Pada drobny deszcz, czuję bicie serca, strach, nie wiem skąd, wręcz irracjonalny. Wolno poodchodzę do zmokniętej kupki sierści, półprzymkniętych wystraszonych oczu. Biorę na ręce. Czuję delikatne ciałko niemalże bezwładnie leżące w moich ramionach. Przytulam znajdę. Już jej nie oddam. Już wiem, że ten brudny, wystraszony kot bez ogona będzie mój. Już go kocham i bardzo chcę, żeby przeżył.

 

Co się dzieje, kiedy kochamy? Nienawidzimy? Kiedy odczuwamy przyjaźń lub kiedy się martwimy, cieszymy? Całe stulecia europejscy filozofowie upierali się, że emocje są irracjonalne, nie można ich przez to zbadać ani w sensowny sposób wytłumaczyć. Najlepiej w zasadzie o emocjach milczeć, ewentualnie zarezerwować na opowieści o nich miejsce w sferze literatury pięknej. Jeszcze długo panowało przekonanie, że o emocjach nie ma sensu mówić, stanowić miały dla ogromnej rzeszy myślicieli temat niegodny. Jako irracjonalne i ciemne kotłowisko przesądów i zabobonów, domena małych dzieci i słabych kobiet emocje wydawały się niewarte poważnego namysłu. Ale jednocześnie już od czasów Arystotelesa wiązały się one z rozważaniami dotyczącymi moralności i etycznych aspektów ludzkiej egzystencji. Z takich emocji, jak miłość czy nienawiść, zrobiono jeden z ważniejszych tematów sztuki. Malarze, rzeźbiarze i poeci (tak, świat należał do mężczyzn) sławili te dziwne i niepowtarzalne stany, jeszcze bardziej mitologizując emocje, jeszcze mocniej ugruntowując stereotypowe myślenie na ich temat.

Czym zatem są emocje? Na to pytanie nie odpowiemy szybko ani jednoznacznie, trzeba bowiem zdać sobie sprawę, że poruszamy problem z jednej strony już bardzo mocno wyeksploatowany przez filozofię emocji, z drugiej – skomplikowany i interdyscyplinarny.

Na początek należy podkreślić, że współczesna nauka zakwestionowała separowanie intelektualnego życia człowieka od jego życia emocjonalnego. Robert C. Solomon, pisząc o emocjach, jednoznacznie pokazuje, że bez zrozumienia fizjologii, działania ludzkiego mózgu w ogóle nie jesteśmy w stanie o nich mówić. Co więcej, emocje wiążą się z naszym życiem intelektualnym, są wręcz przez nie dyktowane (i na odwrót: emocjonalne pobudzenia wpływają na nasze zdolności poznawcze)[1]. To zanegowanie dawnego podziału na rozum i serce, domenę odczuć i domenę logicznego myślenia jest pierwszym krokiem do zrozumienia emocji.

Drugi ważny aspekt to kulturowe interpretacje emocji, ich kulturowe zsymbolizowanie. Wprawdzie jako takie mają charakter kognitywny, ale to kultura wpływa na sposób, w jaki wiele z nich rozpoznajemy, przeżywamy czy kształtujemy. Kultura może też nadawać naszym emocjom konkretny sens, jedne wzmacniać jako pożądane, a inne eliminować jako problematyczne czy niewskazane – w głównej mierze jest więc narzędziem klasyfikującym i wartościującym. Jenefer Robinson w swojej analizie zwraca uwagę na tę nierozerwalną jedność fizjologicznych reakcji ciała (przyspieszone akcja serca i oddech, wydzielanie dopaminy i serotoniny) oraz kulturowego uwarunkowania tworzącego swoiste matryce przeżywania emocji i mówienia o nich[2].

Powróćmy na chwilę do wspomnianej na początku historii o pewnym kocie bez ogona. Choć literaturę wypełniają opisy wielkich emocji, proponuję czytelnikowi analizę mojego małego, własnego doświadczenia[3]. Kilka emocji, które wydają się tak nieistotne w zestawieniu z wielkimi przeżyciami, całym naszym życiem i wielką światową literaturą. Małe, codzienne emocje, które pozwalają pokazać kulturowe zmiany.

Jeszcze na początku XX wieku kwestia zwierząt (ich prawa, ich świat) nikogo szczególnie nie zajmowała. Trzeba było leśnika i filozofa: Aldo Leopolda i Bairda Callicota, aby pojawiły się pierwsze koncepcje ekoetyki. Przez całe ubiegłe stulecie społeczeństwa zachodnie[4] uczyły się, że zwierzęta są istotami równymi nam w cierpieniu, w prawie do życia. Pojawienie się coraz większej liczby osób i organizacji walczących o przetrwanie gatunków na Ziemi oraz o niesienie pomocy ofiarom ludzkiego bestialstwa stopniowo wprowadziło ludzi Zachodu w świat empatii i zrozumienia ekofilozofii.

Mały, bezdomny kot, wygłodzony i chory przestał być niezauważalny. Osoby, które schylają się, aby pomóc schorowanemu i potrzebującemu zwierzątku, nie budzą już naszego zdziwienia. Można powiedzieć, że naturalna empatia, odziedziczona po naszych przodkach – szympansach bonobo[5], została uzbrojona w kulturowe narzędzie. Dzięki zmieniającej się świadomości kulturowej skierowaliśmy nasze uczucia – współczucie, miłość, strach o inną istotę żyjącą – ku zwierzętom. To, co wcześniej był zarezerwowane tylko dla człowieka, zostało rozszerzone na świat przyrody.

Czym innym jest jednak siedzieć wygodnie we własnym domu i pisać te słowa albo dyskutować z przyjaciółmi i studentami, a czym innym działać. W powyższym przykładzie mówimy tylko o małym wygłodzonym kotku, a nie wielkich sprawach, jednakże z perspektywy naszych emocji (a może i dzięki nim), może to być zdarzenie istotne, ważna egzystencjalnie sytuacja.

Czasami nasze działanie tłumaczymy koniecznością chwili, czasami mówimy, że nie mogliśmy inaczej, że kierowaliśmy się intuicją, porywem serca, działaliśmy, nie myśląc o tym, co mamy robić – po prostu odruch. Taka interpretacja dyktowana jest starą zasadą przyjmującą rozdział pomiędzy emocjami a rozumem. Robinson pokazuje jednak, że jest inaczej. Nim podejmiemy działanie, pojawia się impuls i jest on determinowany zarówno kontekstem kulturowym, jak i fizjologią naszego ciała. Wychowanie, grupa rówieśnicza, rozwój psychofizyczny jednostki, wzory kulturowe, gra hormonów (głównie adrenaliny i oksytocyny), wyuczone wartości, nabyte przekonania – to wszystko sprawia, że zaczynamy odczuwać strach, żal, nadzieję, obrzydzenie, złość, radość. Nasze tłumaczenie, że nie wiemy nawet, kiedy podjęliśmy działanie, wynika z tego, że bardzo trudno rozdzielić czynniki kulturowe i biologiczne kierujące naszymi czynami i uświadomić sobie ich złożoność. Trudno też przyjąć ścisły podział na przysłowiowe serce i rozum. A jeszcze trudniej cały czas utrzymać pełną świadomość mechanizmów kształtujących nasze postawy i emocje.

Emocje zatem są splotem czynników kulturowych i biologicznych, co oznacza, że oddzielenie ich od racjonalności z gruntu zaprzecza ich naturze. Jako wypływające z jedności kształtujących nas czynników biologicznych i kulturowych należą zarówno do sfery uwarunkowań wyuczonych, jak i modyfikowanych przez pracę naszego mózgu, doświadczenia, zmianę wzorców kulturowych i norm przyjmowanych jako własne.

Do tego dochodzi wsparcie środowiska, wpływ kultury, nowe postawy i zmodyfikowane wartości. Emocje nie są więc ani czystym aktem przeżywania, irracjonalnym doznaniem, ani manią ogarniających nas gwałtownych uczuć. Jak pisze Robinson, boję się, bo wiem, że mam się bać[6]. Tak samo będzie z pięknem wschodu słońca – jeżeli nie nauczę się doceniać rzeczy codziennych, wschód słońca może dla mnie oznaczać tylko początek dnia, może wręcz obudzić we mnie niechęć (kojarząc się np. z pracą). Jeżeli jednak zaczerpnę z innych wzorców kultury, wschód słońca okaże się dla mnie: piękny, romantyczny, może się skojarzyć z homerycką jutrzenką.

Emocje towarzyszą nam nieustannie, stanowią niejako naszą naturalną reakcję na rzeczywistość, to my jednak przez wychowanie i własne przeżycia nadajemy im ich szczególnego sensu. Dlatego tak samo jak przyjemny może być dla mnie wschód słońca i jego widok dający radość, przyjemne może być ratowanie starego kota z urwanym ogonem.

Idąc po chorego kota, czułam niepewność. A co, jeżeli nic mu nie jest, a mnie się tylko wydaje, że mu pomagam? Wystraszę dzikie zwierzątko? A co, jeżeli już mu nie pomogę, tylko udręczę, przetrzymując w klinice i odbierając mu jego wolność? Rodzą się lęk i niepewność: czy dobrze postępuję? Emocje nie są prostą odpowiedzią na nasze doświadczanie świata i wcale nie ułatwiają jego percepcji. Jak zauważył klasyk filozofii David Hume, emocje uruchamiają w nas mechanizm wartościowania postępowania i rzeczywistości, ale to dodatkowo komplikuje całą sprawę. Wkrada się bowiem od razu bardzo niefortunne pytanie: czy postępuję dobrze czy źle? Mam rację, a może jej nie mam? Jak moje decyzje i postępowanie wpłyną na innych?

Jenefer Robinson, podążając za datowanymi jeszcze na lata siedemdziesiąte interpretacjami Roberta C. Solomona, pokazuje, że emocje bardzo często potrzebują narracji czy – jak nazywa ów fenomen badaczka – sądów (judgements)[7]. W tym miejscu będę jednak używać pojęcia „narracje”, ponieważ ma ono szersze zastosowanie i odnosi się do intuicji Robinson wskazującej, że to właśnie kultura pozwala nam na wydobycie naszych emocji, na ich wartościowanie. Co więcej, dzięki procesowi nazywania emocji, wytwarzania narracji/sądów na ich temat kultura pozwala nam je zrozumieć i uporządkować. Jak już było powiedziane na początku, to właśnie narracje kulturowe mogą kształtować nasze emocje, które w tychże narracjach przekształcają się z rządzących nami doznań w normatywne i aksjologiczne stany.

Najpierw rodzice, potem grupa rówieśnicza, wykształcenie, wreszcie nasze dojrzałe wybory i miejsce kulturowe, w jakim osiadamy, przynależność do danej społeczności, instytucji uczą nas wartości i emocji. Droga naszego rozwoju wiąże się z całym szeregiem narracji o tym, co jest dobre, a co złe, co jest piękne, a co brzydkie. Bajki opowiadane nam w domu, książki czytane w dzieciństwie, filmy, komiksy. Cały czas otoczeni narracjami kształtującymi nasz świat, kształtujemy nasze doznawanie świadomości.

Jak pokazuje Robinson, czasami to właśnie narracje pozwalają nam określić własne emocje. Kiedy idę po nieszczęsnego kotka, w pewnym momencie czuję tylko napięte mięśnie, bicie serca i ogromną niepewność. Wolno się schylam i pomimo deszczu czekam, aż biedne zwierzątko obwącha moją rękę. Jest tak słabe, że ledwie podnosi głowę i patrzy na mnie szklistymi oczami. Chociaż moje działanie zakwalifikowałabym wówczas jako „instynktowne”, przez moje myśli przebiega jeszcze raz pytanie: czy robię dobrze? Wprowadza mnie ono w krąg narracji dotyczących etyki, uświadamiając mi równocześnie, że odczuwam lęk. Napięcie mięśni i bicie serca zostają skatalogowane i zakwalifikowane prawie automatycznie. Gdy widzę, jak słabe jest to zwierzątko, moja niepewność znika. Gdy biorę je na ręce i czuję, jak niewiele waży, już wiem, że jest niedożywione, dotykając bezwładnego ciała, upewniam się, że jest naprawdę chore. Znikają wątpliwości.

Robinson wykazała, że rozum współgra z sercem. Emocje nabierają konkretnego kształtu, kulturowych znaczeń, gdy osadzimy je w narracjach. Co więcej, zaczynają być dla nas czymś istotnym właśnie wtedy, kiedy zostaną w narracje ujęte, kiedy zostaną wypowiedziane. Samo działanie nie jest już prostym wydarzeniem związanym z niejasnym doświadczaniem sytuacji, a zaczyna być konkretnym doznaniem, które wiąże się z kulturowymi znaczeniami. Tym samym subiektywne doznania mogą przybrać dla nas bardziej konkretne znaczenie, możemy lepiej zrozumieć siebie.

Ta rola narracji ujawnia się wówczas, gdy potrafimy w sądach zadeklarować nasze stany emocjonalne. Powiedzenie komuś „kocham” – o ile tylko nie stanowi prymitywnej gierki – może ukonkretnić emocje pomiędzy ludźmi w pewien stan wzajemnej relacji, może spowodować, że relacja ta nigdy już nie będzie taka sama, jak przed wypowiedzeniem tych słów. I nawet jeżeli wcześniej ludzie zdawali sobie sprawę, że łączące ich emocje są silne, wyeksplikowanie ich, ubranie w narracje, powoduje, że stają się w pewnym sensie faktem, i to faktem wykraczającym poza naszą subiektywność – stają się faktem kulturowym, społecznym. A ujawnienie tego sądu przed innymi zmienia naszą sytuację społeczną – przestajemy być znajomymi, zaczynamy być parterami, przyjaciółmi, parą, małżeństwem, co z kolei powoduje, że osoby z naszego środowiska mogą nas inaczej postrzegać. Tak więc narracje mogą wiele zmienić, wydobywając to, co prywatne i skrywane, na widok publiczny.

Widać zatem, że narracje przynależne do sfery racjonalnego działania stają się zracjonalizowaniem emocji, nadając im tym samym odpowiednie znaczenia. Wedle Robinson bez racjonalizacji, jakie zachodzą w sądach, bez kulturowych narracji emocje byłyby być może niejasnym i niedostrzegalnym przez nas doznaniem (lub doznaniem, które nie miałoby na nasze życie aż tak mocnego wpływu, jak ma).

Za założeniem jedności racjonalności i emocji – walcząc równocześnie ze stereotypowym przekonaniem, że te drugie należą do domeny irracjonalnych, niejasnych poruszeń człowieka, powodujących, iż zachowujemy się w sposób całkowicie nieprzewidywalny – podąża również Patricia Greenspan. Uważa ona, że emocje i racjonalne myślenie funkcjonują w jednej przestrzeni ludzkiego rozwoju. Widać to od samego początku dojrzewania człowieka. Ci z nas, którzy mieli szczęście wzrastać w harmonijnym środowisku kulturowym, doświadczać pozytywnych emocji, właśnie dzięki temu mogli rozwijać się intelektualnie o wiele lepiej od tych z nas, którzy takiego szczęścia nie zaznali[8].

Wróćmy jeszcze raz do opowiadanej przeze mnie na początku historii, mojego własnego wspomnienia. Pamiętam, że byłam zdenerwowana, nie wiedziałam za bardzo dlaczego, ale odczuwałam właśnie zdenerwowanie. Lęk przed tym, co się stanie. Poczucie irracjonalności. Ale tak naprawdę ten lęk nie był irracjonalny. Dopóki nie podeszłam do kota, nie widziałam, czy rzeczywiście potrzebuje pomocy, czy może to moja wyobraźnia nadbudowuje obrazy. Podchodząc do biednego, zmokniętego zwierzaka, wiedziałam już, że nie ma czasu. Trzeba szybko jechać po pomoc do weterynarza. Mój lęk wypływał z doświadczenia, nie był irracjonalny, wynikał ze świadomości wielu możliwości i zagrożeń, jakie wiązały się z całą sytuacją (gdzieś w głębi głowy kołatała się myśl: „A co, jeżeli zwierzątko jest chore na wściekliznę albo inną zakaźną chorobę? Co jeśli pomagając, zarażę innych?”).

Pisząc o jedności rozumu i emocji, Greenspan wskazuje na pracę naszego mózgu, który dla właściwego rozwoju potrzebuje pozytywnych i stabilnych emocji, pokazuje też, że każda emocja wiąże się z aktem poznawczym, a więc sama w sobie ma charakter racjonalny. Racjonalna emocjonalność (emotional rationality) albo racjonalne emocje stanowią wedle Greenspan reakcję naszego mózgu na rzeczywistość[9]. Filozofka proponuje oddzielić ten proces doznawania rzeczywistości od narzędzia, jakie możemy uczynić z racjonalizowania naszych emocji. A zatem czym innym jest prawie bezwarunkowe doznawanie racjonalnej emocjonalności wobec danego wydarzenia jako odpowiedzi na to, co nam się przydarza, a czym innym racjonalna instrumentalizacja naszych emocji, która służy do wchodzenia w relacje z drugim człowiekiem. Jest to ważne rozróżnienie, gdy mówmy o nierozerwalności emocji i racjonalności, bowiem w cynicznej wersji takiego podejścia można się doszukać założenia manipulacji emocjami dla osiągnięcia własnych celów (o czym już pisał i przed czym przestrzegał Platon w Fajdrosie[10]). Innymi słowy: należy uważać, by z emocji nie zrobić narzędzia racjonalnego użytku, służącego do wykorzystania drugiego człowieka.

Racjonalna emocjonalność to doznawanie emocji idące w parze z ich  rozpoznawaniem. Będąc zdenerwowanym, człowiek równocześnie zyskuje świadomość tego, co go zdenerwowało, co go doprowadza do takiego stanu. Nawet jeżeli nie jest to konkretny przedmiot (wróg, problem), budzi się świadomość jakiegoś zagrożenia, zaczyna się proces wychwytywania tego, czego się lękamy. W tej koncepcji emocje nie wyłaniają się z nicości, ale stanowią odpowiedź na to, co się przydarza, na to, na co jesteśmy ukierunkowani, a równocześnie są już pewnym refleksyjnym, racjonalnym rozpoznaniem tego, co staje się źródłem naszych emocji. Dlatego zdenerwowanie może nam uświadamiać niebezpieczeństwo, dwuznaczność sytuacji, lecz może też po prostu pozwalać nam uchwycić odpowiedzialność, jaką nakładamy na siebie, podejmując działanie. Czyż biorąc kota na ręce i decydując się mu pomóc, nie stajemy się za niego odpowiedzialni?! Lęk czy inne towarzyszące temu zdarzeniu emocje, jak choćby poczucie niepewności, stają się zatem naturalną odpowiedzią na nasze własne działania i decyzje. Inaczej – moje emocje już mi mówią, jakie będą konsekwencje mojego działania.

Moim zdaniem możemy użyć emocji jako narzędzia niemalże bezwiednie, choćby wtedy, kiedy zaczynamy poszukiwać wsparcia, wzbudzając czyjąś życzliwość, lub kiedy czujemy się zagubieni, smutni albo kiedy potrzebujemy podzielić się szczęściem. Wówczas nasze emocje mogą działać jak narzędzie współodczuwania: wywoływania wzajemności, odczuwania tego, co dla nas jest istotne. Tak jak śmiech i płacz mogą zbudować poczucie wspólnotowe, tak samo strach, niepewność, żal dają nam znać, że dzieje się coś złego. Kiedy szłam w deszczu po schorowanego kota, nie byłam sama. Tak naprawdę towarzyszyła mi zwarta gromada przyjaciół. Ruszyłam po zwierzątko, ponieważ byłam najbliżej, czułam jednak dookoła siebie ludzi, którzy tak jak ja martwili się o zdziczałą istotkę. Ta wspólnota emocji może się niekiedy okazać o wiele silniejsza od innych relacji społecznych. Dlatego społeczeństwo obywatelskie zaczyna się właśnie od emocji, które kształtują więzi, od ufundowanych na nich relacji rodzących się we wspólnym przeżywaniu rzeczywistości. Dlatego zbuntowany tłum, zdenerwowany, wściekły, odczuwający czyjąś krzywdę, walczący w imię niesprawiedliwości niejeden raz w dziejach okazał się tak miażdżący dla niejednego systemu władzy. Dlatego też naszymi przyjaciółmi zostają często ludzie, z którymi potrafimy współodczuwać, razem się angażować, albo ci, z którymi przeżyliśmy razem wspólne emocje. Emocje są modelowane przez kulturę, ale będą ją także zwrotnie kształtować przez budowanie silnych więzi międzyludzkich, prowadząc do fundowania społecznych relacji czy nawet instytucji.

 

Pada drobny deszcz, czuję bicie serca, strach, nie wiem skąd, wręcz irracjonalny. Wolno podchodzę do zmokniętej kupki sierści, półprzymkniętych wystraszonych oczu. Biorę na ręce. Czuję delikatne ciałko, niemalże bezwładnie leżące w moich ramionach. Przytulam znajdę. Już jej nie oddam. Już wiem, że ten brudny, wystraszony kot bez ogona będzie mój. Już go kocham i bardzo chcę, żeby przeżył. Niepewność tego, co się wydarzy, i równoczesny spokój, że tak należy postąpić.

 

Gdy mówimy o emocjach, zwykle – i równie stereotypowo jak wtedy, gdy je oddzielamy od racjonalności – skupiamy się na jednym uczuciu. Wspominana już Jenefer Robinson wskazała, że nie jest to jednak słuszna postawa badawcza. Zadając sobie pytanie, co tak naprawdę czujemy, często zbyt szybko i łatwo odpowiadamy: miłość, nienawiść, lęk, zadowolenie. Emocje te nie występują same, wiążą się z przyjemnością, nieprzyjemnością, niepewnością, pewnością. Każda z tych emocji, tak powszechnych, ma jednak wiele swoich walorów, zmienia się też w zależności od nas samych, naszych przeżyć i oczekiwań. Miłość jest jedną z tych emocji – tak wiele już o niej napisano, tyle w jej sprawie powiedziano, a przy tym każdy z nas czuje się w pewnej mierze ekspertem w tej kwestii (wiem, bo kocham?!), że bardzo łatwo tutaj o uproszczenia.

W języku angielskim wyraźnie widać dramatyczną różnicę między fall in love a samym love, pomiędzy tym, co gwałtowne i porywające, jak popadanie w miłość, a tym, co jest już czymś bardziej stabilnym – miłością. W języku polskim mamy dwa istotne określenia: zakochanie i miłość. To pierwsze jest momentem, stanem przejściowym wydarzającej się emocji stanowiącej odpowiedź na czyjąś obecność. Zakochanie może się przerodzić w miłość, ale równie dobrze może przejść w stan zauroczenia (a czasami zdziwienia, że właśnie takim emocjom daliśmy się ponieść). Jako krótkotrwałe zakochanie może się oznaczać intensywnością i nieść w sobie całe spektrum przeżyć, takich jak: zdenerwowanie, zakłopotanie, wątpliwość, zagubienie, pewność. Napięcie emocjonalne dla jednych jest pożądane i piękne, w innych budzi niechęć. Miłość można rozumieć jako stałą emocję, pewność, że nic się już nie zmieni, że zawsze będziemy razem i będziemy czuli to samo. Miłość może być doświadczeniem ponadpokoleniowym, co uwidacznia się w zwrocie „stare dobre małżeństwo”, odwołującym się do takiej właśnie stałej i pewnej miłości.

Czy jest tak jednak w rzeczywistości? Stereotypowy to podział. Po pierwsze żadna emocja nie trwa w takim samym stanie, ponieważ my się zmieniamy, zmienia się też sytuacja, a wraz z nimi intensywność, głębia uczuć. Poznajemy siebie i drugą osobę. To wszystko powoduje, że cały czas przepracowujemy swoje emocje. Rozróżnienie zakochania i miłości może się zacierać, stare dobre małżeństwo może nie być w stanie nawet na siebie spojrzeć, nie mówiąc już o zaczynaniu wszystkiego od nowa. Dojrzała osoba może się czuć tak samo niepewna jak zakochany i niedojrzały nastolatek. Narracje kulturowe nakładane na nasze emocje czasami nie pozwalają nam dostrzec tego, co naprawdę doświadczamy. Współczesna popkultura wmówiła nam wszystkim (a przynajmniej stara się to zrobić), że każdy pragnie miłości i każdy ma na nią szansę. Pytanie jednak, czy każdy jest jej w stanie doświadczyć i czy wszyscy chcemy ulec temu romantycznemu uczuciu? A co z życiem, które bywa naprawdę zaskakujące?

Kiedy mówimy o miłości jako o rzeczy dla każdego z nas ważnej, a równocześnie traktujemy ją w kategoriach romantycznej wizji „i żyli długo i szczęśliwie”, ugruntowujemy stereotypowe podejście do emocji jako do jednego rodzaju doświadczenia. Tymczasem już podczas jej przeżywania możemy się mierzyć z całym szeregiem doznań, które świadczą o niejednolitości tego uczucia – złożonego z wielu aspektów, wielu walorów, tworzących cały patchwork naszych przeżyć i doznań.

Dodatkowo komplikuje sprawę fakt, że o wielu emocjach się nie mówi, spychając je w przestrzeń tabu. Miłość jest jedną z nich. Współcześnie została zawłaszczona przez przedstawienia popkulturowe, wcześniej długo się o niej nie mówiło, a w narracjach kulturowych ciągle się ją zagaduje. Zaczynając od bajek ze Śpiącą Królewną w roli głównej (niech wreszcie ktoś ją obudzi) przez poważne uświadamianie dzieci na lekcjach wiedzy o życiu w rodzinie (mitologizując lub przemilczając choćby kwestię seksu, o której nasze pociechy i tak więcej przeczytają w internecie) po komedie romantyczne (z happy endem i wymarzonym ślubem szalonej Bridget Jones). Laurka wystawiana miłości wszędzie do jednego emocjonalnego mianownika sprowadza stan zakochania, miłość do partnera, miłość do dziecka, z której wypiera się miłość własną (a egoizmu nie da się tak łatwo wymazać z naszych emocji). Tak samo jak łatwo wypiera się inne, mniej standardowe oblicza miłości. Kultura Zachodu wydaje się na nie otwarta, ale ciągle tkwi w pewnym gorsecie – ileż mamy szczęśliwych małżeństw homoseksualnych pokazanych w kinie, co wiemy o miłości osób biseksualnych, co z emocjami, jakie się żywi do drugiego człowieka po latach wspólnego życia, co z obrazem miłości dojrzałej? Wydaje się, że te oblicza miłości ciągle stanowią swoiste tabu.

Przełamanie tabu może pokazywać, jakie stereotypy najmocniej zakorzeniły się w danej kulturze. Rok temu (2016) przez media przetoczyła się sprawa kobiety na wózku, której sąd postanowił odebrać pięciomiesięczną córkę – wedle orzeczenia sądu matka z niepełnosprawnością nie mogła się w sposób odpowiedni zajmować dzieckiem. Całkowitym tabu pozostała kwestia tego, skąd wzięło się to dziecko. Seks, miłość zostały pominięte milczeniem. Wystarczył cud narodzin, a potem trud macierzyństwa. Tymczasem cały problem narodził się już przy pierwszym zetknięciu z osobą z niepełnosprawnością. Ktoś na wózku nie powinien, wedle standardów kulturowych, się zakochiwać ani kochać, tym samym dziecko takiej osoby stanowi kłopot, i to na tyle poważny, że jego rozwiązaniem musiał się zająć sąd. Emocje kobiety, jej miłość, jej zdolność do normalnego funkcjonowania w świecie zostały ukryte za tabu – o zakochanych i kochających osobach z niepełnosprawnością się nie mówi (po prostu nie ma takiego kodu kulturowego). Wiadomo, księżniczka jest piękna, a lalka Barbie zgrabna.

Problemu miłości nie rozwiążemy w kilku akapitach artykułu, warto go jednak podjąć, bo dobrze ilustruje wielorakość doznawanych przez nas emocji. Jako jedno z bardziej pożądanych uczuć jest też przez nas traktowane jako oczywiste. Oczywistość ta po zadaniu sobie kilku prostych pytań znika. Romantyczne wizje oraz najbardziej powszechnie akceptowane kulturowo modele dodatkowo nie ułatwiają nam tego zadania. Do tego dochodzi zróżnicowanie rodzajów miłości: do rodzica, do dziecka, do przyjaciół, do abstrakcyjnych idei (niektórzy doznają silnych emocji, gdy mówią o dobru czy pięknie, sztuce albo działaniu na rzecz innych istot), do tego, co nie istnieje (a jest jedynie naszym wyobrażeniem, jak choćby w przypadku nieodwzajemnionej miłości), do nas samych (po patologiczną wręcz miłość własną).

W wielu kulturach uznaje się miłość za strefę tabu. Znormalizowana w kulturowych instytucjach, takich jak choćby rodzina, traktowana jest jako to, co równocześnie spełniać ma pewne funkcje kulturowe: scalać, pozwalać na rozwój społeczeństwa. Taka instytucjonalna kodyfikacja nie tłumaczy, czym są emocje, tylko ubiera je w gorset społecznych oczekiwań i kształt akceptowalnych zachowań. Dla ludzi żyjących w opresyjnych systemach, w których o zawieraniu małżeństw, zakładaniu rodziny decyduje się odgórnie, miłość staje się pewnego rodzaju tabu. Wraz z narzuconymi wyborami zamyka się ludziom możliwość zgłębiania własnych uczuć, pytania o to, co dokładnie czują. O tym zinstytucjonalizowaniu naszych emocji nie wolno zapominać, każda bowiem kultura daje nam mniej lub bardziej skodyfikowane wzorce, każda nas w nich zamyka.

Robinson wskazywała na silną rolę kultury, która kształtuje nasze preferencje i wybory, podsuwając nam niejako modele piękna, prawości, kobiecości, męskości, zmysłowości, tego, co właściwe, i tego, co pożądane, modelując w ten sposób nasze emocje, sprawiając, że do naturalnej potrzeby i fizjologii zostaje dołożone kulturowe formułowanie tychże oczekiwań.

Emocje działają na nas jak zbiór pewnych doznań: niepewność miesza się z radością i podnieceniem, strach z odwagą. Moja niepewność, gdy próbowałam uratować kota, z równoczesną pewnością, że tak, a nie inaczej trzeba postąpić, chęć działania i równoczesny paraliż. Jako niejednolite emocje powodują, że czasami wręcz trudno nam je zrozumieć, stąd wynika waga sądów i narracji, które pozwalają nam się skonfrontować z nami samymi, z tym, co się nam wydarza. Niebezpieczeństwo narracji polega jednak na tym, że z całego spektrum różnych emocji wyłonić mogą jedną (dominującą lub tę, którą potrafimy nazwać), zaciemniając wewnętrzne złożenie tego, co przeżywamy.

Ojcem koncepcji emocji jako sądów jest Robert C. Solomon[11]. Uznając emocje za sądy, ów myśliciel przede wszystkim zatwierdza niejako ich intelektualny charakter. Wedle jego opinii ogromnym błędem wcześniejszych badań i filozoficznych analiz kwestii emocjonalności było nieuwzględnienie kognitywnego charakteru emocji, prowadzące do uznania ich za przeciwstawne rozumowi. Inaczej mówiąc: symboliczne traktowanie serca i rozumu jako rozbieżnych porządków jest jednym z większych błędów w europejskim myśleniu o emocjach. Solomonowa koncepcja pozwala wytłumaczyć dwa fenomeny, o których tutaj mówimy: złożoność emocji oraz ich kulturowe uwarunkowanie, które powoduje, że jedne z nich trafiają do sfery kulturowego tabu, przez co traktujemy je jako niejasne (mętne) i niemożliwe do ogarnięcia, a inne są klasyfikowane jako oczywiste i stają się normą naszych zachowań, marzeń czy dążeń.

Przywoływane przeze mnie zdarzenie z małą, starą, schorowaną kotką jest właśnie takim złożeniem emocji. Jak wskazuje Solomon, emocji nie da się sprowadzić do jednej, chociaż konkretna emocja ma swoje znaczenie i na nas mocno wpływa. Rzecz w tym, że emocje zawsze są ze sobą powiązane, tworzą świadomość formułującą się w odpowiedzi na świat. Jest to jednak zawsze złożony ciąg, gdzie równocześnie mogą występować pewność (wiedziałam, że muszę pomóc temu kotu, że muszę się nim zainteresować) i lęk przed tym, że być może postępujemy niewłaściwie (skrzywdzę zwierzę, jeżeli niewłaściwie je złapię i źle przytrzymam). Zderzające się ze sobą emocje, niemalże wykluczające się wzajemnie, współistnieją, tworząc kognitywne kontinuum naszego doświadczenia rzeczywistości. Dlatego gdzieś na skórze czuję deszcz, o którym nie myślę, ale który sprawia, że jest nieprzyjemnie i zimno, a to z kolei przyspiesza moje działanie. Podnosząc kota z ziemi, czuję jego ciałko, wychudzone, kościste, pod palcami wyczuwam nierówne bicie serca. Znów strach, że jest za późno na pomoc, współczucie, empatia, która rodzi pozytywne emocje, już wiem, w tej chwili właśnie to jest „mój kot”, szybka adopcja, życzliwość dla istotki trzymanej na rękach, miłość.

Przyglądając się z zewnątrz tej sytuacji (chłodnym okiem obserwatora, tak uwielbianym swego czasu przez zachodnich myślicieli), można by powiedzieć: „wariatka, kociara, pokaż jej kota, a przywlecze go do domu i się w nim zakocha”, „brudna i mokra dziewczyna, która przesadza i wykrada kota sąsiadom” (kot okazał się dziki i bezdomny, ale o tym jeszcze nie wiemy), „ekolożka, miłośniczka zwierząt”, „znudzona kobieta, która nie ma co robić”, „naprawiaczka świata”. To, jak zakwalifikujemy tę sytuację, wiąże się z kontekstem kulturowym i naszymi własnymi emocjami. A zatem możemy pójść za stereotypami kulturowymi (wiadomo, stara panna ma kota – dosłownie i w przenośni) i bawić się całą tą sytuacją. Jeśli już w dzieciństwie byliśmy warunkowani do empatii, wypełni nas współczucie, żal, potrzeba niesienia pomocy. Ale możemy też poczuć niechęć, wręcz obrzydzenie – wychudłe stworzenie o posklejanej, brudnej sierści i zaropiałych oczach może w nas budzić odrazę. Możemy z niechęcią się odwrócić, gdyż to takie niehigieniczne przytulać do siebie brudnego, posikanego kota. Uwarunkowania kulturowe spotykają się z naszymi zmysłami, z naszą percepcją i współgrają z nimi. Ze wzrokiem – zobaczymy zwierzątko albo jako nieszczęsne, albo odrażające, w zależności od tego, jak kultura nauczyła nas patrzeć na zwierzę (oczywiście możemy też zachować obojętność i nie dostrzegać ani nie czuć w tej sytuacji niczego). Z powonieniem – mogę się martwić o to, że przesiąknę smrodem brudnego futra, albo o to, że stan zdrowia kota jest bardzo zły, skoro nie działają mu zwieracze i robi pod siebie. Z dotykiem – czuję, że jest mokro, szorstko, lepko, co może budzić i obrzydzenie, i tkliwość. Jak pokazała Julia Kristeva, obrzydzenie jest jedną z ważniejszych emocji człowieka, ale również bardzo niejednoznaczną[12]. Mokre, szorstkie, lepkie, zimne może się stać ewolucyjnym wręcz bodźcem do ucieczki, ale już kulturowo przetransponowane w poczucie obrzydzenia czy niesmaku, będzie działać jak imperatyw: pomóż mimo wszystko.
Paradoks polega na tym, że w całym tym zmieszaniu emocji nagle może zwyciężyć jedna. Gdy trzymam już kota na rękach, mam pewność: co się nie stanie, jest mój, już go kocham. To moja znajda. Analogicznie jest z miłością, kiedy z różnych emocji: fascynacji, pożądania, zainteresowania przebija pewność, że to właśnie ta osoba.

Równocześnie jednak, analizując tę sytuację, musimy wciąż pamiętać, że emocje nie mają charakteru jednostkowego. Czyli nawet jeżeli dominuje jedna z nich i podporządkowujemy jej nasze myślenie o danej sytuacji, przez jej pryzmat niejako osądzamy daną sytuację, nie zmienia to faktu, że występuje ona w złożeniu z innymi i jest warunkowana przez cały konglomerat emocji. Jak wskazuje Solomon, nie wolno nam pomylić emocji z emocją oraz sądów o emocjach z ich poszczególnymi indywidualnymi eksplikacjami[13]. Aby ukształtować pełen obraz emocji, najlepiej uchwycić całe spektrum rozgrywających się sytuacji.

Moim zdaniem najlepiej to ująć w swoistej relacji czterech elementów: podmiot doświadczenia – wydarzenie/sytuacja – kultura – rzeczywistość zewnętrzna. Każdy z nich jest tu od siebie zależny i wszystkie się wzajemnie warunkują. Podmiot nie jest bowiem tylko ewolucyjnym, biologicznym przedstawicielem swego gatunku (emocje przecież dotyczą też zwierząt), nie jest też warunkowany wyłącznie przez kulturę (w tym momencie nie wykluczam istnienia form kulturowych w świecie zwierzęcym). Tak samo sytuacja nie jest ot takim sobie wydarzeniem, ale zawsze osadzona w kontekście, nierzadko stanowi następstwo innych wydarzeń. Kultura nie tylko warunkuje nas, ale i jest przez nas warunkowana. Warunkowanie kulturowe nie odbywa się w prosty sposób, możemy też przejmować wzorce od innych społeczności. Rzeczywistość, w jakiej odbywa się wydarzenie, nie jest tylko tłem, dekoracją teatralną, ale może bardzo silnie wpływać na nasze emocje.

Przede wszystkim jednak „emocje są o świecie”[14], w tym sensie, że formułują nasze w nim bycie. Niezależnie od tego, na ile są przez nas uświadamiane, na ile przez nas eksplikowane, współkształtują naszą percepcję, interakcje z drugim człowiekiem, inną istotą żyjącą. Ich złożoność (ów układ wzajemnie warunkujących się czterech elementów: podmiot doświadczenia – wydarzenie/sytuacja – kultura –rzeczywistość zewnętrzna) powoduje, że w pewnym sensie to kultura niejako narzuca nam, co czujemy w danej sytuacji, i niemalże równocześnie sami odkrywamy swoje emocje. Tak więc kultura mówi mi, czy kot jest wstrętny, złośliwy, a tym samym niewart pomocy, czy może jest istnieniem pośród innych istnień i jak wszystkie zasługuje na atencję i pomoc. Ale to ja moim działaniem ustanawiam to, co się wydarza, wprowadzając w kulturę albo potwierdzenie jej zastanych wzorców, albo budując nowe. To z kolei przekłada się na moje postrzeganie rzeczywistości, które niezmiennie oddziałuje na mnie. Już sam fakt, że pada deszcz, może potęgować nasze emocje (beznadziei, smutku, co stanowi jednocześnie niewątpliwe kulturową interpretację rzeczywistości), ale działając i odczuwając, nadbudowujemy znaczenia na otaczającą nas rzeczywistość (dla przykładu: deszcz możemy postrzegać jako oczyszczający). Jak już wspomniałam, kultura niektóre emocje spycha w sferę tabu. Moim zdaniem jest to sfera tego, co kulturowo nieoczywiste i nieprzepracowane. Tabu oznacza przemilczenie, skrywanie nawet przed samym sobą tego, co dla nas w kulturze niewygodne lub nieodpowiednie. Jak miłość homoseksualna w chrześcijaństwie, wraz z którą zepchnięto w milczenie i nieistnienie sporą część emocji (niestety eliminując również sporą grupę społeczną ze świata „normalnych”).

Na koniec spytajmy zatem, jakie tabu kryje się w mojej opowieści o kocie? Czy można się w niej doszukać jakichś skrywanych emocji? Wydaje się, że współcześnie chyba już nie. Wiek ekologii, jakim niewątpliwie było XX stulecie, w której rozwinęła się nie tylko „zielona” świadomość, ale również ekoetyka, nauczył nas szacunku do wszystkich istot żyjących. To dlatego wielu z nas poświęca swój czas (a niekiedy całe życie) i pieniądze na ratowanie zwierząt albo szeroko pojętego ekosystemu. Próbując uratować kota, nie byłam wyjątkowa, to standard kultury zachodniej. Być może nawet moi czytelnicy poczuliby niesmak, dowiadując się, że porzuciłam zwierzątko.

A jednak mimo wszystko moja historia skrywa pewne tabu – fakt, który dopiero od niedawna uczymy się przyswajać i wprowadzać do naszego kulturowego myślenia. To fakt równości wszystkich istnień. Kultura Zachodu budowana była na przeświadczeniu, że nawet jeśli człowiek nie jest najwyższą istotą w koronie stworzenia, to na pewno odgrywa najważniejszą rolę. Antropocentryzm to choroba, która nie pozwala dostrzec, jak rozwijając siebie, krzywdzimy inne istoty żyjące na wspólnej nam wszystkim Ziemi. Zanieczyszczając ekosystem, rujnując przestrzeń, prowadząc do ginięcia wielu gatunków. „Człowiek to brzmi dumnie”, „trzcina targana na wietrze”, ale jakże wyjątkowa. Poczesne miejsce istoty ludzkiej w świecie miało nam zagwarantować możliwość użycia świata bez liczenia się z jakimikolwiek ekologicznymi konsekwencjami. Po dziś dzień antropocentryzm odzywa się w wielu koncepcjach i w naszym myśleniu. Zło, jakie wyrządza światu taka postawa, jest moim zdaniem swoistym tabu kulturowym. Wciąż jeszcze trudno nam mówić o naszej własnej winie i tym samym obowiązku, jaki spoczywa na nas za zniszczenie matki Gai. Antropocentryzm często też przejawia się w postawach piętnujących tych z nas, którzy mają zawsze otwarte serce dla innych istot.

Więc tak, jeszcze ciągle ktoś może się zaśmiać, że jestem starą panną, co ma kota. Jeszcze ciągle ktoś może przedkładać spotkanie towarzyskie czy pracę na rzecz ludzi ponad pracę na rzecz wszystkich istot żyjących. Jeszcze ciągle miłość do świata, do zwierząt może być tabu. A ludzie przykuci do drzew, by ratować las, mogą być traktowani jako szaleni ekolodzy. Emocje jednak to nasza percepcja świata i równocześnie to nasze bycie w świecie. Z całym swoim skomplikowanym bagażem mogą nas pobudzić, uwrażliwić, mogą spowodować, że biorąc w ramiona chorego kota, poczujemy się szczęśliwi.

 

Przypisy:

[1] Por. R.C. Solomon, The Passions. Emotions and the Meaning of Life, Indianapolis: Hackett Publishing Company, 1993.

[2] Por. J. Robinson, Emotion Biological Factor Social Construction?, w: Thinking about Feelings. Contemporary Philosophers on Emotions, ed. R.C. Solomon, Oxford: Oxford University Press, 2004, s. 28–43.

[3] Jest to oczywiście bardzo subiektywna i zabarwiona mocnymi emocjami opowieść. Sądzę jednak, że to właśnie przez nasze indywidualne emocje, otwarcie się na ich małe, codzienne doznania, możemy powiedzieć więcej, niż czyniąc naukowe uogólnienia i abstrakcje. W końcu emocje nam się wydarzają, są bardzo nasze, dlatego badając emocje, nie wolno nam tracić perspektywy naszych własnych doświadczeń w tej materii.

[4] Kultury Wschodu nie zawsze czekały na Europejczyków, aż ci wskażą im właściwy kierunek myślenia. Szacunek dla innych istot żyjących w wielu kulturach świata nie był traktowany tak przedmiotowo jak w Europie.

[5] Por. F. De Waal, Bonobo i ateista. W poszukiwaniu humanizmu wśród naczelnych, tłum. K. Kornas, Warszawa: Copernicus Center Press, 2015.

[6] Por. J. Robinson, dz. cyt., s. 28.

[7] Por. tamże.

[8] Por. P. Greenspan, Emotions, Rationality, and Mind/Body, w: Thinking about Feelings…, dz. cyt., s. 125–134.

[9] Por. tamże, s. 130 i dalsze.

[10] Por. Platon, Fajdros, tłum. W. Witwicki, Kęty: Antyk, 2002.

[11] Por. R.C. Solomon, The Passions: Emotions and the Meaning of Life, Indianapolis: Hackett Publishing Company, 1993.

[12] Por. J. Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, tłum. M. Falski, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2007.

[13] Por. R.C. Solomon, Emotions, Thoughts, and Feelings. Emotions and Engagements with the World, w: Thinking about Feelings…, dz. cyt., s.76–88 .

[14] Tamże, s. 78.

 

Artykuł ukazał się w wersji papierowej “Fragile” EMOCJE nr 2 (36) 2017

Joanna Hańderek - dr hab. w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Interesuje się filozofią kultury, transhumanizmem, filozofią postkolonialną. Prywatnie wielbicielka kotów i dużych ilości kawy. handerekjoanna.wordpress.com

Napisz komentarz


pięć − 2 =