Choć w Macierzyństwie (Dede) wojna nie pojawia się na ekranie bezpośrednio, wciąż rozdaje karty zza kulis. Odmierza rytm i wyznacza role. Młodzi mężczyźni wracają z frontu i szykują się na wesele, bo po czasie śmierci nadchodzi czas życia. Wojna obrazuje także układ sił – po stronie oddających jej życie mężczyzn leży władza, od kobiet oczekuje się posłuszeństwa.

Nie da się Macierzyństwa (Dede, 2017) Mariam Khatchvani oglądać jedynie jako poetycką opowieść z odległej krainy. Początkowe ujęcia pokazują radosnych mężczyzn, którzy brną przez błoto wojskowymi samochodami. Napis informuje, że jesteśmy w Swanetii w 1992 roku. Choć z jednej strony dystans 25 lat  buduje w filmie złudzenie, że przedstawiane wydarzenia miały miejsce „dawno, dawno temu”, to należy pamiętać, że konflikt o Abchazję z 1992 roku jest wciąż obecny w gruzińskiej świadomości i rzeczywistości, czego dowodzą ośrodki dla osób wewnętrznie przesiedlonych po wojnie, które do tej pory są zamieszkałe. Może kino jest jednym ze sposobów na przepracowanie doświadczenia tego konfliktu? Stąd stanowi on temat wielu gruzińskich filmów, które znalazły drogę do europejskiego widza – Mandarynki (2013, Zaza Urushadze), Rozkwitające (2013, Nana Ekvtimishvili), Wyspa kukurydzy (2014, Giorgi Ovashvili).

 

Kadr z filmu Macierzyństwo (Dede), 2017.

 

Oryginalny tytuł filmu, Dede, co po gruzińsku znaczy matka, sugeruje skupienie na postaci głównej bohaterki. Każdy akord tej historii jest zagrany czysto, każda scena jest znacząca, a jednak trudno uwierzyć w motywacje Diny. Oglądając Macierzyństwo, zastanawiałam się czy historia młodej kobiety została wpisana w konkretny kontekst, który miał zbudować przekonującą opowieść, czy jej postać jest tylko pretekstem do opowiedzenia o Swanetii. Ale nie o Swanetii znanej z artykułów Lonely Planet, czy rankingów: „najlepsze miejsca na podróż, o których nigdy nie słyszałeś”, kuszących wizją doświadczenia dziewiczej przyrody i obserwowania wielowiekowej tradycji zmąconej dopiero w ostatnich latach, kiedy drogi się trochę poprawiły, a region trafił na listę UNESCO i zaczęli ściągać do niego turyści. W Macierzyństwie otrzymujemy rewers idyllicznej pocztówki z wysokogórskiej krainy, a teksty z przewodników o konieczności ochrony niematerialnego dziedzictwa Swanetii nabierają charakteru gorzkiej ironii.

Momentami trudno oprzeć się wrażeniu, że obcujemy z  fabularyzowanym dokumentem o zwyczajach odizolowanej krainy północno-zachodniej Gruzji. Otrzymujemy przegląd tradycji odtwarzanych z towarzyszeniem zmiennych rekwizytów: świece, koguty, owce, raz przy stole zastawionym swaneńskimi specjałami, raz pod monastyrem. Mamy swaneńskie czapki, instrumenty, zamawianie chorób przez babkę i porady u duchownego. W tej klęsce folklorystycznego urodzaju ginie gdzieś Dina. Jej casus staje się tylko ilustracją tezy, że tradycyjne patriarchalne społeczeństwo niszczy kobietę, autonomiczność jednostki i prawdziwe relacje międzyludzkie. W repertuar swaneńskiej kultury niematerialnej, obok pieśni i języka, wchodzą bowiem bezwzględne posłuszeństwo, które kobieta winna mężczyźnie oraz krwawa zemsta, jako sposób załatwiania spraw niezałatwionych.

Zestawienie bliźniaczych scen mapuje problematykę Macierzyństwa. Sielski obrazek na początku filmu, kiedy dziewczyny z wioski w salwach śmiechu kąpią w rzece jagnię i Dina układająca przed lustrem swoje długie włosy – to sceny przygotowań do ofiar dziękczynnych za szczęśliwy powrót żołnierzy do domu. Jagnię ostatecznie trafia pod monastyr i nóż, gdzie krwią zwierzęcia dopełnia się rytuał, a odświętnie ubrana Dina prezentuje się jednemu z ocalałych, którego żoną ma zostać. Dziewczyna jednak nie zamierza stać się trofeum bohatera i artykułuje to bardzo dobitnie.

 

Kadr z filmu Macierzyństwo (Dede), 2017.

 

Swoją niezależność Dina manifestuje tylko w środowisku rodziny. O kobiecej emancypacji wykraczającej poza granice wioski nie ma mowy w tak odizolowanej społeczności. Zaglądamy do kamiennych średniowiecznych domów-twierdz, idealnej metafory swaneńskich relacji rodzinnych. Wieże przechowują skostniałe zwyczaje, chronią przed ingerencją, a nawet wzrokiem obcych, ale nie dają ciepła i bliskości. Pustkę, żałobę i izolację bohaterki oddają zdjęcia wczesnej wiosny lub późnej jesieni i zimy, kiedy bohaterowie wpadają w pułapkę śniegu. Powolne ujęcia krajobrazów z towarzyszącą im muzyką przywodzą na myśl filmy innego kaukaskiego reżysera – Sergieja Paradżanowa.

Można Macierzyństwu zarzucać zbyt proste rozwiązania fabularne –Można narzekać na zbyt wprost wyłożoną filozofię – walka to męska rzecz, a kobieca chronić życie. Jednak trudno zarzucić brak kontaktu z rzeczywistością. W innym przypadku studenci prawa na uniwersytetach w Gruzji nie mieliby do zaliczenia przedmiotu: „krwawa zemsta”, wykładanego bynajmniej nie przez katedrę historii prawa.

Wydaje się, że swaneńska niepokorna została spreparowana po to tylko, aby pokazać żywy skansen, w którym przyszło jej żyć. Mimo to warto mu się przyjrzeć, by nie traktować odwiedzanych zakątków świata tylko jako wakacyjnych lanszaftów. To też ostrzeżenie dla wszystkich tych, którzy w tęsknocie za poczuciem przynależności zapomnieli
o jego cenie.

 

Macierzyństwo (Dede)

Reż. Mariam Khatchvani, scen. Mariam Khatchvani, Vladimer Katcharava, zdj. Konsantine Esadze, muz. Tako Jordania, wyst. Natia Vibliani, George Babluani, Gruzja/ Katar 2017, 97 min.

 

Martyna Włosowicz - absolwentka komparatystyki i filologii rosyjskiej na UJ. Ostatnio czyta, ogląda i myśli na Kaukazie.

Napisz komentarz


+ 5 = dwanaście