Mo Yan — to nazwisko w zasadzie nic mi nie mówiło. Do czasu. Literacka Nagroda Nobla ma to do siebie, że w niesamowity sposób popularyzuje, ale przede wszystkim nobilituje kogoś, kto wcześniej mógł być pisarzem nieznanym lub wielbionym tylko przez garstkę wiernych czytelników. Jeśli dodatkowo człowiek ten pochodzi z innego kręgu kulturowego, pisze w mało popularnym w Polsce języku, to tym bardziej jego pojawienie się na nieboskłonie gwiazd światowego pióra jest wydarzeniem. Rozpoczyna się wydawniczy wyścig, drukuje się nowe pozycje, odświeża stare edycje (o ile były), wznawia. Mo Yan pozostawał w Polsce nieco w cieniu, schowany, parafrazując tytuł znanego filmu — nieomal jak przyczajony pisarz, ukryty tekst. Pięć lat przed Noblem dla autora, bo już w 2007 roku, nakładem W.A.B. ukazała się powieść Obfite piersi, pełne biodra. Powieść dziwna i zaskakująca, powieść magiczna, powieść – rzeka.

Jakie było moje skojarzenie po lekturze? Oczywiście — Szołochow. Kto czytał Cichy Don, ten od razu zorientuje się, o czym mówię. Długi okres trwania narracji, wielopokoleniowa rodzina i tragiczne losy kraju ukazane na przykładzie jednostkowych dramatów, zarówno głównych bohaterów, jak i postaci drugoplanowych. Jest w tym monumentalizm, jest również nieodparta melancholia towarzysząca ludzkiemu przemijaniu, dzianiu się i stawaniu faktów, które poruszane kołami wielkiej historii mielą jej małych pomocników, nas wszystkich, czy tego chcemy, czy nie. Wydaje się, że zasada ta sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną i wobec wszystkich, którzy mieli nieszczęście urodzić się w tzw. ciekawych czasach. Dzieje się to nieubłaganie. Wszystko to znajdziemy w książce Mo Yan’a zaadaptowane do warunków chińskich, pokazane przez pryzmat mentalności ludzi tego kręgu kulturowego, zabarwione filozofią i poetyką charakterystyczną dla Azji. Oto mamy dwudziesty wiek w pigułce, odbijający się w zwierciadle losów rodziny Shangguan: od przemian obyczajowych i kulturowych związanych z upadkiem cesarstwa i odejściem starego, tysiącletniego świata tradycji i zwyczajów w niebyt, przez okres republiki, okupacji japońskiej, wojny domowej, aż do zwycięstwa Komunistów, Rewolucji Kulturalnej i zmian gospodarczych związanych z odwilżą czasów Deng Xiaoping’a. Poznajemy chińską wieś od podszewki — wielki i fascynujący świat wzajemnych zależności, rytuałów i relacji, postaw ludzkich, wierzeń. Główna nić opowieści koncentruje się wokół postaci najmłodszego członka rodziny, Jintong’a i prowadzi nas poprzez jego życie ponad pół wieku, aż do lat 90-​tych dwudziestego stulecia. Widzimy perypetie jego bliskich, niejednokrotnie silnie zaangażowanych w wydarzenia miotające Chinami, szukających szczęścia na przekór wszystkiemu, chcących czasem po prostu przeżyć. Bije z tego wielka mądrość życiowa, przedwieczna siła i spokój — czytanie Obfitych piersi… kołysze i wprowadza w swoisty rytm, hipnotyzuje nie tylko treścią, ale i stylem jakim napisana jest powieść.

I tu nasuwa mi się drugie skojarzenie związane z rodzajem pisarstwa uprawianego przez autora, słusznie zaznaczone przez wydawcę na skrzydełku okładki. Zagłębianie się w książkę Mo Yan’a to tak naprawdę wyprawa w głąb świata chińskiego Márquez’a. Wrażenie jest nieodparte — wszak światem rodziny Shangguan rządzi swoiście pojmowana magia, silnie zakorzeniona w lokalnych wierzeniach państwa środka, przesiąknięta tą kulturą, religią. Wpływa to na sposób, w jaki napisane jest dzieło, jak działa ono na odbiorcę i gdzie go prowadzi. Tradycyjne postrzeganie świata oddala się, wchodzi w rytm realizmu magicznego i czyni Obfite piersi… prawdziwą perłą. Ale stoi za tym jeszcze jedna rzecz dla mnie chyba najważniejsza, choć przecież jest to bardzo silnie subiektywne odczucie — natura. Gdzieś bokami, opłotkami, w tych wszystkich niedomówieniach i działaniach, w każdym momencie opowieści czuję ją, wiem, że tam jest. I wiem, że jest kobietą, dającą życie, karmiącą, walczącą o potomstwo, wychowującą — matką żywicielką, symbolem płodności, ziemią urodzajną. Trudno mi powiedzieć na ile rehabilitowana jest tu pozycja kobiety w chińskim społeczeństwie, a jeśli tak, to na ile jest to podświadome działanie autora, a na ile moje własne odczytanie. Mam jednak pewność co do mocy, jaka bije z tego przekazu, mocy, której nie jest w stanie pokonać nawet śmierć, będąca przecież tylko kolejnym etapem wielkiego cyklu odradzania (naśladuje go nawet konstrukcja książki, która każe nam wrócić do początku opowieści na samym jej końcu).

Im bliżej współczesności, tym akcja bardziej przyspiesza, wydarzenia spłycają się, stają boleśnie codzienne. Gdybym miał wskazać jeden mankament powieści, byłoby to właśnie owo szybkie wyjście z przeszłości, które potęguje wrażenie skrócenia końcówki, pośpiechu Mo Yan’a przy ostatnich rozdziałach. Być może był to zamierzony przez autora efekt,
ale powoduje on, że ostatnią część książki czyta się inaczej, niż te wcześniejsze. Wszystko to jednak drobiazgi –
Obfite piersi, pełne biodra zarzucają swój welon, koją pocałunkiem, zsyłają spokój nie tylko na chińskiej prowincji.

Mo Yan, Obfite piersi, pełne biodra, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007.

Jakub Janik - z wykształcenia jest prawnikiem i historykiem, ukończył Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, obecnie doktoryzuje się na Wydziale Historycznym UJ. Od ponad dziesięciu lat zajmuje się także fotografią: brał udział w wielu wystawach w kraju i za granicą, uczestnik i laureat konkursów fotograficznych o różnorodnej tematyce. Interesują go: historia rozumiana jako nieustający upływ czasu i formy rejestrowania tego zjawiska oraz szeroko pojęta literatura. Pisze, recenzuje, współtworzy audycję radiową o książkach i prowadzi fotobloga pod adresem http://youth86.flog.pl/.

Napisz komentarz