Znamy wiele osób, które uważają się za pacyfistów. Najczęściej mówią jednak tak: „wojny są złe i nie popieramy ich. Ale w pewnych szczególnych przypadkach ich prowadzenie jest uprawnione”. Czy takie osoby faktycznie są pacyfistami, czy też po prostu zwolennikami jednej z teorii wojny sprawiedliwej?

Prawdopodobnie odwołują się Państwo w tym pytaniu do błyskotliwego tekstu Jana Narvesona Pacyfizm. Analiza filozoficzna. Autor udowadnia w nim, że pacyfizm jest stanowiskiem niespójnym. Jeżeli bowiem ktoś uznaje, że ludzkie życie ma bardzo dużą wartość, to w niektórych sytuacjach, jeśli ludzkie życie jest zagrożone, należy zrobić wszystko, żeby to życie ochronić.

Takie stanowisko faktycznie może być uznane za niespójne, ale jest to pacyfizm rozumiany niezwykle ściśle. Można sobie natomiast wyobrazić sytuację, w której ktoś nie jest totalnym pacyfistą w rozumieniu Narvesona – czyli nie popełniałby tej sprzeczności i mówiłby, że w pewnych warunkach wolno zabijać – ale w rzeczywistości między państwami te warunki nigdy nie są spełnione. Ponieważ jeżeli nawet uznaje się, że w przypadkach indywidualnych zabijanie byłoby dozwolone – gdy na przykład obserwujemy napad na bank i widzimy, że bandyta chce zabić strażnika, wolno nam lub strażnikowi w akcie obrony własnej zabić napastnika – to takie sytuacje nigdy nie zachodzą w przypadku konfliktu między państwami. To tak zwany contingent pacifism – jesteśmy pacyfistami w praktyce, bo żadna wojna nie daje się usprawiedliwić.

 

Są też myśliciele rozumiejący pacyfizm szerzej i jego wartość upatrujący w rozbudzaniu dylematów związanych z zabijaniem.

Tak, z jednej strony mamy Narvesona, który mówi, że jeśli ktoś twierdzi, że nigdy nie wolno stosować przemocy, to musi mieć w głowie jakiś pojęciowy mętlik. Z drugiej strony mamy tradycję pokazaną na przykład w tekście Chayneya C. Ryana Obrona własna, pacyfizm a możność zabijania, która mówi: „Zaraz, zaraz! Nie da się tak łatwo przedstawić uzasadnienia, dlaczego wolno zabijać”. Wszystkie teorie pokazujące, dlaczego wolno zabijać, wcale nie są – jeśli bliżej im się przyjrzymy – takie sensowne.

Nawet bowiem, kiedy mamy do czynienia z napastnikiem, o którym wiemy, że chce zrobić coś złego – to on dopiero zamierza zrobić coś złego! Zabicie go za sam zamiar jest dość problematyczne. Pacyfizm próbuje więc odbić piłeczkę i powiedzieć zwolennikom zabijania – czy to w obronie własnej, czy w innych przypadkach – że nie ma dobrej teorii, która by to uzasadniała. Odbywa się to oczywiście na poziomie analitycznym, filozoficznym.

 

Można też chyba bywać pacyfistą kontekstualnym – w odniesieniu do konkretnego konfliktu jestem pacyfistą lub nie.

Można. Ja sam mogę powiedzieć, że jestem przeciwnikiem wielu określonych wojen, ale wolałbym nie określać się mianem pacyfisty. Wielu ludzi ucieka od tego terminu, bo jest on zbyt niejasny i obciążony historycznymi zaszłościami. Lepiej określać się na przykład jako przeciwnik wojny w Iraku lub jako przeciwnik konkretnych praktyk związanych z wojną z terroryzmem niż jako pacyfista.

Na poziomie społecznym ruch pacyfistyczny był aktywny w latach 60. i 70. – co wiązało się z konfliktem w Wietnamie, który pociągnął gigantyczne straty po obu stronach. W tym sensie pacyfizm można oceniać pozytywnie, bo przynajmniej częściowo blokował rozprzestrzenianie się tego konfliktu i w jakiś sposób przywracał wartości, które Zachód próbuje strzec, jak przestrzeganie reguł ius ad bellum (zasad regulujących przystępowanie do wojny).

Po 2001 roku nazwa „pacyfizm” jest rzadziej stosowana. Możemy jednak powiedzieć, że ludzie protestujący przeciwko wojnie w Afganistanie czy w Iraku byli w pewnym sensie pacyfistami. Wartość ich działania polegała na tym, że pokazywali oni, iż faktycznie zgodnie z regułami, które sami akceptujemy, zapisanymi w Karcie Narodów Zjednoczonych, te wojny nie były uzasadnione, w szczególności wojna w Iraku.

 

Tomasz Bohajedyn, „Nalot”

 

Ale dyskusja filozoficzna wokół samej wojny chyba zawsze była żywa?

Otóż nie, tematyka wojenna wróciła niedawno, ale wcześniej była dosyć zaniedbana. Wydana w 1977 roku książka Michaela Walzera Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe, zainspirowana wojną w Wietnamie, była częścią dyskusji filozoficznych na temat wojny sprawiedliwej i etycznie dopuszczalnych sposobów walki z przełomu lat 60. i 70. – potem problem zostaje zapomniany. Powraca na moment w latach 80. w związku z odstraszaniem nuklearnym, kiedy Ronald Reagan zaproponował program Gwiezdnych Wojen. Później – mimo tego, że nadal przecież toczono wojny – temat znów schodzi na drugi plan. To zmienia się po atakach na World Trade Center w 2001 roku, a w szczególności po amerykańskiej odpowiedzi na 11 września, czyli po uruchomieniu przez Busha tak zwanej „wojny z terroryzmem” i zaatakowaniu Afganistanu w 2001 oraz Iraku w 2003 roku.

Dla liberalnych amerykańskich elit było to szok: demokratyczne państwo atakuje inne państwo, uznając po prostu, że należy zmienić reżim. Zarówno atak na Afganistan, jak i na Irak, były bardzo problematyczne z punktu widzenia obowiązującego prawa międzynarodowego. A mówi ono, że atakować możemy wyłącznie w obronie własnej, albo w obronie zaatakowanego państwa trzeciego, albo kiedy mamy pozwolenie Rady Bezpieczeństwa ONZ na akcję w rodzaju interwencji humanitarnej.

Ani atak na Afganistan, ani na Irak, nie spełniały tych kryteriów. W pierwszym przypadku Bush próbował uzasadniać te działania, mówiąc, że jest to obrona Stanów Zjednoczonych przed atakiem, jakiego dokonały grupy działające na terenie Afganistanu. Tyle że trudno mówić tu o bezpośrednim ataku jednego państwa na drugie!

Atak na Irak był jeszcze bardziej problematyczny, bo stworzono pozory, że Saddam Hussein współpracuje za Al-Kaidą, a w przyszłości może zagrozić Zachodowi poprzez to, że produkuje broń masowego rażenia, co jest zabronione. Jak się później okazało, oba te powody były wyssane z palca.

(…)

 

Cały artykuł dostępny jest w wersji papierowej „Fragile” nr 2 (28) 2015.

Napisz komentarz


× siedem = 21