Prezentowany podczas IV Festiwalu Nowa Klasyka Europy w Łodzi najnowszy spektakl Petera Brooka i Marie-Hélène Estienne jest dość szczególną próbą powrotu do słynnej Mahabharaty. Brook jasno daje do zrozumienia, że przypominając powstałą ponad trzy dekady temu inscenizację, pragnie nie tyle poddać ją rewizji, ile raczej dopisać do niej kolejny rozdział. Twórcy Battlefield zaczynają zresztą snuć opowieść dokładnie w tym miejscu, w którym kończy się Mahabharata. Ich wypowiedź staje się tym samym komentarzem do coraz bardziej przerastającej ich rzeczywistości, krytyczną analizą współczesnych stosunków władzy i chyba jakąś formą rozpaczy nad światem.

Dla Petera Brooka i Marie-Hélène Estienne ostatnie sentencje hinduistycznego poematu stają się pretekstem do opowiedzenia historii, będącej tylko z pozoru historią starożytnych Indii. Hinduistyczny poemat jest de facto opowieścią o historii świata – a dokładnie mówiąc, o tej gorszej jej części. Powiedzieć, że ta opowiadana w Battlefield historia jest przerażająca, to zbyt mało. W jakimś sensie przedstawienie jest przecież opowieścią o wojnach i rzeziach dziejących się na „naszych oczach” i przy cichym przyzwoleniu współczesnych, wielkich władców nierozpatrujących już ludzkiego życia w kategoriach wartości. O okrucieństwie tych wojen gubiącym się między kolejnymi liniami frontów, których bojownicy sami już nie wiedzą przeciwko komu walczą, twórcy opowiadają nam w charakterystycznym dla teatru Brooka wyciszeniu. To wyciszenie hipnotyzuje, bowiem Brook i Estienne traktują hinduistyczny poemat, a właściwie jego ostatnie sekwencje, z wielką przenikliwością.

Hipnotyzuje oczywiście sposób prowadzenia narracji o rzezi, a nie sama rzeź, bo tę oglądamy każdego dnia w wieczornych wiadomościach. Otwierająca spektakl opowieść przypomina poniekąd taką właśnie relację z „pola bitwy” pokrytego „głowami, rękami, kończynami splątanymi ze sobą”, ale prowadzona jest w innym tonie. Praktycznie natychmiast oczywiste staje się, że wojenny scenariusz, nawet jeśli zostaje okryty historycznym kostiumem, zawsze jest podobny. Równie oczywiste jest zatem i to, że dla twórców przedstawiana historia dwóch skłóconych rodów staje się pretekstem do otwarcia szerszej perspektywy wykraczającej poza narrację poematu. W trwającej wiele lat krwawej wojnie, w której Judhisztira (Jared McNeill) dowodzący Pandawawami staje przeciwko swoim stu kuzynom z rodu Kaurawów, synom Dhrytarasztry (Sean O’Calaghan), wszyscy są przegrani. Wprawdzie to Judhisztira pokonał wrogą armię, ale jest to zwycięstwo pozorne, okupione życiem wielu ludzi i zagładą wielkich rodów. Konsekwencje wojny widać gołym okiem – aż po horyzont na polu bitwy leżą rozczłonkowane ciała, a zrozpaczone kobiety poszukują fragmentów zwłok swoich mężów i synów. To wojna bratobójcza, o czym przypomina historia Karne – nieślubnego syna Kunti (Carol Karemara), czyli matki Pandawów. Kunti staje po stronie Judhisztira i zostaje zamordowany przez własnych braci nieznających prawdy o jego pochodzeniu. To wojna pozbawiająca ludzi, tak jak tracącego synów Dhrytarasztrę, wszystkiego, co człowiekowi najdroższe. To wreszcie wojna, której bestialstwo odbiera nowemu władcy pewność siebie i ochotę do rządzenia. Judhisztira przerażony ogromem zniszczenia i dręczony wyrzutami sumienia szczerze waha się przecież, czy objąć władzę w państwie. Koniec wojny między zwaśnionymi rodami – od tego właśnie momentu zaczynają twórcy przedstawienia – jest więc czasem rozrachunku.

Brook i Estienne każą bohaterom dokonywać rozrachunku w jakimś niemalże świętym skupieniu. Przy dźwiękach bębna (tak rozpoczyna się i kończy spektakl) na pustej scenie zbierają się wielcy przegrani, aby wyznać przed sobą, że pogrzebali wszystko to, co kochali. Można odnieść wrażenie, że ich ból przygasił już emocje – mówią o swojej stracie spokojnie, jakby opowiadali o tragedii dotyczącej innych ludzi. Brook i tym razem wprowadza momentami trzecioosobową narrację dystansującą bohaterów wobec opowiadanych zdarzeń.   I tylko raz – gdy Rzeka opowiada o śmierci swojego syna – z gardła Carole Karemara wydobędzie się przejmujący skowyt będący dowodem rozpaczy. Urzekająca jest to scena. Karemara opowiada historię Rzeki i jednocześnie ilustruje tę historię delikatnym gestem, rozpościerając wokół siebie błękitny szal, który faluje wokół jej ramion, aż wreszcie nakrywa jej głowę. Jest w tej scenie taki rodzaj skupienia, który wprowadza widza w jakiś trans i każe mu chłonąć animowaną scenę z dziecięcą wręcz naiwnością.

A jednak mam wrażenie, że to, co w Battlefield najdoskonalsze, jest też w pewnym sensie niebezpieczne dla jego przesłania. Można by zadać pytanie, czy bohaterowie tej wielkiej rzezi żałują rozlewu krwi? Z pewnością cierpią, ale czy żałują? W interpretacji Brooka i Estienne bohaterowie są jakby na nowo „uczłowieczeni” – pozbawieni boskich cech i zdolności zdani są na życie w strachu przed tym, co dla człowieka nieuchronne. Z tą nieuchronnością godzą się jednak bez sprzeciwu, poddając się losowi, przeznaczeniu, naturze. Najpiękniej Brook pokazuje tę zgodę w scenie opowieści o śmierci chłopca ukąszonego przez węża. Gdy myśliwy chce zabić węża, aby w ten sposób wymierzyć sprawiedliwość, matka ukąszonego chłopca staje w obronie zwierzęcia, twierdząc, że nie jest ono winne śmierci jej syna. Śmierć jest bowiem wynikiem przeznaczenia, a nie decyzji węża. Wąż natomiast przekonuje myśliwego, że jako pozbawiony wolnej woli musi się zdać na rozkazy Śmierci. Również i Śmierć próbuje wyprzeć się odpowiedzialności i zrzuca winę na Czas. Ten z kolei przekonuje, że winowajcą nie jest ani wąż, ani Śmierć, ani on sam, lecz wszechpotężne Przeznaczenie. I to właśnie Przeznaczenie staje się kluczem opowieści. Bohaterowie Battlefield nie postrzegają bowiem swojej zgody na to, co nieuniknione, jako przejawu bierności lub dowodu własnej klęski, ale traktują ją raczej jako początek nowej drogi. Judhisztira z pokorą przyjmuje na siebie odpowiedzialność za odbudowę państwa, która spada na niego po odniesieniu zwycięstwa. Choć rzeczywiście początkowo dręczą go wątpliwości, zostaje przekonany, że taka rola została mu przeznaczona. Także Dhrytarasztra godzi się na śmierć w płomieniach i wkracza do trawionego przez pożar lasu w przekonaniu, że w ten sposób czyni to, co nieodwołalne. Czy zatem bohaterowie bogatsi o emocje, jakie budzą w nich obrazy rzezi na polu bitwy, rzeczywiście wyrzekliby się wojny? Przecież, jeśli podążać za opowieścią, są oni niczym wąż kąsający nie z własnej woli, ale z woli Przeznaczenia. Innymi słowy, Judhisztira i Dhrytarasztra wykonują to, co zostało im przeznaczone i przed czym – jak obaj wierzą – nie ma ucieczki, a zatem nie ma innej drogi niż wojna. Być może należałoby postawić jeszcze inne pytanie. Czy czas po bitwie jest też czasem pokoju i wreszcie, czy jest jego gwarantem? Co do tego można mieć wątpliwości, jeśli pamięta się słowa ingerujących w przebieg wojny bogów, a dokładnie jednego z nich – Kriszny. Przecież Kriszna nie zostawia przyszłemu władcy żadnych złudzeń, mówiąc „Nie będziesz miał wyboru między wojną a pokojem. Będziesz wybierał między jedną a drugą wojną”. Pamięć o tych słowach zdaje się jednak ginąć w przedstawieniu Brooka i Estienne, nawet jeśli próbują oni stworzyć dla niej przestrzeń.

W jednym z wywiadów Brook mówił, że adresuje przedstawienie do możnych tego świata. Tym samym – jeśli dobrze rozumiem intencje artysty – przedstawienie ma działać jako apel i przestroga. Jest to oczywiście dość utopijna wizja, zwłaszcza że opowieść o wyrzynających się w pień rodach Pandawów i Kaurawów nie odciska chyba głębokiego piętna na publiczności i to nawet tej podążającej za sposobem odczytania eposu przez Brooka i Estienne. Opowiadana w Battlefield historia jest przerażająca, bowiem ciągle na nowo się aktualizuje, a dziś, w obliczu wydarzeń w Syrii, zamachów terrorystycznych i kryzysu uchodźczego okrucieństwo wojny jest zapewne bardziej namacalne i niebezpiecznie bliższe. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że po tej lekcji pacyfizmu wszyscy czują się zbyt dobrze. Niejako przypieczętowaniem tego samopoczucia wydaje się scena, w której przy zapalonym na chwilę na widowni świetle Ery Nzaramba zwraca się do publiczności i wyciągając do niej rękę z jedną ze swoich szat, pyta: „Czy jesteście biedni?”. Pytanie zamiast refleksji budzi wśród jego adresatów jedynie wybuch śmiechu i chyba niekoniecznie jest to efekt językowej nieporadności aktora, próbującego zadać pytanie po polsku. Wyciągnięta w stronę widowni ręka staje się niestety pustym, a wręcz drażniącym gestem – rozbija budowaną w takim skupieniu narrację i bynajmniej nie pozwala nawiązać jedności z publicznością. Niestety, tak pięknie opowiadana historia zwaśnionych rodów pozostaje zbyt daleko widza.

Bez wątpienia Brook i Estienne urzekają swoim idealizmem i czarują widza, który z łatwością ulega wrażeniu harmonii. Bo Battlefield to przecież kolejna próba poszukiwania tego, co Brook nazwał kiedyś „esencją”. Bardzo odważna i piękna jest to wizja w dzisiejszym teatrze, tak dalekim od estetyki teatru Brooka, ale pod jej powierzchnią kryje się coś niebezpiecznego. Bo czy naprawdę wojnę można traktować w kategoriach nieuchronnego przeznaczenia?

 

 

Spektakl Pole bitwy prezentowany był podczas Festiwalu Nowa Klasyka Europy w Łodzi w listopadzie 2016 r.

Międzynarodowy Ośrodek Teatr Bouffes Du Nord (Francja)
Young Vic Theatre, Les Théâtres de la ville de Luxembourg, PARCO Co. Ltd./ Tokio, Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Singapurski Teatr Repertuarowy, C.I.R.T., Le Théâtre de Liège, Attiki Cultural Society, Le Cercle des Partenaires des Bouffes du Nord
Pole bitwy
na podstawie Mahabharaty i sztuki Jeana-Claude’a Carrière’a
adaptacja i reżyseria: Peter Brook i Marie-Hélène Estienne
muzyka na żywo: Toshi Tsuchitori
kostiumy: Oria Puppo
światło: Philippe Vialatte
obsada: Carole Karemera, Jared McNeill, Ery Nzaramba, Sean O’Callaghan

Monika Wąsik - teatrolożka i kulturoznawczyni. Adiunkt w Katedrze Dramatu i Teatru Uniwersytetu Łódzkiego.

Napisz komentarz


jeden + = 2