Są tacy, którzy powtarzają, że Elvis żyje. To jednak nieprawda. Można nawet powiedzieć, że to w gruncie rzeczy niemożliwe. Elvis nie żyje. Nigdy nie żył.

Elvis Aaron Presley przyszedł na świat 8 stycznia 1935 roku, umarł 16 sierpnia 1977 roku. Elvis nigdy się nie narodził i nigdy nie zginął. Od początku jest martwy.

O co idzie? O różnicę między przypadkowością istnienia i nieśmiertelnością wizerunku. Różnicę arbitral­ną, niemniej istotną, bo definiującą kategorię uwodzenia.

Jean Baudrillard napisał: „Uwodzić to tyle, co umierać jako realność i odradzać się jako złudzenie. Tyle, co dać się pochłonąć przez własną złudę i wkroczyć w świat oczarowania” i, trochę dalej: „Strategia uwo­dzenia polega na złudzeniu. Czyha na każdą istotę, która weźmie je za rzeczywistość. I to stanowi źródło niewyobrażalnej siły”[1]. W gruncie rzeczy Elvis to zombie.

Choć to Elvis Aaron Presley śpiewał, to Elvis śpiewał. W porządku fizykalnym jest to zdanie paradoksalne. W porządku uwodzenia określa ono fundamentalną różnicę. Bo Elvis to wyobrażenie, to iluzja. Tylko jako taki uwodzi, więc tylko jako taki istnieje. Elvis, choć tożsamy z Elvisem Aaronem Presleyem, jest czymś jakościowo innym. Elvis jako podwojenie, przekroczenie i redukcja równocześnie? Dlaczego nie? Pop kultura i pop ontologia idą ręka w rękę. By zrozumieć idola, trzeba wyrzec się człowieka.

Pop ontologia nie interesuje się istnieniem. Kryterium pop ontologii jest ekstaza. Dreszcze, spazmy, mira­że, podniecenie, pomieszanie zmysłów. Pop ontologia drąży pień przeżycia. Jej kryterium nie jest praw­da, ale rozkosz. Dlatego jedną z jej podstawowych kategorii jest uwodzenie jako igranie z nieokreślonym. Balansowanie na linie. Permanentny paroksyzm śmierci.

W świetle pop ontologii Elvis Aaron Presley, Michael Joseph Jackson, czy James Byron Dean to tylko lu­dzie, opakowania. W grze wyobraźni są oni nieistotni. Pop ontologia odwraca relację ważności. Jednostka staje się wtórna w stosunku do wizerunku. Elvis i Michael Jackson stają się treścią, która jest aktualizowana przez konkretne ciała, ale jest też od nich niezależna, dalece je przerasta. To podstawowy wyznacznik kultury wizerunku, gdzie intersubiektywny fantazmat staje się ważniejszy niż indywidualna osobowość. Jego właściwością nie jest życie, ale śmierć. Idol zawsze jest martwy, ponieważ idol nie jest człowiekiem. Czym zatem jest? Fantazmatem właśnie. Tym, czym śmierć, czyli złudzeniem. Stanem wyobrażonym.

Guy Debord bezlitośnie krytykował taki stan rzeczy pisząc: „Idol, spektakularne przedstawienie żywej istoty ludzkiej, ucieleśnia dozwoloną rolę, a więc samą banalność. Jako specjalista w zakresie pozornych przeżyć (…) idol zachęca innych do utożsa­mienia się z życiem pozornym (…) i płytkim”[2]. Tylko czy to, czego doświadczamy obcując z idolem, z Elvisem choćby, rzeczywiście jest życiem pozornym i płytkim?Jeśli przyjmujemy punkt widzenia tradycyjnej ontologii, z pew­nością tak. Jednak na gruncie pop ontologii sprawy mają się inaczej.

To, co płytkie z perspektywy racjonalnej, w uję­ciu zmysłowym staje się fundamentalne. Nie stąpamy już po gruncie wyznaczonym przez dyskursywnie ustanawiane wartości, lecz przez doznania, które w pewnym stopniu są oczywi­ście społecznie kształtowane, ale które równo­cześnie sięgają sfery niemożliwej do określenia słowami. W porządku ekstazy o wartościach się nie dyskutuje. Tak jest w erotycznej grze, tak jest też w muzyce. Na pewnym poziomie muzyk jest zjawiskiem socjo­logicznym, ale każdemu z odbiorców dostarcza też przeżyć, którymi nie jest się w stanie z nikim podzielić. Rozkosz, którą daje jest samotnym przeżyciem. Tak jak śmierć. I to nie tylko w przypadku III Symfonii Beethovena, Requiem Mozarta, czy Kind of Blue Milesa Davisa, ale też Are You Lonesome Tonight? Elvisa.

Ta jednostkowość doznania przekłada się na stosunek fana do idola. Tłumaczy intymność, która z punk­tu widzenia obiektywnych warunków jest absolutnie absurdalna. Posiadanie głębokiej, osobistej relacji z Elvisem Aaronem Presleyem jest przecież niemożliwe. Elvis jednak może być kimś bliskim. Elvis jest tym dreszczem, który przynosi słuchanie Are You Lonesome Tonight? późną nocą w samotności. Jest drże­niem głosu w głośnikach, które staje się naszym drżeniem, marzeniem, które musi pozostać nieziszczone. Uwodzi nas, bo oszałamia, a więc oswaja ze śmiercią. Jak określił to Baudrillard: „Wszystko skłania do tego, by otworzyć coś, co otwiera się na nicość. I wszystko skłania do tego, by nie zapomnieć czegoś, co nic nie znaczy”[3].

Banał i metafizyka zlewają się tu w jedno. To, co na pierwszy rzut oka tandetne i ckliwe, staje się nagle nie­zwykle dojmujące właśnie w swojej ckliwości. To, co z wysokości krytycznego trybunału jest kiczowate, w bezpośrednim doznaniu pozbawionym dystansu często staje się potężniejsze niż wszelka racjonalna krytyka, gdyż pozwala odpocząć od skomplikowania świata i naszej w nim pozycji. Na tym również opie­ra się moc uwodzenia. Przynosi nam rzeczywistość uproszczoną, skrojoną na miarę naszych zmęczonych umysłów. To ukojenie łączy je ze śmiercią. Ona również wszystko upraszcza.

Uwodzenie i śmierć są nierozłączne, jednako iluzoryczne, a przez to niepoznawalne. Są też jednako oszałamiające i zmysłowe. Uwodzenie i śmierć wymykają się racjonalizacji. Rozum nie jest w stanie ich przeniknąć, ani zrekonstruować. Może jedynie próbować się do nich przybliżać. Te próby jednak zawsze odzierają iluzję z jej czaru. Dlatego, gdy myślimy racjonalnie, Elvis Aaron Presley śpiewający Are You Lone­some Tonight? podczas ostatniego tournée, to tylko gruby i spocony mężczyzna w śmiesznym stroju. Tyle że ten gruby i spocony mężczyzna to nie Elvis. Zupełnie tak samo jak jedzenie na talerzu to nie to samo, co smak tego jedzenia na naszym podniebieniu.

To zmysłowe doznanie uwodzi, a nie racjonalna kalkulacja. Idol jest zatem doznaniem. Nie istnieje jako osobny byt. Dlatego można powiedzieć, że Elvis to ten dreszcz, który przychodzi zawsze w momencie, gdy w połowie Are You Lonesome Tonight? następuje wyciszenie i Elvis Aaron Presley mówi: „I wonder if you’re lonesome tonight”. To nie zdanie, nie myśl, ale dreszcz. Elvis jest przeżyciem, a nie piosenką. To, co w słowach i progresji akordowej banalne, Elvis czyni poruszającym. Nie tylko dlatego, że melodia zapada w pamięć, ale dlatego, że przesiąknięta jest złudzeniem, czyli tym, co w społecznościach dawniejszych zwykło nazywać się magią. Magia to zaś nic więcej, jak próba wzięcia udziału w tajemnicy, której nigdy nie uda nam się zrozumieć. Jej obiektem są zewnętrzne konstrukty, takie jak Elvis, ale treścią jesteśmy my sami – nasza tęsknota za absolutem, innym, śmiercią.

Związek między uwodzeniem i magią jest równie intymny, jak relacja magii i śmierci. Rzec można, że to wierzchołki jednego trójkąta, który opisuje zmysłowe doznanie, jakie przynosi obcowanie z popkulturo­wym idolem. Elvis, tak jak każdy idol, jest uosobieniem głęboko ludzkiej potrzeby przekroczenia samego siebie. To byt z gruntu sztuczny i dlatego tak bliski. Jego ontologiczna przezroczystość pozwala lokować w nim wszelkie tęsknoty i wyobrażenia. Jest tylko tym, co mu przypiszemy. A przynajmniej tylko tyle o nim możemy powiedzieć. Nosi zatem w sobie nieusuwalne ziarno śmierci.

Elvis nie żyje. Nigdy nie żył.

Artykuł ukazał się w piśmie kulturalnym „Fragile” nr 4 (6) 2009.



[1] J. Baudrillard, O uwodzeniu, Warszawa 2005, s. 70.

[2] G. Debord, Społeczeństwo spektaklu oraz rozważania o społeczeństwie spektaklu, Warszawa 2006, s. 60.

[3] J. Baudrillard, O uwodzeniu, dz. cyt., s. 74.

Wojciech Klimczyk - doktor w Instytucie Socjologii UJ, autor książki "Erotyzm ponowoczesny", kiedyś wokalista zespołów Shimmy i Helsinki, pracuje jako reżyser teatralny i dramaturg, współzałożyciel kolektywu artystycznego Harakiri Farmers, która spektaklem "Keret" wygrał konkurs Nowe Sytuacje podczas festiwalu Malta 2008.

Napisz komentarz