Kadr z filmu Wieża. Jasny dzień (2017)

Zaczyna się jak w horrorze lub filmie Michaela Hanekego. Kamera unosi się nad samochodem, sunącym po zapomnianej drodze. Po obu stronach asfaltu najpierw szare wieżowce, potem gęsty las. Z kinowych głośników zamiast warkotu silnika czy śpiewu ptaków, bije agresywna kakofonia.

Pierwsze ujęcie – jak na film, któremu gro krytyków przypisuje wyjątkową oryginalność – dość standardowe. Podobne obrazy widzieliśmy nie raz: u Kubricka (w Lśnieniu [1980]) zapowiadały nadchodzące zło, w rodzimym Hardkor Disko (2014) Skoniecznego tworzyły nieco oniryczny nastrój, a u wspomnianego Hanekego (oryginał i remake Funny Games [1997, 2007]) po prostu paraliżowały, ukojone muzyką klasyczną, zmysły. Dalej jest trochę jak w dowcipach o czeskim i polskim kinie – odpowiednio: nie bardzo wiadomo o co chodzi i dlaczego tak nudno. Ale czas pracuje na korzyść tego filmu. Dlatego należy wykazać się cierpliwością, bo choć nagrodzona na festiwalu w Gdyni za debiut i scenariusz Wieża. Jasny dzień nie ma najlepszego startu, finalnie zapowiada talent, który w przyszłości może pięknie zabłysnąć.

Pierwszy plus jest taki, że wyjeżdżamy z Warszawy. Akcja filmu Jagody Szelc rozgrywa się bowiem w naturalnie malowniczej Kotlinie Kłodzkiej. Obserwujemy rodzinny zjazd z okazji nadchodzącej komunii małej Niny. Ważna uroczystość lekko przesłania fakt, że sytuacja wewnątrz familii jest dość skomplikowana. Biologiczna matka Niny, Kaja (Małgorzata Szczerbowska) pewnego dnia gdzieś zniknęła, a po latach nagle wraca i nikt za bardzo nie wie,jak w takiej sytuacji się zachować. W czasie jej absencji Niną opiekowała się przyrodnia siostra Kai, Mula (Anna Krotoska). Nie wiedząc czy Kaja kiedykolwiek wróci, Mula wychowała Ninę jak własną córkę i ani myśli ją zwrócić . Zresztą z Kają w ogóle jest problem. Często szepcze coś pod nosem, przepada w lesie na długie godziny, a jej błędny wzrok podąża za czymś, czego nikt inny nie widzi. Nieuduchowionym przypomina wariatkę, uduchowionym jurodiwą: widzi, czuje i doświadcza więcej, jakby miała wgląd w „drugą stronę”. Konflikt między siostrami wisi w powietrzu, podobnie jak złowrogie wizje coraz śmielej łamiące barierę jawy i snu.

Kadr z filmu Wieża. Jasny dzień (2017)

Oczywiście, to tylko naskórkowy opis fabuły – znaczenia w Wieży. Jasnym dniu tworzą bardziej obrazy niż słowa; więcej wywnioskujemy sondując klimat danych scen niż wsłuchując się w enigmatyczne dialogi. Szelc, jak przystało na odważną debiutantkę, niespecjalnie się kryguje, co potwierdza wybita na czarnym jeszcze ekranie informacja: „oparte na przyszłych wydarzeniach”. Owe „przyszłe wydarzenia” nie wydają się jednak tak bardzo odległe od bieżącej rzeczywistości. Trzydziestolatkowie pracują w korporacjach, dzieci krzyczą i biegają, telewizja wciąż nadaje. Przez moment widzimy nawet uchodźcę (imigranta?), pokonującego przełajem górskie ścieżki. Cała bezkompromisowość Wieży. Jasnego dnia tkwi we fragmentarycznym sposobie opowiadania. Kto szuka odpowiedzi na zadawane w toku fabuły pytania, ten trafił pod zły adres. Kto jest przywiązany do narracyjnej logiki, ten winien zmienić przyzwyczajenia. U Szelc nic nie jest stałą, również jeśli chodzi o ton – raz rodzinna psychodrama, raz metafizyczny horror. Jedna scena to leżenie plackiem nad jeziorem, inna – zbieranie pokrwawionych ciał z podłogi. Słowem: eksperyment z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Stąd część widzów Wieżę… może odrzucić, ale wielu przy niej pozostanie, bo to dzieło nastrojowe i niepokojące, porządnie zagrane przez nieznanych aktorów i (co nadal nieczęste w polskim kinie) świetnie udźwiękowione. Szelc doskonale radzi sobie z kreowaniem apokaliptycznej grozy, szczególnie w brawurowo zainscenizowanym, hipnotyzującym finale. Finale, który żeni zagadkowość kina Michelangelo Antonioniego z romantycznym szaleństwem Andrzeja Żuławskiego, w którym czuć spuściznę zmarłego przed rokiem George’a A. Romero (seria filmów o żywych trupach) oraz inspiracje współczesnymi horrorami, z Czarownicą. Bajką ludową z Nowej Anglii (2015) Roberta Eggersa na czele.

Ten festiwal paradoksów ma swoje źródło w otwartej strukturze Wieży. Jasnego dnia, zdolnej pomieścić najdziksze tropy interpretacyjne i najcięższą symbolikę (od biblijnej wieży Babel po obecne podziały społeczne), co czyni całość jednocześnie silną i słabą, awangardową i asekurancką. Można toczyć o nią boje, można wzruszyć ramionami. Najlepsze wyjaśnienie tych wszystkich sprzeczności dała sama reżyserka, która w wywiadach przyznaje, że przyczyną powstania jej filmu było zaproszenie do rozmowy, biała karta do uzupełnienia dla widzów, bodziec do myślenia. Może więc nie film, a projekt: Wieża. Jasny dzień? Może nieprzypadkowo pierwsze, otwarte dla publiczności seanse odbywały się w warszawskim Teatrze Rozmaitości? W takim razie próba przywrócenia kinu estymy miejsca spotkania z drugim człowiekiem i przyczynek do poważnej refleksji? Na tak zaadresowane zaproszenie zawsze warto odpowiedzieć.

Wieża. Jasny dzień
scen. i reż. Jagoda Szelc, zdj. Przemysław Brynkiewicz, muz. Teoniki Rożynek, wyst. Anna Krotoska, Małgorzata Szczerbowska, Rafał Cieluch, Rafał Kwietniewski, Polska 2017, 106 min.

Sebastian Pytel - rocznik ’84. Wyróżniony w XX Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Publikuje w prasie i internecie. Współautor książek David Cronenberg w oczach krytyków filmowych (2016) i David Lynch. Polskie spojrzenia (2017). Fanatyk Bloodborne'a, Davida Lyncha i Cormaca McCarthy'ego.

Napisz komentarz


2 × = osiem