Idea kolekcjonowania, a więc szukaniu podobieństw i związków oraz akumulacji, w dobie ponowoczesnej niesie ze sobą rozbieżne konotacje literackie, filozoficzne i społeczne. Z jednej strony odwoływać się może do zbierania opowieści, pozornie nieprzystających, a jednak łączących się w mozaikowy obraz współczesnego doświadczenia egzystencji, jak choćby w przypadku „zrastających się” w tymczasową całość historii, składających się na „szeherezadyjską” powieść Salmana Rushdiego Dzieci Północy; kolekcjonowanie to też akumulacja kapitału kulturowego w rozumieniu Pierre’a Bourdieu, gdzie zarówno przedmioty, mające być sygnaturą statusu, jak również wiedza i zdobyty prestiż, służą umocnieniu pozycji jednostki o określonym habitusie. Wreszcie kolekcjonowanie to — w rozumieniu Richarda Rorty’ego — poszerzanie swego arsenału słownikowego o nowe i skuteczniej oddające rys rzeczywistości metafory. Z kolei w naukach ścisłych ideę tę jako iluzoryczny proces postępu wiedzy ujął Thomas Kuhn, stwierdzając, że to nie przez dodawania do istniejącego zasobu teorematów kroczymy ku kolejnym teoriom wszechświata, lecz zmiany w paradygmacie danej nauki odbywają się na drodze rewolucji, przezwyciężenia i odrzucenia istniejących poglądów. I chociaż tyle wizji kolekcjonerstwa ilu myślicieli doń się odwołujących, to wspólnym mianownikiem pozostaje fakt, że idea ta nie jest obojętna dla określenia kondycji współczesnego człowieka oraz jego miejsca w świecie. Toteż chciałbym zaproponować tu ujęcie kolekcjonowania właśnie jako procesu gotowego uchwycić efemeryczną naturę egzystencji w późnej modernitas.

Punktem wyjścia do namysłu nad kolekcjonowaniem niech więc będzie Odo Marquard (pozornie bezzasadny wybór okaże się nieodzownym w toku niniejszych rozważań). Diagnoza współczesności jego autorstwa doskonale zazębia się z opiniami wielu innych filozofów na ten temat: „Ludzie są istotami skończonymi — pisze Marquard. — Nie są tak dobrze osadzeni w bycie, by mogli sobie pozwolić na lekceważenie tego, co niedoskonałe. Nie mają bowiem tego, co absolutnie doskonałe, i nawet nie potrafiliby temu sprostać. Potrzebują odciążenia od absolutu, a więc trzeba im tego, co niedoskonałe„1. Ludzie nie mają dostępu do tego, co perfekcyjne (sami zresztą nie są perfekcyjni), a poczucie wyobcowania z rzeczywistości, Schopenhauerowskie bycie poza światem, powoduje, że muszą zadowolić się drobnymi radościami i nauczyć się żyć z nieznośnymi przeciwieństwami losu. Jacques Derrida, piszący o nieobecności znaczonego transcendentalnego, określa bycie w świecie właśnie jako ciągłe poszukiwanie tego, co różne i którego nadejście jest nieskończenie odwleczone w czasie; wcześniej jeszcze Martin Heidegger stwierdza, że w codzienności naszego tu-​bycia prawda znika w gadaninie językowej, tylko zaś słowo poetyckie — ustanawiające powiadanie — wciąż ma potencjał ujawniający. Jesteśmy więc, według zarysowanych powyżej wizji, skazani na błądzenie w ciemności. Tu jednak Marquard silnie konstatuje: w tym nieszczęściu kryje się również nasze szczęście.

Odwołując się do wypracowanego przez siebie pojęcia kompensacji, autor Apologii przypadkowości dostrzega w paradoksalnym stwierdzeniu „szczęście w nieszczęściu” zasadę ludzkiej egzystencji. „Świat – zauważa Marquard – jest – na nieszczęście – zło­żony, ta złożoność wszakże wymusza – szczęście w nieszczęściu – redukcje złożoności i dalej kompensacje redukcji”. Oto więc silna wersja postulatu Marquarda: skoro świat jest nieprzeliczenie bogaty, a jednocześnie zdyseminowany, nie scalony i pozbawiony sensotwórczej siły nadrzędnej, to właśnie to jest powodem do radości, bowiem w tak zakreślonym hory­zoncie ujawnia się piękno kompensacji. Zabieg ten polegać miałby na Heglowskim równoważeniu braku tezy przez antytezę; fakt, że pozbawieni jesteśmy znaczonego transcendentalnego nie oznacza wcale, że wszelkie znaczenie i sens zostają ze świata wyrugowane, wręcz przeciwnie, zdaje się mówić Marquard, zmu­sza to człowieka do jeszcze większego wysiłku wytwarzania owych znaczeń i sensów. Jeśli więc przyjmiemy, że świat jest miejscem, w którym absolutnego szczęścia nie ma, to owo stwierdzenie wymusza na ludziach konieczność poszukiwania pośredniego zadowolenia na drodze przygodnego pokonywania kolejnych opo­rów nieszczęścia.

Wziąwszy pod uwagę złożoność rzeczywistości, pierwszym wykładnikiem naszego niekompletnego zako­rzenienia w świecie jest to, że brak nam stabilnego kontekstu epistemologiczno-​ontologicznego, do którego można by było odnieść conditio humana. Nie sposób praktykować epistemologię, skoro wszelkie ustalenia prawdziwościowe prędzej czy później okazują się jedynie wytworami momentu historycznego, w którym zostały stworzone; z racji niepełnego zadomowienia w świecie, postulaty ontologiczne podlegają prawid­łom badania hermeneutycznego i są równie historystyczne, co interpretacje literatury. Wobec takiego nie­szczęścia w sukurs przychodzi nam kompensacja. Niemożność określenia stabilnego kontekstu i ciągła ko­nieczność negatywności wszelkich pojęć wytwarzają – szczęście w nieszczęściu – możliwość dowolnego stwarzania i wyboru coraz to kolejnych punktów odniesienia. Zatem różnorodność świata pociąga za sobą niejako bogactwo kontekstów, w których można o tymże świecie mówić; idąc tym tropem, okazuje się, że ten bezlik form opisu staje się równoznaczny z mnogością możliwych światów oraz zamieszkują­cych go ludzi. Tylu jest obywateli owej rzeczywistości szczęścia w nie­szczęściu, ile możliwych form zdefiniowania siebie samego; tych zaś dostarcza nam przede wszystkim literatura.

Tą drogą dotarliśmy do poglądu Richarda Rorty’ego, który argumen­tuje, że w świecie nieprzebranych możliwości, każdy określa się za pomocą innych opisów. Postulat to radykalnie nominalistyczny, mimo to niebezpośrednio wpisujący się – jak sądzę – w paradyg­mat Marquardowskiej kompensacji; jeśli kompensacja rozumiana jest jako poszukiwanie tymczasowych form mediatyzacji nieszczęś­cia wiążącego się z brakiem kontekstu transcendentalnego, to staje się ona zgoła ironiczną formułą myślową per se, zakłada bowiem, że proponowana przez nią droga wyjścia z nieszczęścia wcale nie jest nadrzędna wobec innych możliwych remediów. Podług myśli Rorty’ego, społeczeństwo współczesne we­szło w stadium kultury literackiej; termin ten klarownie wyjaśnia Kacper Bartczak:

Kultura literacka – pisze Bartczak – to […] przestrzeń swobodnej autokreacji i elastycz­niejszego podejścia do możliwości nabywania nowych słowników i języków. Najważ­niejszy nie jest tu system pojęć pozwalający na argumentację i wnioskowanie w jednym paradygmacie pojęciowym, ale zmienianie tych paradygmatów […]. To właśnie książki, przede wszystkim powieści, są bezcennymi pomostami do innych paradygmatów poję­ciowych, ponieważ Rorty widzi w powieściopisarzach niedoścignionych obserwatorów różnorodnych form życia […]. Innymi słowy, powieści jako swobodne gry wyobraźni i opisów ze względu na swoją precyzję oraz przekraczanie barier i przesądów stają się nie tylko portretami inności, ale również polami doświadczalnymi, na których można testować niedostępne gdzie indziej kombinacje perspektyw, stanowisk, ekscentryczno­ści, itp.”

Opis ten doskonale obrazuje społeczeństwo, które widzi wielorakość świata, jeśli już jako nieszczęście, to takie tylko, które daje asumpt do stwarzania tym większego szczęścia. Czynnikiem, który pozwala zaistnieć procesowi kompensacji w Rortiańskiej kulturze jest właśnie literatura, a w szczegól­ności powieść, ponieważ dzięki niej możemy zapoznać możliwie największą rozmai­tość postaw ludzkich. Tym samym wydaje się, że powieść podsuwa kolejne konteksty, w których rozpoznać się mogą różnoracy obywatele kultury literackiej; jeśli tożsamość jest kwestią problematyczną w obliczu rozplenienia tropów rzeczywistości, kompensa­cja ujęta jako przeszukiwanie opisów możliwości bycia człowiekiem okazuje się proce­sem kolekcjonowania kontekstów, w oparciu o które można osiągnąć szczęście.

Dokąd więc prowadzi kompensacyjność szczęścia w nieszczęściu? Otóż, wprost do postulatu zawartego w teorii rewolucji artystycznych Gianniego Vattima, jakoby „we współczesnej epistemologii [zachodziło utrwalanie się] estetycznego modelu historyczności w opozycji do schematu rozwoju kumulatywnego, za­sadniczo teoretycznego i poznawczego […] wynika z tego również uznanie swoistej „odpowiedzialności” estetyczności. Nie tyle, czy też nie tylko, estetyki jako dyscypliny filozoficznej, ale również estetyczności jako sfery doświadczenia, wymiaru egzystencji, która w ten sposób nabiera właśnie wymiaru emblematycznego, wymiaru modelu dla pojmowania historyczności w ogóle”. Vattimo, trawestując analizę nauki Kuhna, for­mułuje w ten sposób koncepcję współczesności, w której to estetyka i samo doświadczenie piękna zostają podniesione do rangi fundamentu egzystencjalnego. Pogląd ten obrazuje kryzys epistemologiczno-​ontolo­giczny – od którego wyszliśmy – i przenosi emfazę z refleksji systemowej na hermeneutykę literacką. Walory­zacja literatury, którą proponuje Rorty, prowadzi właśnie ku estetyzacji życia, bowiem ukazuje je jako ciągłe poszukiwanie nie tyle prawdziwszych, czy bliższych jakiemuś stanowi „realnemu” opisów condition humaine, ile właśnie bardziej odpowiadających danemu człowiekowi. To doświadczenie piękna przejmuje rolę modus uzasadnienia sensu egzystencji; w miejsce mdłości spowodowanych utratą transcendencji i śmiercią boga, ustanowione zostaje doświadczenie estetyczne, któremu wystarczy stwierdzenie, że szczęście możliwe jest jedynie w nieszczęściu.

Estetyka zastępuje więc epistemologię i ontologię, nadając życiu ludzkiemu rys kompensacyjny. Miast uzur­pujących sobie prawo do finalności systemów wyjaśniających, człowiek współczesny otrzymuje przygodne propozycje opisowe. Tym samym staje on wobec perspektywy doskonale sformułowanej przez amerykań­skiego poetę Wallace’a Stevensa, który stwierdza: „Życie /​To ciąg pomysłów na życie”; w tak zarysowanej op­tyce nie ma miejsca na pojęcie „prawdy ostatecznej”, bo każdy postulat jest z definicji tylko pomysłem, moż­liwością jedną pośród wielu, również tych, które jeszcze nie zostały pomyślane; toteż „Cała ludzkość to poeta, który spisuje /​Najdziwniejsze pomysły na jej przyszły los”. Skoro więc w przestrzeni sztuki kompensacja jest warunkiem sine qua non powstawania dzieł przełomowych, to poeta tworzący nowe sposoby mówienia, nowe metafory, jest prawdziwym twórcą dróg ku przyszłości szczęśliwej w swym koniecznym nieszczęściu. Vattimo właśnie w procesie rewolucyjnej zmiany paradygmatów języka opisu upa­truje wyższość estetyki nad nauką, twier­dząc, że w sztukach pięknych dawno doszło się już do wniosku, że obstawanie przy ist­nieniu jakiegoś z góry nadanego kryterium prawdy jest niczym innym, jak tylko ograni­czeniem procesu twórczego; zaś inne sfery działalności ludzkiej dopiero teraz zaczynają zdawać sobie sprawę z wagi tego postula­tu. W neopragmatycznym ujęciu Rorty’ego estetyka również odgrywa ważną rolę. Choć z nazwy nie pada, to nacisk, jaki kładzie on na estetyczny aspekt doboru odpowiadającego nam słownika nie ulega wątpliwości. Również fakt, że przenosi on akcent z filozofii, zwłaszcza zaś z jej usystematyzowanego trybu, na literaturę, ujawnia potrzebę przemyślenia kondycji egzystencjalnej człowieka w odniesieniu do estetyki i estetyczności.

Gdzie więc leży idea kolekcjonowania w płaszczyźnie zakreślonej przez doświadczenie piękna? W odnie­sieniu do procesu przezwyciężania panującego w kulturze literackiej słownika, kolekcjonowanie obrazuje proces wzbogacania swego zasobu opisów możliwych postaw ludzkich; im więcej sposobów na mówienie o człowieku w świecie, tym łatwiejsza i pełniejsza okazuje się egzystencja. Dobór kolejnych ścieżek rozwoju słownika odbywa się zaś podług zasad doświadczeń estetycznych, mających kompensować brak scalającej i uwierzytelniającej ludzkie poczynania perspektywy transcendentalnej. Życie este­tyczne, a więc – jeśli przyjąć panoramę szczęścia w nieszczęściu Marquarda – całość istnienia w rzeczywistości współczesnej, odbywa się pod znakiem ciągłego zbierania rozmaitych metafor, pozwalających na coraz to łatwiejsze i ciekawsze rozpoznanie świata. Pod tym względem, metafora (zawsze już tylko jeden z możliwych sposobów nominalistycznie przygodnego wyświetlenia pewnego aspektu ponowoczesności) kolekcjonowania przywraca człowiekowi (jednocześnie kompensując bolesny kontekst odczarowania) sta­tus istoty zbieracko-​łowieckiej. Tyle że miast plonów natury, zbieramy plony potencjału naszych języków; zaś w miejsce polowań na zwierzynę – ustanowiona zostaje niezbywalna perspektywa poszukiwań sposobów wyrażenia idei, które dotąd nie zostały jeszcze nawet pomyślane. Poniekąd, kolekcjonowanie oferuje nam kompensację rekurencyjną, bowiem powraca upragniony czas zarania, czas fundujący istotę ludzką. Znów walczymy o przetrwanie, lecz tym razem bezkrwawo, jako kustosze największego muzeum wszechczasów – studni gry językowej.

Artykuł ukazał się w piśmie kulturalnym „Fragile” nr 1 (11) 2011.

Przypisy:

1 O. Marquard, Szczęście w nieszczęściu, K. Krzemieniowa (tłum.), Warszawa 2001, s. 4.

2 Tamże, s. 28.

3 Używam tu znaczenia ironii w stricte Rortiańskim sensie, czyli jako przekonania o przygodności własnego języka oraz gotowości do przyjęcia lepszej formuły opisu świata i siebie samej. Por. R. Rorty, Przygodność, ironia i solidarność, W. Po­powski (tłum.), Warszawa 2009, s. 16.

4 K. Bartczak, Świat nie scalony, Biuro Literackie, Wrocław 2009, s. 64.

5 Por. R. Rorty, Filozofia jako polityka kulturalna, B. Baran (tłum. i przedmowa), Warszawa 2009, s. 147.

6 G. Vattimo, Koniec nowoczesności, M. Surma-​Gawłowska (tłum.), Kraków 2006, s. 88.

7 W. Stevens, Ludzie zlepieni ze słów, w: Żółte popołudnie, J. Gu­torow (tłum.), Wrocław 2008, s. 63.

Wit Pietrzak - adiunkt w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Zainteresowany współczesną literaturą polską i anglojęzyczną, teorią literatury oraz przekładem literackim.

Napisz komentarz