Bowiem w górze świecą twoje słońca
w pełni swej, w jarzeniu odwrócone.
Lecz już w tobie się zaczęło bez końca
to, co przetrwa słońca nieskończone.
(R.M. Rilke, Budda w glorii, tłum. W. Wirpsza)

Poniższy tekst ukazał się w numerze „Der Spiegel” z grudnia 1974 roku i uruchomił falę absurdalnych oskarżeń wobec redakcji, łącznie z zarzutem kalibru najcięższego – o wybielanie nazizmu. Choć problematyka minimalizmu w krautrocku jest tu zarysowana niezwykle wybiórczo, warto się z nim zapoznać ze względu na niecodzienność perspektywy autora. Ernst von Diermaier, godząc się na publikację fragmentów swojego dziennika, nie był zapewne świadomy, że atakując krautrocka i to w sposób iście obsesyjny, uwypuklił zarazem jedną z jego najistotniejszych cech. Zaakcentował, iż tożsamość ideowa tej muzyki zrodziła się nie tylko z ducha hipisowskiej kontestacji roku 1968, ale – w co najmniej równym stopniu – z opozycji wobec nazistowskiej przeszłości Niemiec, którą uosabiały monumentalna sztuka (w tym muzyka) i rzymskie ceremoniały NSDAP. Przytaczam tłumaczenie tekstu z minimalnymi skrótami, uzupełniając je o kilka niezbędnych przypisów.

30 stycznia 1971

Nazywam się Ernst Maria von Diermaier. Urodziłem się w roku 1913 w zubożałej rodzinie junkrów z Prus Wschodnich. Moja matka była nauczycielką muzyki w szkole powszechnej, rzetelną pianistką i pełną wdzięku śpiewaczką. Nigdy nie zapomnę słodyczy, z jaką śpiewała nam Pstrąga i arię Agaty z Wolnego strzelca. Jako dziewięciolatek zdobyłem sławę cudownego dziecka, stając się atrakcją okolicznych salonów. Grałem na fortepianie, głównie repertuar romantyczny, i przymierzałem się do studiów pianistycznych w konserwatorium w Halle, ale skomplikowane złamanie ręki w wieku 16 lat pozbawiło mnie marzeń o karierze pianisty wirtuoza. Wybrałem więc edukację historyka, lecz muzyka pozostała najważniejszą częścią mego życia. W 1935 roku wstąpiłem do Partii i szybko dostałem pracę w pionie administracyjnym Izby Muzyki Rzeszy. Powierzono mi zadanie krytycznej analizy tekstów prasowych pod kątem wdrażania doktryny aryzacji muzyki. Rozpierał mnie młodzieńczy zapał, a brak teoretycznego przygotowania sprawił, że czasami popełniałem błędy i zbyt łatwo ferowałem czarno-​białe wyroki. Jednak dojrzewałem szybko, dość powiedzieć, że mój wnikliwy szkic na temat obecności wątków nordyckich w Pięciu utworach na fortepian Carla Nielsena zyskał parę ciepłych słów ze strony samego Richarda Straussa. W 1940 roku poślubiłem Erikę Knaup – kochaną, prostą dziewczynę z rodziny bawarskich bauerów. Przewrotny los sprawił, że nie daliśmy Ojczyźnie dziecka, co wywoływało w nas ciągłe poczucie winy. Czas wojny spędziłem w kraju, gdyż mimo kilku podań z prośbą o wysłanie na front uznano, że nie jestem zdolny do służby wojskowej ze względu na silną krótkowzroczność. Wojenna hekatomba odcisnęła jednak krwawe piętno na mej rodzinie. Mój starszy brat Heinrich zginął w lipcu 1942 roku podczas oblężenia Sewastopola, a kuzyna po kądzieli Otta Dietricha zur Linde skazano w 1946 roku na śmierć za rzekome zbrodnie wojenne. Zapamiętam go jako najwytworniejszego i najbardziej oczytanego człowieka, jakiego dane mi było spotkać. Po wstrząsie, jakim był dla mnie krwawy Götterdämmerung roku 1945, stawałem trzy razy przed trybunałem denazyfikacyjnym. Każdy, kto doświadczył podobnych represji, musi mieć w pamięci ten biurokratyczny cauchemar wypełniania niekończących się formularzy mających opisywać polityczne inklinacje krewnych i powinowatych do czwartego pokolenia wstecz. Dwukrotnie uznano, że przepisy denazyfikacyjne nie mają wobec mej osoby zastosowania, ale za trzecim razem zostałem skazany na upokarzający zakaz pracy w państwowej administracji i publikowania w prasie przez okres lat trzech. Był to dla mnie czas ciężkiej próby, podczas którego imałem się rozmaitych zajęć (m.in. byłem obwoźnym handlarzem wina) i mimo przekonania, że żadna praca nie hańbi, rosło we mnie poczucie życiowej klęski. Jednak po kilku latach mój los rozświetliło scherzo weselszych ogników: dzięki serdecznej pomocy przyjaciół udało mi się otworzyć antykwariat muzyczny w Moguncji, a w 1952 roku doczekałem się wreszcie narodzin tak długo oczekiwanego syna Horsta. O swoim stosunku do narodowego socjalizmu będę pisał obszernie w kolejnych ustępach dziennika. W tym miejscu pragnę tylko zaznaczyć, że bynajmniej nie jestem apologetą Trzeciej Rzeszy. Z perspektywy czasu widzę, że nie ustrzegliśmy się błędów, może nawet niegodziwości, ale ogrom agresji skierowanej przeciw wielkiemu projektowi budowania zjednoczonej, szczęśliwej Europy pod przewodnictwem narodowosocjalistycznych Niemiec wyzwolił w nas żądzę odwetu i często musieliśmy stosować – czasem nazbyt okrutnie – prawo talionu. Nie zmienia to faktu, że samą ideę w swej pierwotnej, nieskalanej postaci uważam za wzniosłą i czystą (…). Czyż w jakimkolwiek innym państwie orkiestra miary Berlińskich Filharmoników Furtwänglera zagrałaby w fabryce dla robotniczego audytorium?

Jarosław Sawic - publicysta muzyczny, stały współpracownik pisma „Lizard”; publikował m.in. w „Twoim Bluesie”, „Akancie" i „Midraszu”.

Napisz komentarz