Joanna Oparek jest poetką, której twórczość śmiało podciągnąć można pod praktyki surrealistyczne, jeśli surrealizm rozumieć jako nieskrępowany żywioł mowy, realizowany przez zapis automatyczny. W tomie Berlin Porn, najnowszym jej tegorocznym zbiorze wydanym przez poznańskie Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, zyskuje ta dykcja; wybrzmiewa w nim bardziej energia mowy niż pisma, więcej społecznego wigoru i żywiołowości niż maniery odautorskiego poetyckiego szansonizmu, w wielu wypadkach przypominającego umizgiwanie się do publiczności. Dukt fraz jest szaleńczy, bezkompromisowy, pomimo przełamań takich jak przerzutnie, przeważa reguła zamknięcia sensu w wersie. Tempo jest szybkie, dyktowane przez złość, niespełnienie, oburzenie. Tylko ostatnia część tomu, o tytule Eufemizm, zdaje się wyhamowywać niemalże zawrotne tempo, z tonacji gniewu autorka schodzi do bardziej cichych rejestrów, w międzyczasie okraszając większą liczbą figur stylistycznych swoją wypowiedź artystyczną. Cały zbiór wierszy wraz z tytułowym poematem zdradza jednak przewagę myślenia prozatorskiego nad poetyckim, narracja przeważa tu nad organizacją językową, choć we współczesnym świecie jedynym podziałem na prozę i poezję zdaje się zapis poziomy albo pionowy.

Jak zaznaczył w jednej ze swych recenzji krytyk Paweł Kaczmarski, Joanna Oparek „pisze dużo o sferze erotycznej, o relacjach intymnych, o społecznych normach dotyczących seksualności i przekraczaniu tych norm, o cielesnych nawykach – i tak dalej. Interesujące jest przy tym nie samo jej zainteresowanie erotyzmem (chociaż, zaznaczmy, wśród szerzej rozpoznawalnych polskich poetów współczesnych nie ma chyba nikogo tak skupionego na tym, co erotyczne), a fakt, że rozważania nad tą sferą życia nie są u niej traktowane instrumentalnie, jako element poetyckiej autokreacji. Poezja Oparek to nade wszystko próba opowiedzenia – przez pryzmat seksualnych relacji i norm – o wolności, przemocy i (zaryzykujmy banał, jednak banał potrzebny) kondycji człowieka współczesnego”. Przypomina się tu Różewiczowska pasja zwracania uwagi na bolączki świata współczesnego, zwłaszcza poprzez dominujący wiersz wolny, biały, a zarazem drastyczne wskazywanie lirycznym palcem na rozpęknięcie świadomości i realiów.

Przywoływany od początku poematu Jack Unterweger, austriacki morderca prostytutek, oraz festiwal Berlin Porn, w którym można się zetknąć z wszelkimi rodzajami pornografii i sposobami uprawiania seksu, są klamrą rozgrywającą niespełnienie miłosne i seksualne na przestrzeni całego tomu. Autorka wskazuje na tabu społeczne, jakim jest erotyzm, by też wskazać na rozterki „ja” lirycznej związane z niesprawiedliwością w tej materii. Autorka mówi: „No kto chciałby słuchać o prawdziwej miłości to tak/ jakbym miała sprzedać stacji komercyjnej/ scenariusz o nasionach pszenicy/ kiełkujących w dobrej glebie”, a w innym miejscu stwierdza: „dusza jest nudna i pretensjonalna kiedy myślę o duszy widzę/ bieliznę zdejmowaną nieporadnie/ przez amatorkę”. Oto kobieta pisze o kobiecie uprzedmiotowionej w czasach, gdy pornografia stawia na zysk, właściwie pornografia świetnie wpisuje się w baudrillardowskie symulakry, inaczej widzimy ciało w rzeczywistości, inaczej na ekranie, z ekranem nie nawiąże się więzi, klasyczne człowieczeństwo zostaje zawieszone. Pornografia nie buduje społeczeństwa. W jednej z części poematu czytamy: „Niech moje ciało dozna wszystkiego powiedział/ czego nie dozna moja dusza mówi”, następnie „i każdy skłonny jest do zadawania bólu pod dyktando/ innym obcym/ i do kwestionowania bólu innych obcych”, w innym fragmencie stoi: „Czy kiedy wchodzisz we mnie nie jest tak/ jakbyś oddawał moją duszę mojemu ciału/ jakbyś z powrotem ją tam wkładał”. Tu mamy do czynienia z próbą znalezienia opisu dla zgubionej miłości, dla rozproszonej jej formy, niemal mistyczne pragnienie więzi z archetypiczną może męskością? Właściwie jest to bardziej rozgrywanie wątpliwości niż dawanie jasnych odpowiedzi, stawiane są podchwytliwe pytania. Wśród chwytów oczywiście dominuje ironia, napędzona przez niezgodę na zastany porządek rzeczy.

Pierwszy wiersz Ferrari rozpędza tom niemalże do prędkości przywoływanego ferrari, prędkość przywoływanego ferrari łączy się z namiętnością, z prędkością namiętności, stopniowanie faz erotyczności kojarzyć się może ze zmianą biegów, postawić to można na równi z inwokacją do niespełnionego pragnienia. Berlin Porn z innej strony jako rozpisana partytura staje się opowieścią-wariacją, w której splatają się wątki od erotycznych po etyczne, dla których narracja jest jedynie punktem odniesienia, bo, jak sądzę, tak naprawdę autorce chodzi o etykę erotyki (tu się kłania praktyka poetycka Nowej Fali, ze sposobem zapisu na czele), a ostatnia część Eufemizm jest rozluźnieniem napięcia, rozprzężeniem, co rozładowuje gniew poetycki. Te trzy części sprawiają wrażenie zapisu klasycznego aktu seksualnego, nie jest to w ostatnich czasach zbyt rozpowszechniona praktyka, rzadko tomy są zestrajane kompozycyjnie (trzy odrębne wiersze jak trzy akty w dramaturgii?). Ostatnie słowa ostatniej zwrotki poematu wiodącego brzmią jak orgazm, poprzedzają je słowa o Bogu, a koniec brzmi tak: „Kocham się w porno/ naprawdę kocham się w porno kiedy udaję że się kocham/ Państwo nie?” – równie dobrze może to być zapis wyznania którejś z aktorek podczas konferencji prasowej po opublikowaniu trailera porno. Pierwsza i trzecia część „tryptyku” są jak ying i yang: pierwsza jest jak dzika jazda w pościeli, ta druga jest zapisem podpierzynnej czułości. Tom jest więc przemyślnie skonstruowany, napięcie wyeskalowane do granic możliwości znanych poezji polskiej, właściwie całej historii poezji polskiej.

Przykładem zgrabnej dykcji jest 19. część poematu Berlin Porn, gdy utwór oscyluje między ośmiozgłoskowcem i jedenastozgłoskowcem, częściej bliżej mu do nieregularnego ośmiozgłoskowca (przypomina sie Mikołaj Rej, acz to inne konteksty historyczne) oraz Eufemizm, który operuje szerszym spektrum środków stylistycznych, od aliteracji po rymy, jest najbardziej muzycznym utworem w całości kompozycji (partytury?). Większość z poematu Berlin Porn sytuuje się pomiędzy zapisem automatycznym a nowofalową, czy też trochę brulionową poetyką – aż do granic bluzgu, choć czystym bluzgiem ta poezja nie jest. Wśród chwytów oczywiście dominuje ironia, napędzana przez niezgodę na zastany porządek rzeczy.

 

 Joanna Oparek, Berlin Porn, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2015.

 

Robert Rybicki - ur. w 1976 r. w Rybniku, żyje, pisze, oczekuje na tom Dar Meneli w WBPiCAK w Poznaniu, mieszka w Krakowie; nikt na razie ze środowiska literackiego o niego nie musi się martwić, nawet Szczepan Kopyt.

Napisz komentarz


trzy × 5 =