Jak długo pracuje Pani z osobami niepełnosprawnymi?

Niemal trzynaście lat. W warsztacie terapii zajęciowej w Fundacji Artes pracuję natomiast od 2003 roku. Nie mam wykształcenia terapeutycznego, jestem po malarstwie na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, próby pracy z tymi osobami były zatem związane z moim artystycznym wykształceniem. Zawsze starałam się podchodzić do osób, które pojawiały się na warsztatach i znikały, bo czasami były to osoby poważnie chore, indywidualnie, wyszukiwać w nich najlepsze cechy. Nie chciałam ich wtłaczać w jakieś ramy – czasami wydaje mi się, że na tych warsztatach uczestnicy są przymuszani do robienia czegoś ładnego, czegoś, co się sprzeda, a ja starałam się wydobyć z nich takie charakterystyczne umiejętności, talenty. I to widać na mojej najnowszej wystawie Czy to jest nierealny taki plan?, do której chciałabym w naszej rozmowie nawiązywać.

Zacznę od plac plastycznych, których na wystawie jest mniej niż filmów. Od ponad dekady współpracuję z Kamilem Kowalczykiem. Kamil od początku miał swój styl, interesuje się transportem zbiorowym. Robiliśmy wspólnie małe wystawy, pierwsza zbiorowa wystawa odbyła się parę lat temu w Nowohuckim Centrum Kultury. Największą do tej pory zbiorową wystawą z pracami plastycznymi i filmami była wystawa Myślę, że jesteś dziwny i bardzo cię lubię w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. To było dokładnie rok temu, we wrześniu 2015 roku. Kamil rysuje korytarze, ulice, studzienki kanalizacyjne tak, jakby próbował pokazać miasto z góry, jego mapę, jest przy tym osobą introwertyczną, mało mówi. Tworząc wystawę, nie chciałam ingerować w jego zamknięty świat, ale sposób, w jaki on przetwarza to miasto, jest fascynujący. Kamil na przykład zna rozkłady jazdy, jak się go zapyta o jakiś autobus, to potrafi wymienić jego przystanki. Na wystawie Czy to jest nierealny taki plan? można zobaczyć właśnie subiektywne mapy miasta, wyobrażenia miast widzianych z góry. Kamil rysuje z wyobraźni w różnych technikach. Moją rolą było obserwowanie Kamila, tego, czym się interesuje. Często mówi o zanieczyszczeniu miasta, krytykuję politykę antysmogową prezydenta Majchrowskiego, mówi, że plany zapobiegania zanieczyszczeniu nie są realizowane, nie ma zmian. Kamil narysował trzy prace, gdzie pojawia się temat smogu, na jednej z prac pojawia się Majchrowski na tronie, a obok prezydenta znajduje się Przemek, który na wystawie występuje w jednym z filmów. Moja ingerencja jako artystki i organizatorki wystawy nie polegała na tym, że wskazałam mu konkretny temat. Starałam się słuchać, co mówi, obserwować w grupie, dowiadywać się, czym się interesuje, mówić o formalnych, plastycznych możliwościach. Kamil zachował swój styl, a nasza współpraca nadal trwa. Nigdy nie działam tak, że mam jakiś temat, na przykład taki, że teraz robimy coś na święta – co się w warsztatach terapii zajęciowej bardzo często zdarza – nie podporządkowuję zdolności osób niepełnosprawnych jakiemuś tematowi, tylko staram się poprowadzić ich artystycznie w sposób, który nie narusza ich indywidualności.

 

Kamil Kowlaczyk, bez tytułu, tusz na papierze, 2016.

 

Praca, o której Pani mówi, jest rodzajem arteterapii?

Jestem arteterapeutką na którymś miejscu. Jestem przede wszystkim artystką sztuk wizualnych pracującą od 16 lat. Moje prace można zobaczyć na wystawie Medycyna w sztuce w MOCAK-u, miałam również indywidualną wystawę w Bunkrze Sztuki w 2010 roku, zatytułowaną Balans, i to była wystawa o niepełnosprawności. Wątki osobiste tej wystawy zawsze we mnie tkwiły, gdyż sama jestem osobą z niepełnosprawnością, dlatego chciałam robić wystawy bardziej poszerzone na przykład o filmy, w których uczestniczą osoby niepełnosprawne. W filmach one nie wytwarzają niczego materialnego, one po prostu sobie tak przebywają, można powiedzieć, że są bardziej osobowościami, uważam je za performerów, takich performerów życia nawet. Te osoby na scenie, przed kamerą są naprawdę niesamowite. Ich aktywność na scenie wynika na przykład z niemożności skoncentrowania się i dlatego muszą się przemieszczać cały czas albo cały czas coś mówić, one nie mogą usiedzieć w miejscu. Nie chciałam robić takich typowych pokazów czy wystaw. Wydawało mi się, że po prostu nie było odpowiedniego klimatu, a ta typowa forma wydawała mi się dosyć wyczerpana. W swoich realizacjach wideo wykorzystuję potencjał osobowości jako aktora, performera, poety, muzyka, który jest amatorem, nie artystą profesjonalnym.

Nasze działanie jest ubrane w formę wizualną, która jest dla mnie jako artystki sztuk wizualnych bardzo ważna. Zwracam uwagę na to, jakie jest oświetlenie, jaki jest kadr; na stałe współpracuję z Bartoszem Cichońskim, operatorem po Łódzkiej Szkole Filmowej, sama też robię zdjęcia i staram się, żeby one były wizualnie ciekawe. Można powiedzieć, że to jest arteterapia. Dla osób, z którymi pracuję, to jest bardzo ważne. Dla mnie to też jest bardzo ważne, liczy się to, że robimy coś razem. Często są to właśnie takie spontaniczne nagrania, nie ma praktycznie w ogóle przygotowań do nich. Jedno z nagrań, Rozmowa, w którym występuje dwóch chłopców – Paweł i Rafał – było zrealizowane za jednym razem. Chłopcy wstali, wyszli przed kamerę i odegrali rozmowę, patrzyli na mnie, bo coś im pokazywałam zza kadru, więc to była taka nasza potrójna rozmowa, tylko że nie było mnie widać. Można powiedzieć, że film Rozmowa to taki dokamerowy performance.

 

Joanna Pawlik, kadr z filmu „Rozmowa”, video HD, 37 min, 2016.

 

Mogę też podać przykład filmu W jak najlepszym porządku, gdzie występuje Przemek i opowiada, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W filmie są właściwie dwa pojawiające się na przemian kadry – oddalony i przybliżony. Zaproponowałam Przemkowi, żeby opowiedział do kamery o tym, co robi na warsztatach. W filmie Przemek opowiada, co tam u niego w domu, opowiada nam po prostu swoją historię, co chwilę ją podsumowuje, tak jakby sam siebie uspokaja: tutaj wszystko jest w jak najlepszym porządku, dogadujemy się i w ogóle jest świetnie. Chyba siedem razy powtarza te słowa jak mantrę. Właśnie dlatego film jest dla niego arteterapeutyczny. Dla mnie jest natomiast ciekawą obserwacją sposobu, w jaki osoba radzi sobie z problemami, jak wyraża emocje, jak się czuje przed kamerą, jak nawiązuje relacje i jak o nich opowiada, jak je sobie wyświetla w trakcie mówienia. W filmie Przemek jest właśnie takim performerem. Mówi bardzo ciekawie przez niemal 15 minut, nie zacina się, to niesamowity występ, potem kończy, dziękuje całej ekipie. Naprawdę można powiedzieć, że to jest jego występ, co prawda ustaliliśmy parę rzeczy, ja go naprowadziłam, ale po to, by dobrze czuł się przed kamerą. W filmach są oczywiście elementy kreacji, to kwestia mojej wrażliwości na osobę i na słowo, umiejętności wychwytywania czegoś ciekawego i wartościowego. Nie wiem, czy to nie brzmi zbyt górnolotnie, ale może na tym polega moja praca: trzeba wychwytywać, oczywiście każdy wychwytuje inne rzeczy. Można powiedzieć, że ja wychwytuję ludzi albo to, co w tych ludziach uważam za ciekawe. Istotne jest również to, by odbiorca zetknął się z osobą, której nie spotka na co dzień, czyli osobą niepełnosprawną w różnych aspektach.

 

Mówi Pani o tych osobach jako o performerach, czyli uważa ich Pani za artystów, a czy oni sami tak o sobie myślą, mówią? Czy samookreślenie: „jestem artystą, tworzę sztukę” jest dla tych osób istotne?

Niektórzy tak o sobie mówią, niektórzy nie. Czasem komunikacja z osobami, z którymi pracuję, jest utrudniona, ale myślę, że praca artystyczna jest dla nich ważna terapeutycznie. W trakcie przygotowań do wystawy w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w Krakowie zastanawiałam się, jak bohaterzy filmu Rozmowa zareagują na projekcję, taką na dużej ścianie, czy nie będzie ona ich krępować. Rozmawiałam z mamą Rafała, która powiedziała, że syna nie będzie to krępować, że on bardzo lubi ze mną pracować, że mu się to podoba, że się tak bardzo z wystawy cieszy. Rafał czasami wstydzi się siebie, więc możliwe, że gdybyśmy powtarzali nasze działania – obecnie mają one charakter pojedynczych zdarzeń i improwizacji – to osoby pierwszy raz występujące w moich filmach mogłyby zacząć czuć się lepiej, myśleć o sobie jak o artystach.

Natomiast zupełnie inna sprawa jest z Wiktorem Okrojem, który uważa się za artystę i jest artystą, artystą amatorem, działającym dosyć długo (niedawno miał swoje dziesięciolecie). Pisać i tworzyć dźwięki zaczął w liceum, dla niego bycie artystą jest bardzo istotne, to jest takie najważniejsze paliwo. Cały czas coś stara się robić, ktoś te jego teksty wypowiada; Wiktor nie jest w stanie sam ich wypowiedzieć, bo niewyraźnie mówi. Wielokrotnie wcześniej podejmował próby pokazywania swoich dzieł, ale zawsze to było działanie o charakterze lokalnym, odbywające się w domu kultury, co oczywiście też jest bardzo cenne, jednak nie dociera do szerszej publiczności. Dzięki naszemu filmowi Jak kiedyś poznam, pierwszej pracy wideo, w której mówi on swój własny wiersz, udało nam się jego prace rozpropagować, to poszło w świat, dużo osób to zobaczyło. W Jak kiedyś poznam Wiktor mówi o swoim marzeniu, że będzie miał dziewczynę, że z nią będzie; ten tekst można przeczytać na jego stronie internetowej. Myślę, że on zna swoje wiersze na pamięć, jest performerem, aktorem, bo wystąpił w filmie, poza tym jest również poetą i muzykiem.

 

Joanna Pawlik, kadr z filmu „Nie wasz się pisać”, koncert Wiktora Okroja, MSN w Warszawie, 2016.

 

Inny przykład artysty to Edee Dee, czyli Edward Deskur, którego film muzyczny otwiera wystawę Czy to jest nierealny taki plan? Edee jest profesjonalnym DJ-em. Jako muzyk zaczął działać po maturze na scenie techno, która tworzyła się w Polsce w latach 90. Pierwsze występy DJ-ów na żywo odbywały się w Krzysztoforach, na dole w piwnicy, gdzie Grupa Krakowska miała swoją siedzibę. Jan Chrobak, który niedawno zresztą zmarł, był bardzo otwarty, i on właśnie tym młodym, 20-letnim osobom pozwalał robić ostrą muzykę techno. Nigdy wcześniej niczego takiego nie pokazywano na żywo. No i właśnie Edek tam występował. Robi to już od 20 lat, jest profesjonalistą, z tego żyje, cały czas gra na różnych imprezach. W tym najnowszym, pokazanym na wystawie filmie, zrobionym w lipcu, Edward jest DJ-em i robi beatbox, robi muzykę na swoim ciele. Poprosiłam go, żeby wybrał jeden z tekstów Wiktora, no i się zgodził. Wybrał Piosenkę o nauczycielce, bo okazało się, że miał podobne doświadczenia – i Edward, i Wiktor byli w szkołach specjalnych, obaj spotkali nauczycielkę, która była bardzo opiekuńcza, bardzo się nimi przejmowała. W pracy Wiktora i Edwarda amator łączy się z profesjonalistą – tworzenie takich połączeń jest jednym z założeń moich działań. Zastanawiam się, co się wydarzy, jeśli ktoś profesjonalnymi narzędziami zadziała z tekstem, z obrazem, z muzyką, jaki efekt będzie dawać takie działanie. Edek wybrał sobie tekst Wiktora, piosenka ma swoje nuty, jednak Wiktor nie zna harmonii do końca, więc te wszystkie dźwięki mogą się wydawać dziwne. Edee nie trzymał się zapisu melodycznego, tylko uczył się słów i chciał je przetworzyć, zarapować. Ostatecznie jest pięć różnych dźwięków, rytmów, a film jest połączeniem dwóch metod pracy, amatorskiego tekstu z próbą jego muzycznej interpretacji przez profesjonalistę. Edek jest osobą praktycznie niewidomą, nauczenie się czegokolwiek na pamięć było dla niego trudne. Stwierdziłam, że jego działanie powinno być zarejestrowane jako proces żmudnej nauki. Film jest więc rejestracją próby nauczenia się przez osobę z dysfunkcją radzenia sobie z problemem – to pierwsza część filmu. Druga część natomiast pokazuje już sukces, w końcu się nauczył, w końcu udało mu się powiedzieć tekst w całości, bo wcześniej się zacinał albo zmieniał słowa. Sam beatbox nie sprawiał mu już żadnych trudności.

Praca z artystami z niepełnosprawnościami jest ciekawa i wielowątkowa. Cały czas staram się podsuwać komuś teksty Wiktora, staram się je pokazywać, żeby stały się widoczne, żeby po prostu ktoś mógł ocenić, czy to jest takie amatorskie, czy to jednak jest ciekawe. Wiktor od prawie dwóch lat jest dla mnie inspiracją.

 

Joanna Pawlik, „Piosenka o nauczycielce”, kadry, video HD, 10 min, 2016.

 

 

 

 

 

Bardzo mi się podobał jeden z momentów w koncercie Wiktora pt. Nie wasz się pisać [zapis oryginalny – przyp. red.], kiedy mówił o tym, po co tworzy, czym sztuka dla niego jest powiedział, że to wszystko dzieje się po to, by zostawić po sobie jakiś ślad. Ta fraza to potwierdzenie jego samoświadomości jako twórcy.

Tak, to prawda. Chodzi o to, żeby tym wszystkim ktoś się zachwycił, bo bez zachwytu nad ideą pracy z osobami niepełnosprawnymi nie jest łatwo. Poszukanie artysty, który w czasie koncertu przeczytałby teksty Wiktora, było bardzo trudne. Szukałam profesjonalnego aktora, piosenkarza albo kogoś, kto pracuje ze słowem i z głosem. Na udział w projekcie zgodził się Paweł Tomaszewski – młody aktor, bardzo wrażliwy, i to było dla mnie wspaniałe, że zainteresowała go idea i był zachwycony projektem.

 

 

Joanna Pawlik, kadr z filmu „Nie wasz się pisać”, koncert Wiktora Okroja, MSN w Warszawie, 2016.

 

Udało się Pani stworzyć w czasie tego koncertu zgrany zespół, w którym występowały osoby pełnosprawne i niepełnosprawny Wiktor. Podziwiam Wiktora za odwagę, nie każdy potrafi na forum publicznym powiedzieć, co czuje, albo że ma czegoś dość.

Wiktor, kiedy pisał, nie zdawał sobie sprawy, że cała Polska może przeczytać jego teksty albo obejrzeć filmy, w których bierze udział. Ale on lubi być w świetle reflektorów, problem jest tylko z wymową. Miał odwagę, ma Pani rację, ale dużą rolę odegrał też zespół i jego interpretacja. Paulina Owczarek i Ernest Ogórek – muzycy towarzyszący Wiktorowi i Pawłowi – są osobami, które swobodnie improwizują. Długo szukałam kogoś, kto by mógł tę muzykę Wiktora, niedoskonałą, tworzoną bez zasad harmonicznych – dlatego właśnie mi się podobała – przetworzyć artystycznie, nawiązać do niej tworzonymi przez siebie dźwiękami, a potem rozwijać. Mieliśmy pięć prób, z tego co pamiętam, dosyć długich, po pół dnia, i cały czas to była praca w procesie, improwizowana, przekazywałam im swoje wizje, swój główny artystyczny zamysł, starając się zamknąć koncert w jakiejś klamrze, stworzyć coś, co przykuwałoby uwagę, miało rytm. Starałam się podejść do tego koncertu tak, jak podchodzę do dzieł plastycznych – i dlatego nie mówię o prowadzeniu kamery i rejestracji wideo, tylko po prostu o dynamice w zestawieniu jednego utworu z drugim – ta dynamika i nieoczywiste zestawienia są istotne. Tworzenie to było przeplatanie i kontrastowanie rzeczy zarówno jeśli chodzi o treść, jak i o muzykę. Dopiero cała ta konstrukcja jest niesamowita.

Podczas pracy z Agatą Wąsik było podobnie, jednak bardziej skupiałyśmy się na treści, na wymowie tekstów, które dotyczyły na przykład wojny, wykluczenia czy śmierci. Istotne były też języki – Agata nie lubi śpiewać po polsku, śpiewa po ukraińsku, rosyjsku, angielsku i hiszpańsku. Chciałyśmy te treści i języki przemieszać i cały koncert ułożyć tak, żeby to właśnie było w jakiś sposób wyreżyserowane. To było dla mnie ciekawe doświadczenie i chciałabym taki rodzaj pracy kontynuować, tworzyć rodzaj spektakli, performance’ów lub miniteatr z muzyką, ale obecnie wszystkie plany zazwyczaj rozbijają się o bariery finansowe.

 

Joanna Pawlik, kadr z filmu „Podnoszę lampę w stronę złotych drzwi”, koncert Agaty Wąsik, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, 2016.

 

 

Czy sądzi Pani, że takie wystawy, jak Czy to jest nierealny taki plan?, i innego rodzaju działania w przestrzeni sztuki mogą zwiększyć widzialność osób niepełnosprawnych w przestrzeni społecznej? Galeria, mimo różnych działań kwestionujących jej granice, jest jednak miejscem osobnym.

Tak, jest miejscem osobnym, ale to, co pokazane w galerii, funkcjonuje nie tylko w tych zamkniętych strukturach, lecz od razu zaczyna funkcjonować również w Internecie. Wiadomo, że to wszystko zależy też od twórcy. Staram się pokazywać swoje prace w sieci –znajdują się w elektronicznych zbiorach MSN-u, na mojej stronie internetowej czy na Vimeo. Niedawno TVP Kultura zrealizowała program o mojej twórczości wideo pt. Videofan, który jest dostępny online.

Jeśli natomiast chodzi o widzialność osób niepełnosprawnych w przestrzeni miejskiej, to ta sytuacja się zmienia. Pojawiają się różnego rodzaju kampanie społeczne, na przykład świetna akcja „Czy chciałbyś zająć moje miejsce?”, zwracająca uwagę na zajmowanie kopert parkingowych przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych. Jeśli taka kampania odbywałaby się tylko w galerii, to faktycznie mało by to wnosiło. Wszystkie tego rodzaju działania to są takie cegiełki, to musi trwać dziesiątki lat, żebyśmy byli tak tolerancyjni, jak w innych krajach Zachodu. Osób z różnymi niepełnosprawnościami jest na ulicach bardzo dużo, kiedyś takim osobom w ogóle nie pozwalano wychodzić, rodzina się ich wstydziła. Ten postęp w zakresie obecności i widzialności osób niepełnosprawnych cały czas jest. Trzeba wspomnieć oczywiście o narzędziach wdrażanych przez państwo, Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, a także o paraolimpiadach. To wszystko składa się na obraz, który jest warty kontynuacji. Ja nie oceniam opłacalności moich działań, nie zarabiam na swojej sztuce, to jest działalność non profit, potrzeba serca. Staram się po prostu stworzyć jakąś wartościową pracę artystyczną. Równie ważne jest dla mnie pokazanie osób i ich właściwości, bo może nawet nie problemów – nie jest tak, że te osoby mówią tylko o tym, że jest im źle, bardziej mówią o swoich pragnieniach. Tytuł wystawy – Czy to jest nierealny taki plan? – pochodzi z piosenki Marzenie o Fenderze Wiktora. Wiktor chciałby mieć tę gitarę, ten Fender, ale z powodu niepełnosprawności byłoby mu trudno wydobywać dźwięki i melodię. To właśnie jest pytanie tej wystawy. Myślę, że to pytanie dla każdego. Wiktor i inne osoby, z którymi pracuję, mają mniejszą możliwość realizacji swoich planów, bo na przykład mają niesprawne ręce i nie zagrają na gitarze, ale tysiąc innych osób też nie zagra na gitarze, bo mają dębowe ucho, nie mają uzdolnień muzycznych, nawet jeśli mają nie wiadomo jak sprawne ręce. Można powiedzieć, że to jest takie uniwersalne pytanie o możliwość realizacji swoich własnych planów, czy pytanie o to, jak inni mogą je realizować. Często słucham w domu koncertu Wiktora i to pytanie wystawy zapadło mi głęboko w pamięć, bo każdy z nas ma jakiś plan, i cały czas odnosi jakieś porażki i sukcesy.

 

Mam wrażenie, że sztuka osób niepełnosprawnych jest traktowana marginalnie. Może to wiąże się z przekonaniem, że ta sztuka powstaje jako rodzaj autoterapii i nie dostrzega się innych jej funkcji, innych znaczeń. Czy da się to przekonanie zmienić? Czy tę sztukę można ująć w jakiś inny sposób, bez odwoływania się do dominujących narracji na jej temat?

Ogólnie to jest prawda, jestem osobą z niepełnosprawnością, ale jednocześnie jestem profesjonalną artystką i dlatego nie funkcjonuję na marginesie, współpracuję na przykład z różnymi instytucjami sztuki. To pokazuje, że moje działania artystyczne z osobami niepełnosprawnymi, amatorami to nie są marginalne rzeczy. Takie pytanie, jak tytułowe pytanie wystawy Czy to jest nierealny taki plan?, każdy może sobie zadać. Przy wystawie i przy wcześniejszych działaniach wykonałam dużo artystycznej pracy, nie tylko ja, cały zespół. Wszystko, co udało nam się zrobić, jest przetworzone przez profesjonalne narzędzia, zestawione z sobą. To nie jest wystawa amatorów, wkładam w to moje artystyczne doświadczenie. Ktoś coś gra, ktoś coś mówi, ja tym steruję, są napisane słowa, które zostają wielokrotnie przetworzone. To zupełnie tak, jakby Pani kupiła sobie kawałek pięknego materiału, ale co Pani z nim zrobi bez maszyny? Wystaw z udziałem tak zwanych artystów naiwnych było bardzo dużo, najciekawsza dla mnie była wystawa Po co wojny są na świecie? Sztuka outsiderów. Kuratorki tej wystawy – Katarzyna Karwańska i Zofia Płoska – zaprosiły mnie do stworzenia koncertów-performance’ów z udziałem Wiktora Okroja oraz Agaty Wąsik. Uwagę kuratorek zwróciły moje filmy wideo, w których tych dwoje artystów występuje. Kuratorki poświęciły rok na przygotowanie wystawy, w której wzięli udział amatorzy; kierowały się kluczem politycznym, zgodnie z misją muzeum. Sztuka amatorów może być ciekawa, ale bardzo ważne jest, na kogo trafi i jak się nią pokieruje. Często ta sztuka to bardzo emocjonalne rzeczy, jednak tworzone bez świadomości samego siebie jako twórcy. I to nie są gorsze rzeczy, czasami są nawet lepsze niż sztuka wielu osób, które są profesjonalistami; po prostu prace amatorów trzeba gdzieś znaleźć i pokazać jako sztukę inspirującą, uczynić widzialnymi. Wydaje mi się, że ja właśnie coś takiego robię. Interesują mnie prace plastyczne, ale bardziej zajmuje mnie sztuka związana z wideo i z interakcją z osobami, z performance’em czy w ogóle ze wszystkim, co wiąże się na przykład z dźwiękiem lub z wizją.

 

Joanna Pawlik, „Bette and Dot”, olej na płótnie, 2015.

 

Skupia się Pani bardziej na jednostce, na prezentacji działań konkretnych osób, w tych prezentacjach zawiera się poniekąd prywatna historia osób z niepełnosprawnościami, coś najbardziej własnego.

Tak, ale na grupie również, byliśmy grupą na przykład na koncercie. Ta szczera emocja pojawiająca się na koncercie i w filmach jest najważniejsza, ale też jest istotne, żeby ona była przetworzona na scenie. Od tej emocji wychodzimy, to jest tak samo ważne, albo nawet ważniejsze od na przykład tekstu, który funkcjonuje gdzieś w szufladzie – oczywiście nie umniejszając go, bo ja cały czas pracuję z różnymi tekstami. Trzeba natomiast zdać sobie sprawę z tego, że takie teksty i prace plastyczne wykonywane przez amatorów są sobie gdzieś i nikt nie bierze ich na poważnie, dlatego że to jest amatorskie, ale jeśli to jest profesjonalnie gdzieś pokazane, to się okazuje, że to jest superfajne, że tam jest historia Wiktora, tam jest on. Dla mnie jest ważne, żeby wyłapywać uniwersalne watki w sztuce amatorów, ale również te indywidulane, pokazywać figurę obcego, którego tak się boimy – szczególnie teraz jest to widoczne w kontekście na przykład uchodźców.

 

Czy integracja osób niepełnosprawnych i pełnosprawnych to „nierealny plan”? Jak Pani sądzi? Czy społeczno-polityczne warunki, w jakich żyjemy, sprzyjają integracji? Kiedy układałam to pytanie, miałam w głowie wypowiedź jednej z posłanek naszego rządu na temat konieczności posegregowania dzieci pełnosprawnych i niepełnosprawnych…

Też słyszałam tę wypowiedz, sugestia była taka, iż oddzielenie zdrowych dzieci od niepełnosprawnych byłoby dla tych drugich lepsze, bo miałyby lepszą opiekę. Oczywiste jest dla mnie, iż takie działanie przyniosłoby skutek przeciwny, dzieci niepełnosprawne spędzałyby czas jedynie w swoim towarzystwie, bez kontaktu ze zdrowymi rówieśnikami. Integracja społeczna jest równie ważna, a może nawet ważniejsza, niż nauka w tym wypadku. Jeszcze do niedawna miałam nadzieję, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że właśnie edukacja przedszkolna i szkolna, to znaczy klasy integracyjne, są dobrym krokiem w stronę integracji. W przedszkolu integracyjnym mojego młodszego syna był chłopiec na wózku, bardzo lubiany, dzieci mu pomagały. To jedyny krok w stronę integracji – edukacja i jeszcze raz edukacja oraz edukacja kulturalna, bo sztuka taka jak moja pokazuje to, czego widzieć nie chcemy, czego się boimy, osoby dziwne, inne. Potrzeba nam tolerancji i nauki w duchu tej sztuki. Czy ten czas teraz nadchodzi? Nie jestem pewna…

 

 

Joanna Pawlik – ur. w 1974 r., artystka sztuk wizualnych, absolwentka krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (studia na Wydziale Malarstwa w latach 1994–1999, dyplom w pracowni prof. Leszka Misiaka), doktorantka na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego, mieszka i pracuje w Krakowie. Zajmuje się malarstwem, rysunkiem, fotografią oraz wideo. Jej twórczość oscyluje pomiędzy zagadnieniami społecznych mechanizmów wykluczenia a osobistymi przestrzeniami odczuwania. Jest artystką skupiającą się na badaniu własnych emocji, odnajdywaniu porozumienia pomiędzy rolami artystki i matki, jej własne doświadczenia i życie wewnętrzne stają się materiałami, z których buduje swoje projekty.

Nagrania, o których mowa w wywiadzie, są dostępne na stronie internetowej artystki (www.joannapawlik.pl) oraz w wirtualnym archiwum na stronie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie (www.artmuseum.pl/pl/zasoby).

 

Joanna Pawlik, bez tytułu, tusz na papierze, 2015.

Napisz komentarz


7 × trzy =