Trzy lata temu, gdy tysiące Ukraińców wyszło na kijowski Majdan, by zademonstrować swoją przynależność do Zachodu, wszystko wydawało się jasne. Wielkie nadzieje, wsparcie ze strony UE, ciągłe wyrazy międzynarodowej solidarności, historyczne deklaracje i polityczne gesty. Później blisko setka ofiar śmiertelnych, tysiące rannych, aneksja Krymu, hybrydowa wojna z Rosją i podział kraju. Mimo to udało się obalić sterowany przez Moskwę rząd, zaprzysiąc proeuropejskie władze, podpisać umowy pokojowe i rozpocząć powolny proces „wprowadzania Ukrainy do Europy”. Teraz, kilka lat po zrywie, scrollując kolorowy Internet, bez wyrzutów sumienia omijamy szczątkowe informacje o reformach w Kijowie czy o wojnie w Donbasie. Dlatego też nowa książka Andrija Lubki – najciekawszego ukraińskiego pisarza młodego pokolenia – opowiada nam dziś o rozczarowaniu… Ale nie tylko.

„Pod granicą między Słowacją a Ukrainą odkryto tajny tunel długości siedmiu boisk piłkarskich, wyposażony we własną kolej, a w nim ponad 2,5 miliona sztuk przemycanych papierosów – powiadomił słowacki rząd. Policja informuje, że tunel mógł być też wykorzystywany do nielegalnego przerzutu ludzi… Reuters, 19.07.2012”. Od takiej notki zaczyna się – używając pełnego tytułu – Karbid albo niewiarygodne tragikomiczne przygody pewnego szlachetnego człowieka i całej zgrai łajdaków, którzy szturmowali granicę wodą, niebem i lądem, aż doprowadzili bohatera do podziemnego królestwa cieni. I te dwie informacje w pewnym sensie nakreślają fabułę oraz sam zamysł książki, lecz tylko w pewnym sensie.

Miejscem akcji Karbida jest bowiem Miedwiediów na pograniczu ukraińsko-węgierskim (w rejonie Zakarpacia). Choć miasteczko to w rzeczywistości nie istnieje, jego obraz stanowi metonimiczną narrację starającą się krytycznie objąć mętną specyfikę Ukrainy, a przede wszystkim tego jej oblicza, które egzystuje gdzieś poza głównym strumieniem medialnych przekazów Zachodu. I mimo iż akcja powieści rozgrywa się w roku 2015, to efekt końcowy niniejszego zabiegu nie jest przesyconą patosem laurką dla młodego, nowego społeczeństwa, lecz cierpką wizją uchwyconą niczym w krzywym zwierciadle. Już sama nazwa miasta definiowana jest przez narratora za pomocą legendy o nie w pełni legendarnej wymowie. Miejscowość ma bowiem zawdzięczać swe obecne miano hordom z imperium niedźwiedzi, które w zamierzchłych czasach przechrzciły Miedów na Miedwiediów[1]. Ostatecznie – zgodnie ze słowami narratora – „(…) choć imperium upadło, to nazwa pozostała, gdyż miedwiedianie byli strasznie leniwi i obojętni. W okolicznych wsiach opowiadano, że ulubionym zwierzęciem miedwiedian jest żmija, która nawet chodząc, leży” (s. 7).

Hord z imperium niedźwiedzi w ukraińskiej przestrzeni szukać nietrudno. Bo przecież „rosyjski niedźwiadek” odciska głębokie polityczne piętno na skórze naszego wschodniego sąsiada co najmniej od czasów ugody perejasławskiej w XVII wieku, której pokutowanie (czyli poddanie się Ukrainy pod carskie zwierzchnictwo) po sukcesie Euromajdanu miało się zakończyć raz na zawsze, parafrazując słowa Arsenija Jaceniuka, ówczesnego premiera.

Umiejscowienie fikcyjnego Miedwiediowa również nie jest przypadkowe. Miasteczko znajduje się tuż przy granicy z Węgrami, a zatem u bram raju – mitycznego Zachodu, upragnionej Unii Europejskiej, tuż-tuż, blisko, lecz nadal „przed”, nadal na pograniczu. I właśnie ten aspekt jest tu zasadniczy, bo Ukraina praktycznie od początku była obszarem pogranicza, czego świadectwo mamy już w jej etymologii. Zgodnie z popularną teorią językoznawczą termin „ukraina” oznaczał właśnie „ugranicze”, „krańce państwowe”[2]. Znalezienie się w takich warunkach geopolitycznych, rzecz jasna, wymaga od mieszkańców konkretnego ustosunkowania się do zastanej sytuacji – w przypadku bohaterów Karbida jest to głównie wyspecjalizowanie się w przemycie. A zatem u Lubki, nie przymierzając, każdy wtajemniczony jest w kontrabandę lub w inny, równie zakazany fach. Dla przykładu, Ikar jest wyrafinowanym przemytnikiem, który z niejednego pieca chleb jadł i niejedną marszrutę przetarł, a własny pseudonim zawdzięcza swej odważnej próbie przemytu papierosów za pomocą machiny latającej. Geniusz Karpat natomiast jest znawcą tajemnych, leśnych ścieżek, które przecinają granicę Ukrainy ze strefą Schengen. Jego główne zajęcie to przerzut nielegalnych emigrantów z całego świata do UE. Z kolei Diablica w wolnych chwilach trudni się nielegalnym handlem organami. Oczywiście jej klientami są zamożni decydenci z Europy Zachodniej itd., itp. O każdym ze swoich bohaterów Lubka snuje barwną gawędę – a gawędziarzem jest bezsprzecznie wybitnym – i każdą z tych gawęd przyozdabia swoistą klątwą pogranicza. Człowiek jest tu zdeterminowany przez swoje położenie i bez zdecydowanej „interwencji z góry” trudno mu będzie odmienić swój los. W tym miejscu można zatem poszukać ewentualnych opcji tej „interwencji”. Cóż… najbliższą „górę” w politycznie uwikłanym Karbidzie stanowi władza polityczna, którą uosabia postać mera.

Warto tu podkreślić, że czas akcji powieści to połowa 2015 roku, czyli niespełna dwa lata po zrywie na kijowskim Majdanie. Zatem politycy ukazani w powieści są już tym świeżym, odmienionym obozem władzy. Aczkolwiek mera raczej trudno nazwać „nową” postacią z kryształu… Niby ma on na uwadze dobro ludzi, niby przekręty, których się dopuszcza, nie wzbudzają obrzydzenia, a co najwyżej serdeczny uśmiech, jednakże jego osobliwy patriotyzm nie przynosi wielkich korzyści obywatelom. Bo to jego umiłowanie ojczyzny przejawia się głównie w wielkim szacunku do plonów rodzimej, zakarpackiej ziemi – alkoholu i zagrychy. Mer już drugą kadencje sprawuje swe rządy i zmiana w „przestrzeni Miedwiediowa” w tym czasie, odnotowana przede wszystkim przez narratora, to przemiana postury urzędnika, a mianowicie metamorfoza ze szczupłego mężczyzny w spasionego żarłoka. Oczywiście mer jest zwolennikiem Euromajdanu i sam mocno podkreśla, że już na samym początku rewolucji w lutym 2014 roku otwarcie poparł proeuropejski zryw. I cały szkopuł w tym, że rewolucja rozpoczęła się w listopadzie 2013 roku, natomiast w lutym na Ukrainie nie było już trzymającego promoskiewski kurs Janukowycza, a rządy jego stronnictwa definitywnie dobiegły końca, więc wówczas poparcie Euromajdanu stanowiło jedyną korzystną drogę dla polityków, którzy chcieli utrzymać się przy władzy. Taki obraz mera nie jest jednak wymyślną karykaturą na potrzeby groteskowej powieści. Przywary najwyższego urzędnika Miedwiediowa trafnie opisują dość sporą grupę ukraińskich polityków, którzy dzierżą berło władzy w nowej, proeuropejskiej Ukrainie, co ze smakiem punktuje Lubka.

Przemytnicy, oszuści, drobne rzezimieszki i nieporadni politycy. W taki właśnie świat zostaje wrzucony tytułowy bohater, Karbid – prawdziwy patriota, miłośnik Tarasa Szewczenki, zwolennik integracji z Europą, sumienny nauczyciel historii, dobry mąż, wzorowy obywatel, były członek organizacji patriotycznych; a jednocześnie – naiwniak, kretyn, pośmiewisko, człowiek, który przybrał imię Tys na cześć rzeki Tysy (przepływającej przez jego rodzime miasto), by być jak Tyberiusz, który imię swe zawdzięczał Tybrowi. I ten oto bohater wpada pewnego dnia na niezwykle wzniosły pomysł, ażeby Ukrainę połączyć z Europą tunelem:

„Dzisiaj, po Euromajdanie, po agresji Rosji, Ukrainie koniecznie potrzebne jest nowe wyjście. Już było okno do Europy, były i drzwi, i brama, i korytarze, i szlabany. Teraz przyszedł czas, żeby zbudować tunel, skoro wszystko inne zawiodło. Ukraińcy, a w szczególności Zakarpatczycy, zawsze pielęgnowali marzenie o zjednoczeniu z matką Europą, my jesteśmy tylko narzędziem narodowego ducha! Nikomu tak nie zależy na otwarciu granic jak wciśniętym między góry i szlabany Zakarpatczykom! Nam tu już po prostu brakuje powietrza! I nasz podarunek dla Ukrainy będzie taki, że sami otworzymy jej drogę do Europy, właśnie zakarpacka patriotyczna ziemia stanie się miejscem zjednoczenia!” (s. 102)

Niestety Tys-Karbid nie jest w stanie zrealizować tego planu w pojedynkę. Zatem zwraca się do swoich znajomych, którzy również widzą wielką szansę w jego idei, jednak nie na eurointegrację, a na możliwość wielkiego, nieograniczonego przemytu. W ten sposób tworzy się drużyna złożona z przemytników i naiwnego patrioty, który żyje w swoim pięknym śnie o jedności Ukrainy i UE, „Wschodu” i „Zachodu”. Konfrontacja ta obfituje na kartach powieści w cały szereg komicznych zdarzeń, jednak zakończenie tej historii wręcz zmusza czytelnika do poważnych refleksji.

Przemytnicza, karykaturalna Ukraina, którą przedstawił Lubka, to pesymistyczna wizja części społeczeństwa, która nie chce się jednoczyć z Europą, a głównie dlatego, że się jej to nie opłaca. Przemyt – na którym tracą przede wszystkim budżety państw – jest głównym źródłem dochodów kontrabandy otaczającej Tysa-Karbida, przemyt jest ich miejscem zatrudnienia, przemyt jest czymś, co ich definiuje. Kim jest zatem sam Tys? Przedstawicielem romantycznego, straconego pokolenia? Naiwnym dzieckiem mitu powszechnej eurointegracji? A może skrajną egzemplifikacją zdradzonego przez Europę?

Andrij Lubka w tej pełnej humoru, groteskowej, rabelaisowskiej powieści genialnie – a zarazem z niezwykłą lekkością – przedstawiając swoich rodaków w krzywym zwierciadle, ukazuje kuriozalność chorobliwego zaostrzania granic między „Zachodem” a Ukrainą. Mimo komediowego wydźwięku książki wyinterpretujemy z niej również racjonalne, ekonomiczne argumenty czy prawdziwe obawy i emocje zwyczajnych, niezamieszanych w przemyt i inne przekręty Ukraińców, którzy własną krwią zapłacili za swój proeuropejski wybór, a teraz muszą się mierzyć z coraz większymi utrudnieniami i upokorzeniami przy wjeżdżaniu do państw – formalnie przychylnej im – Unii Europejskiej.

Warto też wspomnieć, że powieść Lubki można także czytać jako ironiczną odpowiedź na Wolterowskiego Kandyda, którym francuski pisarz utrwalił na Zachodzie obraz dzikiego i zacofanego mieszkańca Europy Wschodniej. I po zestawieniu tych dwóch dzieł wysuwa się jedno konkretne pytanie – jeśli Wschód jest dziki, to kto chce i komu jest na rękę, żeby ten Wschód taki właśnie był?

Karbida można czytać jeszcze na wiele różnych sposobów, ja na koniec chciałbym zaproponować „formułę lekkiej nadinterpretacji”. Karbid jest to bowiem powieść polityczna, w której odbijają się losy naszego wschodniego sąsiada – losy nieco podobne do naszej historii, a przede wszystkim naszej historii stosunków z Zachodem. Przeczytajmy tę książkę jak na poły opowieść o Polsce (choć Polska pojawia się w niej kilka razy), a z pewnością dojdziemy do ciekawych wniosków…

 

 

* Książka Karbid Andrija Lubki w przekładzie Bohdana Zadury ukazała się w lipcu 2016 roku nakładem wydawnictwa Warsztaty Kultury w Lublinie.

 

 

Przypisy:

[1] Naturalnym odpowiednikiem Medmedowa z ukraińskiego oryginału byłaby w języku polskim nazwa Niedźwiedziów, natomiast Medowa – Miodów. Tłumacz jednak wybrał parę Medów i Miedwiediów, by zachować fonetyczną analogiczność z języka ukraińskiego, gdzie słowa miód i niedźwiedź (мед i ведмідь) wykazują łatwo dostrzegalne podobieństwo brzmieniowe.
[2] Taką definicję możemy odnaleźć m.in. w klasycznej pozycji Geografia historyczna ziem dawnej Polski (1903) Zygmunta Glogera. Współczesne językoznawstwo ukraińskie jest jednak bardziej skłonne wywodzić nazwę swojego państwa od staroruskiego słowa „kraj” („swoja ziemia”), które w połączeniu z „u” tworzy antonim słowa „czużbina” – „cudza ziemia”; zob. В.М. Русанівський, Українська мова, w: Енциклопедія „Українська мова”, Київ 2000.

 

Dezydery Barłowski - ur. 1991, prozaik. Twórca tekstów artystycznych, naukowych oraz dziennikarskich. Tłumacz współczesnej literatury amerykańskiej. Absolwent komparatystyki, filologii polskiej, dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Obecnie doktorant w Katedrze Teorii Literatury UJ.

Napisz komentarz


+ trzy = 6