Gdy przez ostatnie miesiące Hollywood żyło świadectwami dotyczącymi molestowania i kontrowersjami wokół znanych nazwisk, wśród których na pierwszy plan wysuwają się przede wszystkim Harvey Weinstein i Kevin Spacey, a akcje #metoo i #timesup wydawały się ogarnąć już cały świat, wszystko wskazywało na to, że Oscary – wydarzenie nie tylko filmowe, ale również polityczne – będą stały pod znakiem nierówności rasowych i płciowych w Hollywood. Mówiono o tym, że ten wieczór będzie bardzo ważny dla filmowego świata. Spodziewano się komentujących rzeczywistość słów w mocnych przemowach zaproszonych gości i zwycięzców. Tegoroczna gala Oscarów okazała się jednak nadzwyczaj bezpieczna.

Kiedy na oscarowej gali miała się objawić kobieca jedność oraz siła, to właśnie kobiety rozczarowały swoją postawą najbardziej. Zresztą nie tylko one, choć to u nich postawa asekurancka zaskakiwała chyba najbardziej. Przemowy prawie wszystkich gości i nagrodzonych sprawiały wrażenie, jakby o pewnych sprawach zabroniono im mówić. Wyznaczono odpowiedni czas, w którym wspomniano o kobietach w Hollywood (zresztą obok filmów wojennych i corocznie równie mocno poruszającego In Memoriam) i na tym sprawa nierówności oraz podłego męskiego filmowego świata, o którym tak wiele ostatnio się mówiło, wydawała się zakończona. Nawet dwie ikony, Jane Fonda i Helen Mirren, które próbowały powiedzieć coś o kobietach dla kobiet, nie postawiły wyjątkowo brakującej w tej przemowie kropki nad i, przechodząc gwałtownie do przedstawienia nominowanych w kategorii aktora pierwszoplanowego. Ważnym momentem okazała się natomiast przemowa Frances McDormand, która otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej za znakomitą kreację w filmie Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri. Tuż po podziękowaniach za nagrodę poprosiła wszystkie nominowane do Oscara kobiety, niezależnie od kategorii, by powstały, żeby cały świat zobaczył, że przedstawicielki słabej płci są w kinie coraz silniejsze i coraz częściej zauważane. I tutaj znowu zabrakło silnego słowa, które nawet na moment pozwoliłoby skupić się wyłącznie na kobietach. McDormand zrobiła rzecz spektakularną, podrywając do góry nawet samą Meryl Streep i kierując wzrok ludzi na wszystkie twórczynie znajdujące się w Dolby Theatre. Ale wydaje się, jakby zabrakło w tym czynie jakiejkolwiek konsekwencji (może jedynie poza ładnym zdjęciem czterech nominowanych aktorek pierwszoplanowych, złapanych we wzajemnym uścisku). Z drugiej strony jednak, milczenie kobiet mogło mieć też inny cel. Zamiast zbędnych słów, pokazały one swoją filmową siłę obecnością w najważniejszych, tych bardziej „męskich kategoriach”. W końcu debiutująca Greta Gerwig znalazła się pośród najlepszych reżyserów, stając się piątą kobietą w historii nominowaną w tej kategorii (jej debiutancki Lady Bird otrzymał również nominacje dla najlepszego filmu i scenariusza oryginalnego). Tegoroczna gala oscarowa to również Rachel Morrison, czyli pierwsza kobieta, która – za zdjęcia do Mudbound – znalazła się pośród najlepszych operatorów, przegrywając ostatecznie z bezkonkurencyjnym w tym roku Rogerem Deakinsem (Blade Runner 2049). Może hollywoodzka siła kobiet została wyrażona już ich samym filmowym sukcesem? Wciąż skromnym, ale jednak sukcesem.

W roli prowadzącego pojawił się drugi rok z rzędu Jimmy Kimmel, który miewał na jubileuszowej gali lepsze i gorsze momenty. Nierówny monolog otwierający oscarową noc zyskał w obliczu nietrafionego odwzorowania sceny z Uciekaj!. Później udało się wnieść Kimmelowi trochę uroku podczas spotkania z samym sobą sprzed kilkudziesięciu lat. Jego humor pozostał jednak w cieniu gwiazd pojawiających się na scenie. Najzabawniejszym duetem okazały się Jodie Foster i Jennifer Lawrence, które tuż przed prezentacją nominowanych w kategorii aktorki pierwszoplanowej, uderzyły bezpośrednio do Meryl Streep oraz Tonyi Harding, puszczając jednocześnie oczko w stronę Margot Robbie. Skostniałą atmosferę skutecznie przełamały również beztroskie Tiffany Haddish oraz Maya Rudolph, żartując z czarnych Oscarów. Do najpiękniejszych i zabawnych jednocześnie momentów gali można zaliczyć również pojawienie się aktorów, którzy przed kilkudziesięcioma laty święcili oscarowe triumfy. Starsza niż Amerykańska Akademia Filmowa, co zresztą sama żartobliwie zaznaczyła podczas mowy, Eva Marie Saint pokazała klasę, a Rita Moreno w sukience z 1962 roku, w której odebrała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej, zaskoczyła dystansem do siebie i niesłabnącym urokiem.

Podobnie jak cały przebieg gali, bezpieczne były też ostateczne rozstrzygnięcia, choć warto zaznaczyć, że zwycięzca w głównej kategorii okazał się małym zaskoczeniem. Kiedy najważniejsze nagrody przemysłu filmowego trafiały do twórców filmu Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri, a czarnym koniem (i nie ma w tym wyrażeniu żadnego podtekstu) wydawał się film Uciekaj!, Oscar dla najlepszego filmu trafił w ręce Guillermo del Toro i jego Kształtu wody. Choć po cichu mówiono o szansach projektu del Toro w walce o najważniejszego Oscara, nagroda dla filmu o miłości kobiety do istoty żyjącej w wodzie spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem. Możliwe, że jest to swego rodzaju odpowiedź na ubiegłoroczną porażkę La La Landu – bajkowego, iście hollywoodzkiego filmu, który przegrał z niezależnym Moonlight. Nie można przy tym odmówić jednak Kształtowi wody bycia filmem kompletnym. Dziełem pomysłowym, dziwnym i w tej dziwności intrygującym oraz poruszającym. To jeden z wielu możliwych słusznych wyborów Akademii – zwycięzcą równie dobrze mogły się okazać nie tylko Trzy BillboardyUciekaj!, ale i ocierająca się o arcydzieło Nić widmo Paula Thomasa Andersona, lekkie i błyskotliwe zarazem Lady Bird Grety Gerwig, subtelne Tamte dni, tamte noce Guadagnino czy nawet spektakularna Dunkierka Nolana. Kategoria najlepszego filmu była w tym roku bardzo silna i ciężko wskazać jeden, odpowiedni wybór. Znacznie łatwiej wskazać te niesłuszne.

Można mówić, że Sam Rockwell był równie zachwycający, co Harrelson i Jenkins, a wyróżnienie dla Laurie Metcalf za drugi plan byłoby bardzo miłą niespodzianką. Niby szkoda też trochę Sally Hawkins, a sympatycy Tamtych dni, tamtych nocy zapewne ubolewają nad porażką Timothée Chalameta. Do nagród aktorskich nie można mieć jednak najmniejszych zastrzeżeń – trafiły do osób, które faktycznie w tym roku zasługiwały na nie najbardziej. Podobnie zresztą jak nagroda za reżyserię dla Guillermo del Toro, w którego cieniu pozostał genialny Christopher Nolan, fenomenalnie operujący patosem i budujący emocje w Dunkierce. Głośne Uciekaj! nie zostało ostatecznie bez nagrody, a debiutujący Jordan Peele otrzymał nagrodę za scenariusz oryginalny, pozostawiając w swoim tle Trzy Billboardy, Lady Bird czy Kształt wody. Niby zasłużenie, choć niesmak pozostaje, szczególnie gdy skupimy się na Martinie McDonaghanie i jego scenariuszu, którego kwintesencją jest mistrzowska scena konfrontacji głównej bohaterki z miejscowym księdzem. Oscar za scenariusz adaptowany trafił w ręce Jamesa Ivory’ego za Tamte dni, tamte noce, w kontekście którego mówiło się o umiejętnym przełożeniu książki pisanej z perspektywy głównego bohatera, zdominowanej przez jego wewnętrzne głosy i myśli, na język filmowy, jednocześnie nie ujmując niczego samej historii uniwersalnej miłości. Fantastyczna kobieta pogodziła dwa najgłośniejsze filmy w kategorii filmu nieanglojęzycznego, czyli NiemiłośćThe Square, stając się niby zaskakującym wyborem, ale jednak trochę spodziewanym, chociażby ze względu na specyfikę dwóch wcześniej wspomnianych tytułów.

Najlepszą piosenką wybrane zostało Remember Me z animacji Coco, które pokonało Mystery of Love Tamtych dni, tamtych nocy czy This Is MeKróla rozrywki. Co ciekawe, żadna z tych piosenek nie wybrzmiała na żywo w sposób wybitny, a w przypadku zwycięzcy można mówić nawet o sporym rozczarowaniu. Niepewny początek skutkował dość przeciętnym występem, którego nie uratowały nawet neony odnoszące się do samej animacji. Coco pogrzebało również nadzieje na Oscara dla Polski, a nasz (choć tak naprawdę nie do końca „nasz”) Twój Vincent i jego twórcy musieli zadowolić się niestety tylko nominacją, która i tak jest dość sporym wyróżnieniem. Zresztą od początku zwycięzca był tylko jeden, a choć CocoTwój Vincent zachwycali wizualnie równie mocno, animacja Pixara wyprzedziła brytyjsko-polski film przede wszystkim pod względem fabularnym. Dość spodziewanie rozstrzygnęły się również kategorie techniczne, w których trzykrotnie triumfowała Dunkierka (szkoda, że nagrody za montaż nie zgarnęła Jestem najlepsza. Ja, Tonya) oraz dwukrotnie Blade Runner 2049 (pierwszy Oscar dla Rogera Deakinsa po trzynastu wcześniejszych szansach na statuetkę). Za muzykę zasłużenie nagrodzono Alexandre’a Desplata za Kształt wody, choć równie dobrze mógłby to być Zimmer czy Greenwood. Oscar za kostiumy trafił do Nici widmo, za charakteryzację do Czasu mroku, a za scenografię do Kształtu wody – pozostaje pytanie, czy mogło być inaczej? Ostatecznie nominowany w trzynastu kategoriach do Oscara, film Guillermo del Toro zakończył galę z czterema statuetkami. I dobrze, bo nie było w tym roku jednego dominującego filmu, który zgarnąłby wszystko, a wyróżnienia rozłożyły się na różne tytuły. Choć nie wpłynęło to zupełnie na nieprzewidywalność wyborów, to zagwarantowało chociaż różnorodność. Szkoda jednak, że bez żadnej statuetki w głównych kategoriach przygodę z Oscarami zakończyły Lady BirdNić widmo. Akademia ewidentnie nie lubi Paula Thomasa Andersona, więc na złotą statuetkę pewnie jeszcze chwilę poczeka.

Czego oczekuję od przyszłorocznych Oscarów? Mniej poprawności, a zdecydowanie więcej odwagi. Konkretności w wypowiadanych słowach i opiniach. Mowach, o których będzie się chciało dyskutować tuż po tym, jak najpierw nam – widzom – odbiorą mowę. I przede wszystkim jeszcze więcej utalentowanych kobiet wśród równie utalentowanych mężczyzn. Brakuje tu jeszcze tylko nuty humoru. Może warto obsadzić ponownie w roli gospodarza słynną Ellen? Może dostaniemy następne kultowe selfie?

Paweł Pachla - student kulturoznawstwa o specjalności teksty kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autor bloga O szeroko pojętej kulturze.

Napisz komentarz


cztery − 2 =