Kiedy kompozytorzy wyszli nareszcie z kościołów pod koniec epoki średniowiecza, ich oczy (i uszy) nadal zwrócone były ku niebu. Być może dlatego tak liczne inspiracje przyrodą w muzyce to właśnie nawiązania do ptasiego śpiewu. Kukułkę słychać już w trzynastowiecznej angielskiej pieśni Sumer Is Icumen In. Najsłynniejszym muzycznym ornitologiem pozostaje oczywiście Olivier Messiaen, który w naukowo wnikliwy sposób podszedł do notowania ptasich śpiewów i włączania ich do kompozycji, tworząc całe katalogi, między innymi Katalog ptaków (Catalogue d’oiseaux) czy Ptaki egzotyczne (Oiseaux exotiques). Ptasie trele to jednak nie wszystko. W historii muzyki możemy znaleźć ilustrację właściwie wszystkich gatunków – od lecącego trzmiela do śpiewającego wieloryba. „Ilustracyjność” to zresztą określenie najczęściej padające w stosunku do muzycznych portretów zwierząt. Czy z obecności zwierząt w muzyce da się jednak wyczytać coś więcej poza ich bardziej lub mniej umiejętnie przełożonym na zapis nutowy odgłosem?

Koń by się uśmiał

Oprócz samej plastyczności tych odgłosów kompozytorzy, podobnie jak twórcy bajek, szybko dostrzegli w zwierzętach komediowy potencjał oraz uderzające podobieństwo do niektórych ludzkich zachowań. Spójrzmy chociażby na Karnawał zwierząt (Le Carnaval des animaux) Camille’a Saint-​Saënsa, gdzie niczym u La Fontaine’a każde zwierzę prezentuje jakąś specyficzną cechę. Poza najbardziej znanym, rozmarzonym Łabędziem odnajdziemy w tej Wielkiej fantazji zoologicznej dostojnego i groźnego lwa, poruszającego się w rytm walca słonia, kłócące się kury i koguty, podskakujące (może nazbyt lekko) kangury oraz żółwia, który tańczy Offenbachowskiego kankana w typowym dla siebie tempie. Niezwykle „żywo” wypadają w tym zestawieniu Skamieliny, w których kompozytor cytuje swój Danse macabre w partii jakże „skostniałego” ksylofonu, pianistom każąc grać Kurki trzy, a klarnetowi arię Rozyny Una voce poco faCyrulika sewilskiego. Największą niespodzianką w tym zwierzyńcu okazują się jednak Pianiści – tresowani jak cyrkowe małpki.

Animalizację” wykonawcy odnajdziemy również w Duecie kotów (Duetto buffo di due gatti), gdzie dwie sopranistki marcują przy akompaniamencie fortepianu. Wszystko to jednak utrzymane zostaje w stylu bel canto. Ta zabawna miniatura opublikowana pod pseudonimem G. Berthold i mylnie przypisywana Gioachino Rossiniemu stanowi jeden z chętniej wykonywanych bisów podczas wokalnych recitali – wszak miauczące wokalistki kochamy również w muzyce popularnej. Podobnie zabawiano się też we wcześniejszych epokach. Choć kompozytorzy renesansu pod hasłem „muzyka rozrywkowa” widzieli bardziej wyrafinowane przyjemności – kanony w stylu „złóż to sam”, muzyczne zagadki i łamigłówki, to dziełko Adriano Banchieriego Contrapunto bestiale alla mente wydaje się zabawką z gatunku nieco mniej ambitnych. Pies, kot, kukułka i sowa dla rozrywki improwizują kontrapunkt powyżej głosu basowego – o czym informuje słuchacza poprzedzająca Contrapunto… trzygłosowa Cappriciata. Po tym wstępie czworo wokalistów, poza basem, który wyśpiewuje absurdalny włosko-​łaciński tekst, kuka, pohukuje, miauczy i szczeka ku uciesze słuchaczy.

(…)

Cały artykuł dostępny jest w wersji papierowej „Fragile” nr 2 (32) 2016.

Ewa Chorościan - teoretyk muzyki, studentka Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu. Jest członkiem redakcji czasopisma internetowego „Meakultura”, współpracuje z „Ruchem Muzycznym”, publikuje teksty poświęcone głównie muzyce nowej. Interesuje się też krytyką muzyczną.

Napisz komentarz