[8] M. Kapelański, Narodziny i rozwój ekologii akustycznej pod banderą Szkoły Pejzażu Dźwiękowego, „Muzyka. Kwartalnik Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk”, R. 50: 2005, nr 2 (197), s. 107—119.

[9] Privacy of sound, Strasbourg 1985, cyt. za: D. Gwizdalanka, Rewaloryzacja homo musicus, „Ruch Muzyczny” 1987, nr 24, s. 21.

[10] H. Westerkamp, Spacery dźwiękowe, „Glissando” 2015, nr 26, s. 24–29.

[11] Tamże.

[12] http://www.audio-marketing.pl/ (dostęp: 3.04.2017).

[13] Por. D. Brożek, Schizofonia oswojona, „Glissando” 2015, nr 26, s. 36—39

[14] E. Fromm, dz. cyt., s. 48.

[15] A. Kępiński, Poznanie chorego, Kraków 2003.

[16] Z. Czapla, O pewnych wybranych kryteriach „normy” w psychologii i psychiatrii, w: A. Malinowski (red.), H. Stolarczyk (red.), W. Lorkiewicz (red.), Antropologia a medycyna i promocja zdrowia, t. 3, Łódź 2000, s. 9–26.

[17] B. de Spinoza, Etyka w porządku geometrycznym dowiedziona, przeł. I. Myślicki, oprac. i wstęp L. Kołakowski, Warszawa 1954, s. 210.

[18] ICD-10. Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych. Rewizja dziesiąta, t. 1, 2008, http://stat.gov.pl/Klasyfikacje/doc/icd10/pdf/ICD10TomI. pdf (dostęp: 15.03.2017).

Małgorzata Greszta - studentka muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim, związana z magazynem „Glissando”. Interesuje się kognitywistyką i filozofią nauki; zajmuje się też grafiką.

Napisz komentarz


trzy × = 6