Tomasz Gregorczyk: Ubiegłoroczna edycja Sacrum Profanum była pierwszą pod twoją wodzą. Miałeś okazję wiele rzeczy sprawdzić, przetestować, zaeksperymentować – i wyciągnąć wnioski. Czego się dowiedziałeś?

Krzysztof Pietraszewski: Rzeczywiście traktowałem tamtą edycję jak pewien poligon doświadczalny. Program był bardzo różnorodny i mogłem się przekonać co, jak i gdzie może się sprawdzić i obronić, jak zostanie przyjęte. Tak szerokie otwarcie miało nie tylko pomóc przetestować mi niektóre elementy festiwalu, ale też jak najszerzej zakreślić obszar zainteresowań, którymi Sacrum Profanum pod moim kierunkiem zajmie się w przyszłości.

Czyli przesłanie brzmiało: „To jest spektrum, które nas interesuje i jeżeli coś się na festiwalu pojawi, a czegoś innego zabraknie – byliście uprzedzeni”.

Tak, to zakreślenie pól, na których festiwal będzie się koncentrował w przyszłości – choć niekoniecznie na wszystkich.

Byłem bardzo pozytywnie zbudowany przede wszystkim odbiorem dwóch koncertów, które w porównaniu z poprzednimi edycjami festiwalu szły o wiele dalej, głębiej i bezkompromisowo estetycznie. Mówię tu o koncercie Zeitkratzera oraz tria Anna Zaradny/Robert Piotrowicz/Jérôme Noetinger. Na obu występach sale były szczelnie wypełnione widzami, a rozmowy trwały bardzo długo. Ludzie wymieniali się komentarzami, było w tym dużo życia i energii. To dodało mi odwagi, żeby w tym roku pójść jeszcze bardziej w kierunku różnie pojmowanej awangardy – pytanie oczywiście, czy dziś jeszcze mamy do czynienia z awangardą, ale zostawmy to na boku. Jestem wdzięczny publiczności, że te koncerty doceniła swoją obecnością, bo ważne jest, żeby festiwal robić dla ludzi. Zresztą celem tego festiwalu jest popularyzacja muzyki i docieranie z nią również do tych, którzy niekoniecznie interesowali się nią wcześniej.

Wejście w rolę kuratora festiwalu wiąże się z dużym stresem i poczuciem odpowiedzialności, których może nie do końca byłem świadom. Wcześniej miałem okazję programować pasma na innych festiwalach czy duże wydarzenie miejskie, ale nigdy nie wiązało się to z tak dużym obciążeniem.

Kwestia skali?

Tak, ale również pełniejszego, osobistego zaangażowania. Na szczęście zadziałało to motywująco, nie paraliżująco. I był to pierwszy festiwal Sacrum Profanum, który musiałem – z racji nowej roli – obserwować z mniejszą swobodą.

Czytałeś recenzje po festiwalu?

Czytałem.

Znalazłeś w nich cokolwiek, co dało ci do myślenia?

W podsumowaniach rocznych często pojawiały się słowa, że festiwal był bardziej awangardowy i bezkompromisowy – co było uznane za zaletę. To utwierdziło mnie, że obraliśmy dobry kierunek.

Ale jest faktycznie jeden temat, nad którym mocniej się pochyliłem po recenzjach z ubiegłego roku. To temat, który na festiwalu przez trzy ostatnie lata pracy dyrektora artystycznego Filipa Berkowicza był mocno eksploatowany i ja sam poświęciłem mu ostatnio sporo miejsca w ostatnim programie – chodzi o indie classical, czyli muzykę powstającą na styku muzyki alternatywnej i poważnej. Właśnie „poważnej” a nie „współczesnej”, bo często jest raczej klasycyzująca niż awangardowa. I rzeczywiście muszę przyznać rację recenzentom, że to nurt, który faktycznie wyczerpał siłę rozpędu jaka pchała go przez ostatnie lata. Sam zaczynam odczuwać coraz większą powtarzalność i wtórność projektów pojawiających się w obrębie tego nurtu.

Pewna część budowanej przez lata publiczności tego festiwalu wciąż oczekuje takich pozycji w programie, dlatego starałem się w tym roku zaproponować, nieco przekornie, pewne rozwinięcie czy też uzupełnienie tej estetyki. Mam na myśli koncert Post indie classical oraz obecność Stephena O’Malleya czy Orena Ambarchiego w programie. Starałem się znaleźć takie utwory i takich wykonawców, którzy rzeczywiście działają na styku nurtu indie classical z modern classical, ale jednak są bliżej tej drugiej. Będą to Murcof i Vanessa Wagner, którzy grają w zasadzie elementarz kompozycji XX wieku, z tym że Wagner gra je klasycznie, a Murcof ze swoją elektroniką reinterpretuje je na żywo w sposób bardzo ingerujący w ich strukturę.

Innym nurtem zawsze mocno obecnym na festiwalu był minimalizm.

Był, ale wydaje mi się, że dość jednostronnie ujęty. Jednym z celów tegorocznego programu było więc pokazanie, jak pojemną estetyką jest minimalizm, jak wiele jest tych minimalizmów. Stąd Lubomyr Melnyk z podejściem maksymalistycznym czy impresyjnym, stąd też Julius Eastman, który dobrze koresponduje z Melnykiem w utworach na wiele fortepianów. U jednego i drugiego mamy potok dźwięków, tyle że inaczej nacechowany emocjonalnie: u Melnyka bardziej romantyczny, u Eastmana gniewny.

I wreszcie mamy minimalizm oparty na ascezie, często zredukowany niemal do jednego dźwięku, jak u Pauline Oliveros, Eliane Radigue, Davida Toopa czy Rishina Singha. Zresztą minimalizm zaprezentują nam artyści różnych pokoleń, co pozwoli na pokazanie innych ujęć i perspektyw.

Wiadomo, co pokaże w Krakowie Rishin Singh? Bo jest to artysta, którego stać na wiele.

Tak, w tym również na prowokacje. Będzie to premiera światowa i obawiam się, że poza Rishinem i może Quiet Music Ensemble nikt jeszcze tego nie wie.

Wspomniałeś o funkcji popularyzatorskiej festiwalu. Hasło promujące tę edycję – „Wejdź się do strefy dyskomfortu” – brzmi świetnie dla ludzi znających tę muzykę, którzy dobrze wiedzą, że niekoniecznie chodzi w niej o harmonijne piękno, a o szorstkość, chropawość i wyzwanie. Tyle że słuchacz niezbyt obeznany może mieć z tym pewien problem. Nie baliście się tego przewrotnego hasła?

To próba rzucenia wyzwania tej publiczności, która ma zdanie na temat tej muzyki, pomimo że nie miała z nią wcześniej kontaktu i jest stereotypowo do niej uprzedzona. Zachęcamy do tego, żeby wyrobić sobie własne zdanie na jej temat i się z tą muzyką zmierzyć. W jaki sposób na nas oddziałuje? Jakie zostawia wrażenia? Jakie budzi emocje? Uprzedzamy, że mogą być one różne – negatywne i pozytywne. Ale myślę, że możemy zagwarantować, że będą jakieś – że ta muzyka nie zostawi publiczności obojętną.

Żyjemy w czasach, w których ironia czy przekorne rzucanie wyzwania jest jakąś drogą dotarcia (a może też wejścia na ambicje) do odbiorcy. Nie zapominajmy o tym, że Kraków jest w tej chwili polską stolicą outsourcingu, zatrudniamy w tym sektorze najwięcej osób w Polsce i to wielki potencjał, również kulturalny. Jest to grupa, do której warto się odwoływać zapraszając na wydarzenia kulturalne. I myślę, że nasze hasło jest im bliskie – w świecie coachingu i współczesnego motywowania zachęta o wyjściu poza strefę własnego komfortu pojawia się bardzo często, bo została zaszczepiona wraz z kulturą pracy firm, które otwierają w Polsce swoje centra outsourcingowe.

No dobrze, ale o uczestnictwie w kulturze nawet studentów kierunków humanistycznych pisze się alarmujące raporty. Myślisz, że pracownicy firm outsourcingowych naprawdę czekają na tego typu ofertę kulturalną?

Ja znam te osoby! Oczywiście nie wszystkie, ale wielu moich znajomych pracuje w takich firmach. I już pomijam tak czysto sprzedażowe kwestie, jak to, że to firmy mające ogromne budżety z funduszy socjalnych na kulturę; które często same dystrybuują bilety lub udostępniają je do sprzedaży z ogromnymi zniżkami; które często prowadzą własne gazety i biuletyny…

Których poziom często jest naprawdę niezły.

…i które mocno interesują się kulturą! Jedna z nich poprosiła mnie o wywiad na temat Sacrum Profanum. Jest to biuletyn firmy, która zatrudnia tysiąc czterysta osób i pewnie przynajmniej co drugi pracownik ten biuletyn przeczyta. To świetny kanał dostępu do nowych ludzi. Istnieje też komercyjny magazyn kierowany do tego sektora i wiem, że oni są głodni tego typu wydarzeń. Nie zawsze jednak o nich wiedzą i nie zawsze udaje nam się do nich dotrzeć.

Funkcjonują w nieco innym obiegu. Upraszczając – wyświetlają im się na ścianie na Facebooku zupełnie inne informacje niż nam. To ciekawe, co mówisz o tej grupie, bo bardzo często ludzie kultury i sztuki mają bardzo mylne wyobrażenie osób pracujących w korporacjach…

Powiedziałbym, że to wyobrażenie tak samo jest obciążone stereotypami i uprzedzeniami, jak wizerunek muzyki nowej u przeciętnego odbiorcy kultury. To bardzo podobny poziom braku zrozumienia i poznania.

We wstępie do festiwalowej książki Wszystko jest ważne napisałeś, że muzyka jest zwierciadłem rzeczywistości. W takim razie jaki obraz daje tegoroczny program?

Zależało mi na tym, żeby festiwal nie tylko swoim programem, ale też formą odpowiadał rzeczywistości. W związku z tym nie jest to już tylko cykl wieczornych koncertów, tylko wydarzenie, które staje się bliższe doświadczeniu festiwalowemu w sensie muzycznego święta, kiedy to biega się od sceny do sceny i poznaje nowych artystów. Sacrum Profanum jest w stanie coś takiego zaproponować. W ciągu sześciu dni będziemy mieli dwadzieścia koncertów – więc będzie bardzo intensywnie. Dla porównania – w ubiegłym roku koncertów było jedenaście w przeciągu ośmiu dni.

Te koncerty oferują doświadczenia bardzo różnego rodzaju – od słodkich, lekkich, często miłosnych piosenek Moondoga, po utwory medytacyjne Pauline Oliveros, trwające około godziny. Ta wielość doświadczeń, intensywność i różnorodność odpowiada rzeczywistości wokół nas, gdzie również mamy bogatą ofertę, z której trudno coś wybrać. Specjalnie w tym roku nie ma na festiwalu głównego bohatera czy artysty, którego festiwal promowałby szczególnie. Postaci, wokół których zbudowany jest program, jest wiele: Moondog, Eastman, Dumitrescu, Avram, Lucier, Walshe i inni. To również próba przeniesienia uwagi odbiorców na historie, jakie kryją się za tymi twórcami.

Największą inspiracją w tworzeniu tego programu i opowiadaniu o nim jest Jennefer Walshe i jest postinternetowa twórczość z utworem Everything Is Important, który stał się dla mnie hasłem-kluczem. W tym programie rzeczywiście wszystko jest ważne. I wszystko jest jednakowo przez nas traktowane. Chcemy, żeby program był tak intensywny i w pewnym sensie atakujący odbiorcę, jak intensywne są dzisiejsze media społecznościowe i Internet. Z jednej strony możemy przeżyć coś szybkiego i dynamicznego, niemal piosenkowego, z drugiej możemy uciec od zgiełku miasta do lasu, do przyrody i wyciszyć się na medytacjach Oliveros czy Radigue.

Mówicie zatem: „Drodzy słuchacze, jako festiwal dokonamy dla was pewnej selekcji tego chaosu i przedstawimy wam to, co ważne, ale część tej roboty musicie wykonać sami. I nie ma przed nią ucieczki”.

Zgadza się. Wydaje mi się, że osądy „co jest ważne” straciły na aktualności przy tej wielości muzyki z jaką mamy do czynienia (choć oczywiście w dalszym ciągu jest to propozycja przefiltrowana). Ale chyba dobrze, jeśli w trakcie takiego festiwalu można wybrać spośród wielu propozycji, które są od siebie różne, choć jakoś ze sobą korespondują. Bo można rozłożyć ten program na czynniki pierwsze i pokazać, jak różne elementy ze sobą się zazębiają i ostatecznie bylibyśmy w stanie zlinkować ze sobą wszystkie jego części. Tworzenie spójnej narracji też wydaje mi się ważne, bo koniec końców pojawią się osoby, które zechcą oddać się festiwalowi w całości. Ale jeśli festiwal nie skupia się na jednym kierunku, temacie czy haśle przewodnim, to otwiera się też bardziej na publiczność – bo ona jest przyzwyczajona do odbioru kultury na żądanie i z większą swobodą (i woli serwis streamingowy zamiast półki z płytami z ograniczonym wyborem).

Oprócz tego, że muzyka jest zwierciadłem, jest też – jak napisałeś – dłutem.

Muzyka nie tylko odpowiada na rzeczywistość, ale też stara się mieć na nią wpływ. To właściwie nieuniknione, bo artyści zmieniają otoczenie wokół siebie. Nie chcę na festiwalu unikać tematów ważnych społecznie i politycznie. Wydaje mi się, że nawet abstrakcyjne, niezatytułowane utwory instrumentalne, które teoretycznie nie zawierają żadnego przekazu są nośnikiem jakiegoś znaczenie. W przypadku Juliusa Eastmana ta treść jest mocno sugerowana tytułami.

Pytanie, czy wyczytalibyśmy z tych utworów to samo znaczenia, gdybyśmy nie znali historii Eastmana i nie byłyby one tak sugestywnie zatytułowanie?

Mam wrażenie, że te emocje są w nich tak intensywne, że owszem, wyczytalibyśmy. Samo oglądanie wykonań tych utworów – mocno agresywne i wytrzymałościowe dla muzyków – też sugeruje interpretację. Ale akurat te kompozycje mają mocne tytuły jasno sugerujące sposób ich odczytania, jak Crazy Nigger czy Gay Guerilla.

Ale weźmy na przykład Lubomyra Melnyka, który napisał utwór The Voice of Trees. Z pozoru wydaje się on kolejnym ckliwym, romantycznych utworem o naturze i nie słychać w nim żadnego większego gniewu. Jest to jednak utwór, który niesie ważne przesłanie, bo został poświęcony drzewom – ale tym, które zostały utracone, które ścięto czy też zniszczyła je przyroda. To rodzaj hołdu i wyraz nostalgii za tym, co może przepaść i za tym, co nam już zabrano. To utwór z 1985 roku, absolutnie nie związany z tym, co dzieje się teraz na przykład w Polsce, ale siłą tej muzyki – czy siłą muzyki w ogóle – jest to, że możemy odczytywać ją wciąż na nowo, w obliczu nowych wydarzeń i okoliczności.

Słowo „drzewo” stało się dziś słowem mocno nacechowanym politycznie.

Tak. Co jest trochę przerażające. W ten wątek odczytywania muzyki wpisuje się też zamykający festiwal koncert Afrykańskie reperkusje, pokazujący związki minimalizmu Steve’a Reicha z muzyką z Ghany. Po wyprawie do Ghany twórczość Reicha przeszła radykalny zwrot w stronę rytmu, polirytmii afrykańskich i już nigdy nie była taka jak wcześniej: zloopowana, zdehumanizowana, eksperymentalna. Ale oprócz wymiaru muzycznego, ważny jest też dla mnie społeczny wydźwięk tego koncertu. Zaprosiliśmy na niego muzyków z Ghany, którzy wraz z amerykańskim zespołem Mantra Percussion wykonają utwory amerykańskiego minimalisty w Polsce, w Krakowie. I może nie jest to nic nadzwyczajnego, ale chyba ważne dziś, żebyśmy dbali o taką wielokulturowość. Zwłaszcza w kontekście maszerującej fali prawicowego radykalizmu, przechodzącej już nie tylko przez Polskę, ale też Europę i Amerykę i w obliczu kryzysu cywilizacyjnego, z którym Europa próbuje się zmierzyć. Może są to małe gesty, ale bardzo ważne.

Tak ułożony program ostatniego koncertu stawia pytanie o kulturowe centrum i peryferia. Niby wiemy, że Reich inspirował się Afryką, ale dopiero kiedy usłyszymy Reicha i Afrykę na jednej scenie, zaczynamy rozumieć, co w tym przypadku było źródłem, a co peryferium.

Tak, staramy się powiedzieć głośno, kto był czyim mistrzem. To Gideon Alorwoyie stoi za zmianą w muzyce Reicha, która z kolei miała ogromy wpływ na minimalizm, a potem na muzykę popularną – od elektronicznej po taneczną. Ale to nie od Reicha się zaczęło – zaczęło się w Ghanie. A wysłuchanie kompozycji Reicha z muzyką afrykańską wplecioną w przebieg utworu – tak będzie w pierwszej części utworu Drumming – oznacza odkrycie jej na nowo.

 

Pełny program festiwalu: http://sacrumprofanum.com

Tomasz Gregorczyk - dziennikarz muzyczny. W centrum jego zainteresowań znajduje się jazz i muzyka improwizowana. Prowadzi cykliczne audycje w Programie II Polskiego Radia ("Czas na Jazz” i "Rozmowy improwizowane”), jego audycja "Improwizator" (we współ. z Januszem Jabłońskim) została nominowana do nagrody Prix Italia w 2011 roku. Publikował m.in. w serwisach "Diapazon", "Independent", "Kultura Enter", "Jazzarium" oraz w pismach "Glissando", "Twój Blues", "Jazz Forum". Jest stałym felietonistą poświęconego muzyce klasycznej miesięcznika "Muzyka w Mieście".

Napisz komentarz


7 + sześć =