W góralskiej izbie stół zastawiony najwyraźniej do śniadania, w kącie piec kaflowy, ściany zawieszone tatrzań­skimi obrazkami, wszystko à la mode zakopiańskiego dwudziestolecia: suto i siermiężnie[1]. Przy stole siedzą Maria Witkiewicz, matka Stanisława Ignacego Witkiewicza i Jadwiga Janczewska, jego narzeczona. Matka, przysadzista, z twarzą nalaną niczym u zdrowo popijającego górala, nosem błyszczącym, gdyby nie czarno-biała odbitka pewnie moglibyśmy jeszcze dodać – czerwonym, zastygła u szczytu stołu z uniesionymi parę centymetrów nad talerzem sztućcami. Zmęczona jedzeniem, zasapana, z oczami bezmyślnie wlepionymi w przestrzeń, jest istnym wcieleniem prozy życia. Rozdawczyni kiełbasy i klapsów. Prostopadle do niej lekko opiera twarz na dłoni subtelna Jadwiga, smukła, odrobinę przerażona tegoż życia poezja. Kadr jest wyjątko­wo udany, tworzą go niemal idealnie równoległe, zrównoważone strony: Witkiewiczowej i Jadwigi. Gdyby przeciąć zdjęcie na pół, uzyskalibyśmy dwa całkiem poważne portrety starszej pani i modnej dziewczyny. Tymczasem, kontrastując ze sobą, składają się one na przezabawną scenę: prostą, a jednocześnie obfitującą w konteksty – od biograficznego po freudowski. Nie mamy żadnej pewności, czy zdjęcie jest przypadkowe (takie jest pierwsze wrażenie patrzącego), czy też zostało zainscenizowane przez syna i narzeczonego foto­grafowanych kobiet. Jednak nawet jeśli sfotografowana sytuacja była w pełni naturalna i powtarzała się każ­dego ranka podczas pobytu Jadwigi u Witkiewiczów, jej komizm nie jest „czystym wytworem” rzeczywistości. Nawet zakładając, że ingerencja Stanisława Ignacego ograniczała się do wyboru momentu, w którym zdjęcie powstało, musimy wziąć pod uwagę, że jego komizm jest produktem – celowym lub ubocznym – gry fo­tografa czy raczej samego medium fotograficznego z sytuacją rzeczywistą. Komizm w fotografii wiąże się zawsze z jej sednem. „Fotografia to tekst pomiędzy rzeczywistością portretowaną na zdjęciu a subuniversum podmiotu fotografującego; pomiędzy tym, co wynika z samej materii rzeczywistości i zostaje jedynie po­chwycone sprawnym, przewidującym okiem obiektywu a mniej lub bardziej jawną praktyką inscenizacyjną; między tzw. obiektywną rzeczywistością a rzeczywistością symulowaną”[2], a jej komizm, podobnie jak inne fotograficzne „efekty”, tak czy inaczej musi wynikać i być naznaczony właśnie tym zasadniczym „pomiędzy”. To, co na zdjęciu bawi, bo jest dziwaczne, zaskakujące lub groteskowe, niewiele ma też wspólnego z emo­cjami/treścią, wiąże się natomiast ściśle z umysłem/formą. Jak pisał Bergson, którego teorie zresztą mocno inspirowały Witkacego, „żeby komizm mógł wywołać należyty skutek, wymaga on jakby chwilowego znie­czulenia serca. Przemawia jedynie do intelektu”[3]. Dla Stanisława Ignacego Witkiewicza fotografia, ściślej zwią­zana z rzeczywistością niż malarstwo, musiała być medium szczególnym: jego teoria Czystej Formy przecho­dziła w nim swego rodzaju próbę ogniową. Nie wystarczało stworzyć formę, trzeba było o nią pertraktować z codziennością, z tym, co realne, znane i oswojone.

 

Aparaty Witkacego

Fotografia była dla Witkacego wyzwaniem, niewątpliwie jednak weszła w jego życie naturalnie: zaintere­sowanie nią przejął od ojca. Stanisław Witkiewicz, fotograf-amator, nigdy nie napisał nawet większego stu­dium w całości poświęconego fotografii, ale rozproszone uwagi na jej temat możemy znaleźć w wielu jego pismach. Bardzo cenił możliwości, jakie daje fotografia, i choć nadużyciem byłoby twierdzić, że uważał ją za równą malarstwu, był przekonany, że może mieć na sztukę liczne wpływy: „Olbrzymie rozszerzenie wyob­rażeń o stosunkach przedmiotów, niesłychane powiększenie liczby punktów widzenia, które się wyraziło w pozyskaniu ogromnej swobody kompozycji, w zdobyciu ogromnego urozmaicenia układu obrazów, uła­twienie w poznaniu i uświadomieniu ruchu”[4]. Doceniał też stały rozwój techniczny fotografii: „tegoczesny aparat i teraźniejsze klisze, działające z większą niż przeciętny mózg ludzki szybkością, są przysposobione do chwytania najsubtelniejszych drgań duszy”[5]. Zwłaszcza to ostatnie przekonanie ojca musiało przypaść do gustu młodemu Witkiewiczowi, który – niezależnie od tego czy robił kolejny autoportret ze wściekłym grymasem, czy portretował znajomych, umyśl­nie rozmazując lub rozświetlając kontury ich twarzy – oczekiwał od fotografii eksploro­wania „tajemnicy egzystencji”. Miała być zapisem tego, co wykracza poza codzienność i utarte myślenie o świecie, tego, co porusza. Zbliżając się do tajemnicy, igrając z nią, wprowadzając śmiech, można ją skutecznie oswoić – to jeszcze jedna z funkcji, jaką pełni komizm w fotografii Witkacego.

 

 

Stanisław Ignacy swojej przygody z fotografią nie zaczynał od portretu. Pierwsze zdjęcia, typowe, trochę mroczne pejzaże, powstawały podczas górskich wycieczek. W tym czasie Witkacy fotografował też z pasją lokomotywy. Szybko jednak porzucił swoje zainteresowania dokumentalne na rzecz portretów ludzi ze swo­jego otoczenia, autoportretów i scen inscenizowanych, co wymagało przejścia do kadrowania zamkniętego. Fascynowały go aparaty, im nowocześniejsze, tym lepiej. W listach do żony rozwodzi się na temat przyjem­ności, jakiej dostarczają mu eksperymenty z nowym aparatem: „fantastycznym”, „cudownym”. Bardzo zajmo­wały go formalne aspekty fotografii. Jego współcześni z łatwością mogliby posądzić go o niedokładność, błędy, a wręcz nieznajomość sztuki robienia dobrych zdjęć; zamazania, prześwietlenia, nakładania, niena­turalne kontrasty były oczywiście zamierzonym eksperymentem, inspirowanym po części portretami Julii Margaret Cameron, która świadomie wykorzystywała błędy techniczne, aby uzyskać pożądany efekt. W prze­ciwieństwie jednak do Cameron, Witkacy nie fotografował swoich modeli tak, żeby wyglądali atrakcyjnie. Na większości jego portretów rysy twarzy są albo rozmyte, co nadaje im nieprzyjemną obłość, albo też ujęte ostro, w sposób reporterski: widać wtedy każdą zmarszczkę, rozszerzone pory skóry, nieregularne brwi, pie­gi, spękane wargi, a przede wszystkim nieupiększone, ukazane w całej swojej fizyczności, otłuszczone lub okolone cieniami, czasem specjalnie przez fotografa wydobyte – oczy. Odnosi się wrażenie, że portrety te są niemal intymne, nieprzeznaczone dla oczu tych, którzy nie znali modeli. I rzeczywiście, dla Witkacego jego twórczość fotograficzna miała charakter bardzo prywatny, dostęp do fotografii miało zaledwie kilka osób z jego otoczenia. Kiedy ogląda się dziś tę niewielką część zdjęć Witkacego, która ocalała, trudno uciec przed wrażeniem, że wchodzi się w osobny, wyznaczony powtarzającymi się twarzami świat, stworzony przez fo­tografa jako zbiór osobliwości na własny użytek. Można domniemywać, że to właśnie fotografia – paradok­salnie – była mu ze wszystkich uprawianych dziedzin najbliższa i najbardziej przyjazna.

 

 

Grymasy, kalifornijski wujek i „potwór z Düsseldorfu”

Wiele zdjęć Witkacego wywołuje jednocześnie śmiech i niepokój: zabawne pozy i sceny z trudem wynurzają się z ciemności kadru, cienie kładą się na twarzy wykrzywionej w prześmiesznym grymasie, kobiety pozują­ce z Witkiewiczem do obrazoburczych inscenizacji, wzbudzają podejrzenia co do rodzaju zażytego wcześniej specyfiku. Groteska, udziwnienia, kuriozalne pomysły powtarzane z niewielkimi zmianami lub układające się w cykle – Witkiewicz z pewnością swoje badania „psychiczne” i wyzwania rzucane pozornej oczywistości wynosił ponad osiągnięcie efektu komicznego. Nie do końca jednak efekt ten był produktem ubocznym. Witkacy lubił zabawę, mistyfikacje, inscenizowanie scen było dla niego i jego przyjaciół jedną z ulubionych rozrywek. Oprócz tego gra w zacieranie śladów „prawdziwego” Witkacego, w ukrywanie się pod licznymi przebraniami i minami, z pewnością prowadzona z intencją rozpłynięcia się w licznych, świa­domie multiplikowanych formach, oglądającemu fotografie zaczyna po chwili przypominać ciuciubab­kę z autorem, chichoczącym równie szczerze co widz.

 

 

Śledzenie komicznych grymasów na autoportretach Witkacego i zdjęciach, do których pozował choćby Józefowi Głogowskiemu, jest zajęciem niezwykle wciągającym. Po­zbawiony zębów starzec, nie grzeszący inteligencją poczciwiec, wyniosły zakopiański turysta, „niebezpieczny przestępca” i „przestępca niedoświadczony”, chłopek-roztropek, nadęty pyszałek, mężczyzna cyniczny – to tylko niektóre z Witkacowskich wcieleń wyczarowanych li tylko za pomocą twarzy. Jedną z naj­bardziej wyróżniających się serii są zdjęcia „wujka z Ka­lifornii”, do których Witkiewicz pozował Głogowskiemu. Na kolejnych ujęciach Witkacy wspaniale „ogrywa” charakterystyczny kapelusz z szerokim rondem i jasny garnitur, to spoglądając z iście amerykańską nadzieją w przyszłość, to kpiąco zerkając na swych pospolitych rodaków. Artysta doskonale też wypada jako „potwór z Düsseldorfu”, z naciągniętą na gło­wę marynarką, strasząc bez większego po­wodzenia niezmiennie dystyngowaną Janinę Turowską (zdjęcia Władysława Grabskiego). Koszula lub marynarka naciągnięta na głowę to zresztą częsty motyw tych zdjęć Witkace­go, które możemy postrzegać w kategoriach komizmu. Na jednej z fotografii Stanisław Ig­nacy nakrywa głowę kubrakiem góralskim, występując w roli czy to bardzo podejrzanej kozicy, czy też wątpliwej jakości mary górskiej, gotującej się do zamachu na wielce tym uba­wioną kuzynkę. Inne elementy przebrania to najczęściej rozmaite kaszkiety, czapki czy też ówczesny prototyp okularów przeciwsłonecz­nych. Przyjmowane przez Witkacego pozy są z reguły śmiałe i prowokujące – na jednym ze zdjęć obłudnie składa ręce, wznosząc przy tym oczy ku milczącym zapewne niebiosom, na in­nym bez pardonu wypina tyłek, wąchając kępę tatrzańskich krokusów.

 

Stanisław Ignacy Witkiewicz z kuzynką Marią Witkiewicz, fot. Jan Koszczyc Witkiewicz, 1903

 

Na grupowych zdjęciach inscenizowanych, oglądamy tego samego wykrzywionego w grymasie, odróżniają­cego się już na pierwszy rzut oka od reszty pozujących Witkiewicza, który często występuje w roli przywódcy i najczęściej jest głównym źródłem komizmu fotografii. Fotografie takie jak Parodia malarstwa w plenerze czy Zwalone drzewo są zabawne właśnie za sprawą pełnych zaangażowania póz Witkacego i jego straszliwie wy­krzywionej twarzy.

Maria Witkiewicz, matka Stanisława Ignacego Witkiewicza i Jadwiga Janczewska, jego narzeczona, fot. Stanisław Ignacy Witkiewicz, 1912-1914

Prywatna kolekcja osobliwości Stanisława Ignacego Witkiewicza wymyka się próbom zawłaszczenia przez śmiertelnie poważnych krytyków, jego strategie obronne działają bez zarzutu. Groteska i komizm skutecznie chronią dostępu do „jądra ciemności”, jednocześnie bez ustanku sugerując jego obecność. Są rodzajem szaleń­stwa, na które można sobie pozwolić, a przecież, jak stwierdził Witkacy w Szewcach, znoszenie egzystencji bez szaleństwa jest czynem niemal „nadludzkim”.

 

 

Fotografie Stanisława Ignacego Witkiewicza znajdują się obecnie w zbiorach prywatnych Ewy Franczak i Stefana Okołowicza. Właścicie­lom kolekcji serdecznie dziękuję za pozwolenie na zamieszczenie reprodukcji. Fotografie Witkacego wystawiano zarówno za granicą (m.in. w Musée des Beaux-Arts w Nantes, Francja), jak i w Polsce (świetna wystawa Psycholizm, pokazana m.in. w krakowskim Bunkrze Sztuki, 30 kwietnia – 7 czerwca 2009 r.).

Bibliografia:

Face au néant. Les portraits de Stanislaw Ignacy Witkiewicz [katalog i teksty], le Musée des Beaux-Arts de Nantes, Lyon 2004.

Artykuł ukazał się w piśmie kulturalnym „Fragile” nr 2 (8) 2010.



[1] W tekście odnoszę się zarówno do fotografii wykonanych przez Witkacego, jak i do tych, do których świadomie pozował – będąc inscenizatorem odpowiedzialnym za ich powstanie i ostateczny kształt.

[2] A. Ogonowska, Komizm – reakcje i relacje, „Biuletyn Fotograficzny Świat Obrazu” nr 4, 2009.

[3] H. Bergson, cyt. za: A. Ogonowska, dz. cyt.

[4] St. Witkiewicz, cyt. za: S. Sontag, O fotografii, Kraków 2009.

[5] St. Witkiewicz, Sztuka i krytyka u nas, Kraków 1971, s. 149.

Monika Ples - absolwentka edytorstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor, pisze o teatrze i sztuce współczesnej; współpracowała m.in. z "Zeszytami Literackimi".

Napisz komentarz


pięć × = 20