(…) negatywność nie jest niczym innym jak Nicością, która może się manifestować tylko jako śmierć

Alexandre Kojève, Idea śmierci w filozofii Hegla

Obudziłem się w nocy i odkryłem

prawdę której nie chciałem

przyjąć: to nie są moje wiersze 

E. Tkaczyszyn-​Dycki, I. Piosenka o deportacjach

Eugeniusz Tkaczyszyn-​Dycki

Wyobrażenie przestrzeni w poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-​Dyckiego należy połączyć z charakterem heterogenicznym. „Ja” liryczne żyje w ambiwalentnej sieci relacji czasoprzestrzennych, często ze sobą niekompatybilnych, otwierających się na nieredukowalne heterochronie. Taki układ wypełniany jest często fantazmatami (ukraińskością czy polskością), przekreślającymi rehabilitację autonomicznej jednostkowości podmiotu wypowiadającego się w tomach poetyckich autora Kochanki Norwida. Właśnie w oparciu o powyższe kategorie chciałbym przedstawić ekspresyjną wolę popędowego wyrażania siebie w utworach, które bywają wypełnione traumą, imionami (konfrontującymi Realne z czasowością), frazą języka zdominowanego oraz widmami przeszłości (zmuszającymi podmiot do ponownego ustalenia wpływu historii na aktualność). Zdiagnozowanie charakteru tego układu znaczeń może pozwolić na określenie poezji Tkaczyszyna-​Dyckiego mianem literatury mniejszej – wedle rozpoznań Deleuze’a i Guattariego. Przedmiotem refleksji byłyby tomiki Kochanka Norwida oraz Imię i znamię, opisujące językową entropię, konfrontowaną z heterogeniczną przestrzenią znaków polskości i ukraińskości (rozumianych jako formy tożsamości). Konfrontacja podmiotu z (nie)własną ukraińskością przerywa automatyczny bieg egologicznej opowieści, zmuszając go do intensywnego spotkania z Realnym, tkwiącym w pustych znakach imion bliskich czy nieprzepracowanych przeszłościach matki oraz ojca. Tym samym poetyckie obrazowanie Tkaczyszyna-​Dyckiego okazuje się niejednoznaczą rozkoszą (jouissance) dla podmiotu, który świadomie ucieka od zawarcia się w hermetycznej i domkniętej formie immanencji – ulega ciągłym rozpryskom przeszłości i teraźniejszości, traumy i melancholii, ucieczkom poza zdarzenia w język. Właśnie w takiej trudnej rozkoszy mieszkania-​w-​traumie objawia się sztukateryjna, uwodzicielska i zmysłowa forma tragicznej obrazowości tej liryki, o której pisał Piotr Śliwiński, nazywając zresztą poetę „kochankiem ostateczności”[1].

Imiona melancholii

Podmiotowemu snuciu opowieści o sobie towarzyszy ciągła auspicja śmierci, rozsadzająca struktury życia, stale przynosząca nieistniejące już imiona. Przestrzeń literacka Tkaczyszyna-​Dyckiego staje się tym samym funeralną sferą utraty idiomatyczności własnego głosu – konceptualna praca ciągłego wymieniania minionych znaków przeszłości (nazwisk, geograficznych konkretów związanych z Polską czy Ukrainą, leksemów języków pogranicza) uniemożliwia wyłonienie się niezależnej „mojości”, mogącej wyjść zwycięsko spod auspicji śmierci. Trumienna negatywność nie jest już osierdziem autentyczności, kołem zamachowym dla podmiotowotwórczej pracy wyobraźni – jest gwałtownym i rwanym przejawem zaniku autonomii idiomu „ja”. Za Agatą Bielik-​Robson można przyjąć, że język staje się jałową strefą śmierci przeszywanej głuchym rapsodem-​skargą o utraconym obiekcie niezależnej dykcji, wibrującej od niewyrugowanej melancholii[2]. Radykalne doświadczenie śmierci patronuje melancholijnemu kroczeniu wśród marmurowych, trumiennych znaków cudzych nazwisk, (nie)moich bliskich imion – śladów widmowej obecności. Tomy Kochanka Norwida oraz Imię i znamię są naznaczone cieniem niepowetowanej melancholii, tropiącej to, co wyrasta ze spotkania z Realnym (tj. w istocie śmiercią) i skazuje podmiot na niebyt, zakopujący w jouissance jednostkowe zmagania z kaleką „egzystencją mówiącą”[3]. Melancholia towarzyszy inicjacji podmiotów, które stale zanurzają się w tafli marności i nieistnienia. Wydaje się znów, że ta symboliczna tragedia, będąca w obrębie samowiedzy podmiotów Tkaczyszyna-​Dyckiego, jest źródłem rozkosznej głębi jouissance – przestrzeni przecinającej ślady (nie)obecności językowej oraz nekrografii, kartograficznie projektującej przeszłość matki-​schizofreniczki, rozsadzającej stałość czasoprzestrzeni. Refleksja płynąca z lektury wierszy Tkaczyszyna-​Dyckiego zbliża się do konotacji konceptualizującej językowe wywłaszczenie podmiotu, który staje się uległy wobec antynomicznej i aporetycznej pracy znaczeń językowych[4]. To przekreśla możliwość zmartwychwstania w słowie, gdyż dokonuje się raczej wzniosła apologia doświadczenia śmierci. Ten melancholijny rejestr, ta próba niepogodzenia się z nieusuwalną pracą negatywności języka poetyckiego bywa ustanawiana u Tkaczyszyna-​Dyckiego w sposób następujący:

(…) od lat bowiem dostrzegam

nadaremność poezji kiedy usiłuję sobie

przypomnieć coś więcej aniżeli imię dziadka

i coś więcej aniżeli imię mojej matki

banderówki które po raz pierwszy usłyszałem

w Krowicy Hołodowskiej od krzyczących

za nami kobiet: nigdy się nie pogodzę (po tym

co się stało) z nieprzydatnością poezji[5].

Ciągłe przebywanie w strefie śmierci (tym w istocie jest melancholijny język imion) oraz walka z nieuznaniem możności pogodzenia się z nieprzydatnością poezji w ewokowaniu życia sprawia, że podmiot osuwa się w przestrzeń widmowych obecności, kwestionujących samą ontologię bohatera lirycznego, któremu zdemaskowano pozorność więzi z rzeczywistym światem (oraz jego aktualnością). Poezja Tkaczyszyna-​Dyckiego jest w istocie tym, co Jacques Derrida (czy wcześniej Maurice Blanchot) nazywa funeralnym lamentem nad utratą obiektów-​desygnatów, mogących zakotwiczyć podmiot w życiowej immanencji; lamentem głoszącym panowanie negatywnego królestwa martwych liter języka i pisma[6].

Saturniczna melancholia wyrasta również z ciężaru głębinowych tożsamości, pewnych strategii egzystencjalnych[7], opierających się na imperatywie repetycji, izolującej podmiot od rzeczywistości aktualnej. Melancholia Tkaczyszyna-​Dyckiego zmusza podmiot do zamknięcia się w specyficznie rozumianej przestrzeni wyobraźni, ulegającej przymusowi (nie)pamiętania i od-​kształcenia cudzych przeszłości:

niechaj wasze imiona odkąd nie żyje

Staś Hryniawski zamknę na wieki

wieków w jednym z wierszy (między nami

mówiąc nie wiedziałem że jestem

wnukiem rezuna) i tym samym wyznam

i przyznam się do imienia mojej matki

do jej wszystkich imion (łącznie

z banderówką) choć nie od dziś podkreślam

nadaremność poezji (…)[8].

Poezja autora Kochanki Norwida staje się negatywnym uniwersum temporalności, zmuszającej do trwania w historyczności, przeszłości i pamięci. Odkrycie imion matki (jej ukraińskiej i przesiedleńczej historii) okazuje się fundamentem tożsamości, którego ustanowienie wiąże się z ambiwalentnym paktem z doświadczeniem śmierci[9]. Obsesyjna akumulacja nazwisk, geograficznych specyfikacji jest konsekwencją właśnie tego melancholijnego paktu – neurotyczny ton dykcji Tkaczyszyna-​Dyckiego okazuje się ekwiwalentem przeciążenia linearnego nagromadzenia niejednoznacznych wydarzeń historycznych, trudnej opowieści o polsko-​ukraińskim pograniczu, o deportacjach i taktykach formowania tożsamości w bliskiej asyście oddechu martwych imion i nazwisk – marmurowych inskrypcji w ciele wiersza. Poezja Tkaczyszyna-​Dyckiego (w szczególności wiersze dotyczące relacji ukraińsko-​polskich) wydaje się być pisana na przekór (nie)pamięci oraz zgodnie z dyktatem przeszłości dziedziczonej niczym balast lub ciężar. Obecność nieistniejących imion okazuje się jednym z nielicznych powinności autorskiej poetyki. „Pisanie śmiercią” i „pisanie nazwiskami” to w gruncie rzeczy pseudonimowanie głosu przeszłości, który domaga się ekspozycji w teraźniejszej tożsamości podmiotu:

patrzył nie patrzył by lepiej widzieć

przeszłość którą w sobie nosił

i na mnie przerzucił dlatego nigdy

przenigdy nie zgódźmy się (zwłaszcza

po banderówce) na ograniczenia w poezji[10].

W przywołanym fragmencie uobecnia się przejaw jouissance w niezgodnym błądzeniu wśród minionych znaczeń i form przeszłości. Podmiot liryczny Tkaczyszyna-​Dyckiego z jednej strony zdaje sobie sprawę z paktu ze śmiercią, lecz z drugiej strony ciągle nie godzi się na negatywność Realnego – melancholijnie próbuje uciec od traumy w marmur zastygłych anegdot, głosów, imion, jednocześnie głęboko interioryzując je we własnej Psyche. Co więcej, takie rozumienie przeszłości zbliża w pewnym sensie poetę do mesjanistycznych tez Waltera Benjamina, głoszących nowoczesny przymus wsłuchania się w polilog głosów i szeptów tych, co przynależą już do historii (negatywnego królestwa śmierci). Benjamin wyraża lęk przed uśmierceniem historii (a co za tym idzie – również ostatecznym unicestwieniem tych, których już nie ma), zmuszającej podmiot do wysłuchania podszeptów przeszłości, domagających się uznania w niejednoznacznej kondycji (nie)obecności[11]. Paradoksalnie melancholia staje się zarówno wyrazem paktu ze śmiercią, jak i tragiczną strażą tego, co żywe, ludzkie (choć ulegające historycznemu zastyganiu):

miałem bowiem wielkie szczęście

do ludzi i to nie tylko do Ilnickiego

i Lubuni Hryniawskiej i nie tylko

do Jakimowiczówwny: niechaj wasze

imiona (odkąd nie żyje Staś

Hryniawski) przejdą do poezji

wraz z imieniem mojej matki

z wszystkimi jej imionami

poczynając od chachłaczki (łącznie

z moim niejednym imieniem znamieniem

nie wiedziałem że jestem synem

banderówki) (…)[12].

Eugeniusz Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię

W związku można stwierdzić, że historia u Tkaczyszyna-​Dyckiego jest po Benjaminowsku obecna (obecność terazJetztzeit) lub, jak widzi to Agata Bielik-​Robson, okazuje się nagłą aktualizacją tego, co pozornie miało pozostać na wieki minione, nigdy nie przywrócone do teraźniejszości (w oparciu o czternastą tezę Benjamina)[13]. Wieloznaczna historia relacji ukraińsko-​polskich, niczym w soczewce skondensowanych w sadze rodzinnej Tkaczyszyna-​Dyckiego, po Benjaminowsku powraca w teraźniejszości, nawiedzając swymi widmami aktualną geopolitykę i politykę historyczną. Benjamin pragnie widzieć melancholię jako rdzeń pamięci historycznej, ujawniającej mikrohistorie zakryte przez cień dominującej narracji historycznej. Historia jest jednak pewnym znamieniem dla podmiotu – jest wyzwaniem i stygmatem, uwalniającym w nim poczucie obcości oraz inności. Odziedziczona przeszłość wiąże się również z dziedziczeniem symbolicznego słownika matki – depozytariusza znaczeń i słów, które de facto już zatarły granice teraźniejszości i aktualności; są już po stronie negatywnego królestwa śmierci. Historia nie jest antykwarycznym indeksem nazwisk, lecz manifestacją przeszłego życia, które zawłaszcza dykcję podmiotów Tkaczyszyna-​Dyckiego, transformując je w medium cudzego głosu, pozostającego jednak fundamentem tożsamości bohaterów lirycznych. Dlatego lektura tej poezji ma coś z ekshumacji historycznych wyobrażeń, ujawniających to, że teraźniejszość to jedynie hipostaza akumulacyjnej przeszłości, będącej zarówno imieniem, jak i znamieniem. Napięcie między aktualnością a historią (pamięcią) można zilustrować następującym przykładem:

trzeba bowiem by śnieg zachował

imiona naszych przyjaciół

z których Motor przesiedział się

w Białołęce ponad trzy długie (…)

(…) otóż trzeba by niegdysiejszy

śnieg czysty i puszysty nigdy nie stajał

obnażając m.in. naszą przeszłość i przyszłość[14].

Nawet w obrębie jednej całostki wierszowej objawia się sprzeczne i antynomiczne natężenie pragnień (nie)pamiętania, jednocześnie znoszących i przywracających historię oraz aktualność. Przeszłość uobecnia się jako znamię, inskrypcja, stygmatyzująca podmiot. Dlatego polsko-​ukraińska przeszłość (związana z dzieciństwem) nigdy nie jest w pełni afirmatywna w poezji autora Peregrynarza. Fantazmatyczna, matczyna ukraińskość wiąże się z formą agresywnej interpelacji, skazującej podmiot na marginalną egzystencję (również i dzisiaj, gdy przeszłość okazuje się znamieniem):

każda agresja mojej matki (w domu

w szpitalu) miała miejsce w języku

ukraińskim nie muszę powiadać jak bardzo

bałem się reakcji lekarzy pielęgniarzy

którzy patrzyli na mnie wilkiem (…)[15].

Powyższy fragment w pełni ilustruje sposób występowania ukraińskości w (nie)pamięci bohatera lirycznego Tkaczyszyna-​Dyckiego. Językowa inność matki okazuje się fantazmatem alienującym, skazującym całą rodzinę na egzystencję nieuznawaną przez instytucje politycznego dyskursu dominującego (lekarze to symbol dyskursywnej dyscypliny hegemonicznego porządku). Językowa pedagogika przedstawicieli dyskursu dominującego (rugującego ukraińskość) również wiąże się ze stygmatyzacją podmiotu i uznawania go za odmieńca w obrębie dominującego porządku:

miałem bowiem wielkie szczęście

do ludzi a największe do polskich

nauczycieli nawet wtedy kiedy

zaczęli mnie zwalczać słowo po słowie

słowo po słowie i to nie tylko za moje

budaki i nie tylko za moje riczki kiczki

i kiłakiczki (…)[16].

Nawet akt unicestwiania i unieważniania, dokonujący się z perspektywy dyskursu dominatora, okazuje się źródłem ambiwalentnej rozkoszy, mogącej szukać swego miejsca w królestwie śmierci oraz Realnego.

Melancholijny pakt ze śmiercią i przepustowość przeszłych głosów w języku żyjącego podmiotu ukazuje tragiczną kondycję podmiotu, akumulującego imiona, wstydzącego się historycznego znamienia – ogromnego ciężaru, nieuznawanego przez dominujący dyskurs. By wyrwać się z inskrypcji znamienia, podmiot często ulega aporetycznej rozkoszy jouissance – pragnie unieważnić królestwo martwych znaków, często zapominając, że w istocie sam zamienił się w anty-​znak, będący pustym konglomeratem cudzych imion, (nie)swoich treści i wydarzeń, nie mający swojego desygnatu w rzeczywistości aktualnej, mogącej gwarantować stałą tożsamość (uznawaną przez dyskurs). Ostatecznie pogrąża się w ruinie własnego znaku, grzęznąc w rozkładającym się kompozycie znaczonego i znaczącego, niemo ogłaszając zwycięstwo triumwiratu śmierci, języka i przeszłości. W związku z tym jouissance przejawia się w mimowolnym trwaniu w dezorientacji, zakłóceniach – pseudonimach tego, co okazuje się Realne i znamienne. Inaczej to ujmując: znamię ma zdolność samonazywania (jako jedyne) podmiot Tkaczyszyna-​Dyckiego – znamię jest imieniem podmiotu, zmuszającego go nie tylko do paktu ze śmiercią, lecz egzystencji na marginesach dominującego dyskursu historycznego i politycznego.

Różnica między rozkoszą (jouissance) a „zwykłą” przyjemnością to fundament refleksji Jacques’a Lacana, który wprost określa trajektorię różnic między tymi dwiema kategoriami: przyjemność to tylko przeszkoda (związana z łatwością ujmowania „ja” w obrębie regularnej i całościowej narracji) na drodze rozkoszy, łączącej się z niespójnościami, lukami, aporiami, antynomiami w obrębie własnej Psyche[17]. Jouissance jest związana z uleganiem narracji (często retroaktywnych), odtwarzającej w jakiejś innej formie znakowej to, co doświadczenie uznało jako traumatyczne[18]. Stąd tendencja do ciągłego mówienia, opowiadania, nawet sztucznego wytwarzania anegdotyczności istnienia w poezji Tkaczyszyna-​Dyckiego – w ten sposób dokonuje się odnowienie wydarzeń i uczynienie z nich symbolicznej statuy, wyznaczającej kartografię znaczeń przeszłości i przyszłości w świecie podmiotu[19]. Łatwa przyjemność zwykle bywa doświadczeniem przykrym dla bohaterów lirycznych autora Peregrynarza, nieodnajdujących spełnienia, kluczących wokół traumy i wydarzeń symbolicznych:

(…) przypadkiem lecz wyskakiwałem

po flaszkę i robiłem laskę

to fakt ogólnie znany że w Ogrodzie

Szwajcarskim byłem popychany

na powrót do ojczyzny[20].

Po odkryciu jouissance w aporetyczności własnej poetyki, związanej z niezgodą na destrukcję i śmierć znaków imion, czysta cielesna przyjemność jest jedynie pęknięciem, odsłaniającym to, co traumatyczne, znamienne, czyli kwestie związane z polityką ojczyźnianą. Co więcej, niemożność domknięcia „ja” w obrębie całościowej czy absolutystycznej opowieści (czy to seksualnej czy politycznej) wiąże się również z poczuciem wykorzenienia i tymczasowości własnej egzystencji (właśnie związanej z przygodnością istnienia, niemogącego uznać teraźniejszości, żyjącego w przeszłości):

tak naprawdę odkąd

wyjechałem z przemyskiego

nigdzie już nie byłem

u siebie tylko na dworcu

tylko na dworcu można się

zatrzymać i uchwycić nagłej

myśli o powrocie do domu

który według różnych źródeł

spalił się (wraz z chorobą

matki) a co najmniej zawalił[21].

Ponownie mamy do czynienia z kategorią ciężaru, umożliwiającego wpisanie egzystencji w obręb narracji dotyczącej domu, czyli przestrzeni „swojej” i bezpiecznej, niewymuszającej taktyk i strategii poruszania się. Każda napotkana przestrzeń odsyła w desygnacie jedynie do przeszłości i historii traumy – do źródeł Realnego, nie mogącego rozgościć się w wygodnej opowieści symbolicznej o sentymentalizmie, spokoju czy nostalgii:

(…) do szkolnych podręczników i zestarzeć

to nie jest moje miejsce

moje miejsce jest w Wólce Krowickiej

i w sąsiedniej Borowej Górze

skąd deportowano matkę na sowiecką

Ukrainę lecz uciekła z transportu[22].

Eugeniusz Tkaczyszyn-​Dycki, Kochanka Norwida

Pogranicze ukraińsko-​polskie jest nie tyle ojczyzną fantazmatyczną, co raczej „matczyzną” traumatyczną, schizofrenicznie potęgującą wrażenia trwania w cudzych heterochroniach i heterotopiach. Narracja o zakorzenieniu (ilość imion) znów przemienia się w neurotyczny opis znamion, wyraźnie wykorzeniających podmiot z jakiegokolwiek miejsca antropologicznego, mogącego się zaktualizować w teraźniejszości. Melancholia, w klasycznym ujęciu, łączy się również z interioryzacją tego, co minione czy utracone. Taką strategię można odnaleźć w innym utworze Tkaczyszyna-​Dyckiego, pozwalającym zauważyć „wchłonięcie” martwego języka (będącego w ruinie i entropii desygnatów) przez podmiotową dykcję:

hniłki kusiły na równi

z czerechą którą strawił

ten sam ogień (nie tak

nie tak kusiła ciemna

choroba matki) nie mogło być

inaczej wszystko poszło

w drebiezgi najpierw siewnik

i kosiarka potem hniłki

i bziuczki wszystko w pizdu[23].

Przeszłość mówi teraźniejszością, trauma mówi podmiotem, zarazem podmiot mówi utratą, dając wyraz interioryzacji samego aktu ciągłego tracenia (podobnie jak w myśli Slavoja Žižka), co tłumaczy również frekwencyjność przeszłych imion czy nazwisk. Tym samym formuła podmiotowości w poezji autora Kochanki Norwida zaskakująco bliska jest konstatacjom Lacana, dla którego podmiot to przede wszystkim forma poddańczej uległości wobec prawdy doświadczenia negatywności śmierci, chowającej w nicości klucze do pełnej suwerenności człowieka[24]. Dlatego to język mówi podmiotem, podobnie jak u Tkaczyszyna-​Dyckiego, który mówi martwą przestrzenią ukraińsko-​polskiego, tożsamego dla niego samego z traumą, głębinową odmiennością (również własną, odziedziczoną), historycznością. Właśnie trop historyczny, rozumiany po Benjaminowsku, zmusza czytelnika do interpretacji tego gestu stylistycznej maskarady jako przejaw uległości wobec przeszłości, domagającej się uznania w świetle dyskursu dominującego w teraźniejszości. Słownik pogranicza, funkcjonuje znów jako paralela imienia i znamienia – to właśnie on staje się rdzeniem podmiotowości Tkaczyszyna-​Dyckiego, starającego ulokować swoją egzystencję (również pisarską) na marginesie pola literackiego. Jednocześnie podmiot melancholijnie zastyga w bezczasie, w życiu-​w-​śmierci, prze-​żywając swoją nieokreśloną przyszłość (na wpół martwą, nieobecną) w sposób iście znieruchomiały, zatrzymany na krok przed decyzją – w tej sekundzie ujawnia się nicość, która fascynowała Maurice’a Blanchota w Le pas au-​dela[25].

Melancholijny kurs, obrany przez podmioty w utworach autora Kochanki Norwida, ma swój kres w czystej negatywności, która nie jest tożsama z krańcem teraźniejszego życia człowieka. Ten nibyświat, zamieszkiwany przez niczyjbyt (wykorzeniony, osobny, odmienny, znamienny), bywa nazywany przez Agatę Bielik-​Robson „pustynią Realnego”[26], dyktującą przymus wygaszania form życia, „symbolicznego samobójstwa”, jak chciałby to nazwać Slavoj Žižek. Podmioty Tkaczyszyna-​Dyckiego żyją poza życiem, poza prawem (są naznaczone pogranicza, nieuznawanego przez różne polityki historyczne), poza racją do własnego przeżycia (wiąże się to z interioryzacją ciągłego tracenia, mówienia tylko po to, by mogła przemówić trauma przeszłości), poza przestrzenią (istnieją jedynie w heterotopiach, miejscach cudzych, przynależnych do obcych życiorysów). Mogą trwać jedynie w języku – królestwie panowania śmierci, z którego pragną jednak uciec (np. w język pogranicza ukraińsko-​polskiego, też już anektowany przez władzę negatywności):

(…) to nie jest moje miejsce

moje miejsce jest po stronie matki

obudziłem się w nocy i odkryłem przed sobą

prawdę której nie chciałem

przyjąć: moje miejsce jest

w polszczyźnie niczym w kościółku[27].

Ów kościółek również jest źródłem osamotnienia i osobności podmiotu:

śliczny śliczny kościółek

w obrębie dawnego unickiego

domostwa lecz nigdy w nim

nie będę u siebie (…)[28].

Polszczyzna jest przejawem dyskursu dominatora, kolonizującego to, co wcześniej pozostawało źródłowo inne oraz odmienne (kultura unicka). Język jest nie tylko królestwem śmierci, lecz również narzędziem polityki historycznej, skazującej podmiot na życie na marginesie, nieuznawane przez hegemoniczny porządek historyczny. Tak jak wcześniej odnajdywał swoje imię w znamieniu, tak tutaj (w kolejnym chronologicznie tomie) odnajduje swoją przestrzeń w nie-​miejscu:

obudziłem się w nocy

i odkryłem prawdę

której nie chciałem przyjąć

moje miejsce jest

albo w polszczyźnie (niczym

w kościółku) albo w transporcie

czyli po stronie matki

w bydlęcym wagonie lecz nie wiem (…)[29].

Podmiot wykorzeniony pragnie ulokować swoje istnienie na paśmie transmisyjnym między dwoma fantazmatami: polską ojczyzną i ukraińską matczyzną. Oba pojęcia są jednak źródłem opresji, traumy i wy-​naturzenia własnej egzystencji. Tym samym wcześniej opisana „pustynia Realnego” jest wieczną tymczasowością, nie-​miejsowością, odmiennym marginesem, naświetlającym bardziej to, co minione i przeszłe niż to, co centralne i obecne. Z racji tego, że poezja Tkaczyszyna-​Dyckiego odznacza się raczej pustym ruchem transcendencji próżno oczekiwać zbawienia, mogącego ulokować istnienie w innym życiu. Tym samym życie podmiotu zostaje niemal unieważnione, skazane na tragiczną walkę z królestwem anty-​znaków, ruiny desygnatów, bliskości historii i języka śmierci. Znamienne życie podmiotu w nie-​miejscu, heterochronii i heterotopii, w ciągłym wykorzenieniu ulega gwałtownemu zmniejszeniu, czego transpozycją staje się literatura Eugeniusza Tkaczyszyna-​Dyckiego, która w istocie jest literaturą mniejszą – karlejącą w obliczu czegoś cudzego, trawestującą własną odmienność, by wreszcie zastygnąć nad marmurowymi imionami i nazwiskami, wchłoniętymi w otchłań języka śmierci. W takim „dotrumiennym” konglomeracie znaczeń i doświadczeń zawiera się również charakterystyka znamiennego pogranicza ukraińsko-​polskiego.

Le Champion de jeȗne. Koda

Czym jest literatura mniejsza? Jest to taka forma opowieści, którą mniejszość snuje w języku dyskursywnie oficjalnym, dominującym (majeure)[30]. Deleuze i Guattari wyznaczają następujące cechy takiej formy literackości: język jako ekwiwalent deterytorializacji, brak możliwości pisania w diametralnie inny sposób, upolitycznienie opowieści, silne poczucie więzów kolektywnych, antecedencje zanurzone w rozpadzie i rozkładzie (również językowym), marginalność wobec literatury kanonicznej. To teoretyczne rozpoznanie każe szukać czytelnikowi i interpretatorowi poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-​Dyckiego specyficznych słów-​wytrychów, intensyfikujących napięcia typowe dla literatury mniejszej, pisanej zawsze z poziomu wykorzenienie czy terytorialnego rozpadu kartografii desygnatów. Koegzystencję tych samych stanów podmiotowego zawieszenia w obliczu królestwa negatywnego anty-​znaku (bądź polszczyzny dokonującej destrukcji języka pogranicza ukraińsko-​polskiego) należy łączyć z prawem serialności, co tłumaczy zapętloną i repetycyjną (samonaświetlającą się) dykcję autora Kochanki Norwida. Deterytorializację należy łączyć z tym, że opisywane pogranicze stało się uniwersum Realnego, ową „pustynią Realnego”, której nie sposób wybawić, przenieść do innej przestrzeni immanencji. Co więcej, deterytorializacja geneaologicznie wynika z odziedziczonej traumy deportacji, przymusowych przesiedleń w latach czterdziestych. Stąd podmioty w wierszach Tkaczyszyna-​Dyckiego zmuszone są do mówienia w (nie)swoim języku, będącym pewną protezą dyscyplinującą, wmontowaną w ich świadomość przez hegemoniczny porządek historyczny. Skoro w utworze niejako otwierającym tom Kochanka Norwida jest mowa o cudzych wierszach, to taka konstatacja może wynikać z podmiotowego przeczucia, że polszczyzna jest obca, a język pogranicza już wygasły, praktycznie nieobecny. Taka interpretacja poezji Tkaczyszyna-​Dyckiego pozwoli pokazać, że deterytorializacja łączy się również (nierozerwalnie) z wymieszaniem czasoprzestrzeni schizofrenicznej, domowej, przeszłej i historycznej – również językowej (migracja z języka pogranicza w język polski – obcy, dominujący). Poczucie kolektywności należy rozumieć jako Benjaminowski gest wysłuchania historii, zaklętej w mowie i imionach osób już przeżytych, nieistniejących, lecz aktualizujących się w głuchym głosie traumy. Literatura mniejsza, dotycząca niejednoznacznych i trudnych relacji ukraińsko-​polskich, pisana jest z perspektywy stygmatu i znamienia, skazującego podmiot na egzystencję na marginesie kanonicznej polskości czy ukraińskości (ich „twardej” tożsamości). Matczyzna to odległy fantazmat, do której dostępu odmawia językowe królestwo śmierci, zmuszające bohaterów do pielęgnacji nagrobkowych inskrypcji, włożonych w ich własną dykcję. Podmiot Tkaczyszyna-​Dyckiego jest tak bardzo naznaczony odmiennością (ukraińskość, choroba matki, społeczna stygmatyzacja, homoseksualizm, odrzucenie polskiego słownika), że jedyną szansą na kohabitację okazuje się życie-​w-​śmierci, pogrążanie się w życio-​śmierci, odsłaniającej trudną prawdę o samym sobie. Literatura mniejsza, pastuszkowa, Tkaczyszyna-​Dyckiego ulega kurczeniu, zamieniając się w głos historii relacji polsko-​ukraińskich. Wydaje się, że ten trop może być ciekawą analizą innych dzieł literackich, które jako obiekt refleksji ustanawiają pogranicze wschodnie, nie uciekając się do przyjemnych opowieści o nostalgii, całościowych ojczyznach, oddając się rozkosznej jouissance we własnej uległości wobec królestwa rozpadających się znaczeń i imion. Stelaż pojęciowy literatury mniejszej pozwala interpretować poezję Eugeniusza Tkaczyszyna-​Dyckiego (i jemu podobnym autorów) w kontekście starań opisania własnej kondycji imigranta oraz nomady w języku, słowniku i symbolicznej kartografii[31]. Tym samym autor Imienia i znamienia skazuje własną dykcję na wieczną osobność pielgrzyma po „pustyni Realnego”, opuszczonego przez deus otiosus, zakleszczonego przez wrogie dyskursy dominatora.

[1] P. Śliwiński, Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej, Kraków 2002, s. 203.

[2] A. Bielik-​Robson, „Na pustyni”. Kryptoteologie późnej nowoczesności, Kraków 2008, s. 88.

[3] Tamże, s. 89.

[4] Tamże, s. 90.

[5] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię, Wrocław 2012, s. 7.

[6] J. Derrida, Głos i fenomen, Warszawa 1997, s. 194.

[7] A. Bielik-​Robson, Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości, Kraków 2000, s. 63.

[8] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię, dz. cyt., s. 9.

[9] A. Bielik-​Robson, Inna nowoczesność, dz. cyt., s. 65.

[10] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię, dz. cyt., s 10.

[11] Zob. W. Benjamin, Tezy historiozoficzne, [w:] tegoż, Twórca jako wytwórca, Poznań 1975.

[12] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię, dz. cyt., s. 11.

[13] A. Bielik-​Robson, Inna nowoczesność, dz. cyt., s. 69.

[14] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię, dz. cyt., s. 19.

[15] Tamże, s. 22.

[16] Tamże, s. 33.

[17] Zob. B. Choińska, Podmiot i dyskurs w świetle myśli wybranych przedstawicieli poststrukturalizmu francuskiego, Kraków 2014.

[18] Tamże, s. 76.

[19] Zob. J. Lacan, Funkcja i pole mówienia i mowy w psychoanalizie, Warszawa 1996.

[20] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Imię i znamię, dz. cyt., s. 16.

[21] Tamże, s. 28.

[22] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Kochanka Norwida, Wrocław 2014, s. 5.

[23] Tegoż, Imię i znamię, dz. cyt., s. 30.

[24] Zob. M. Gusin, Symptomy psychoanalizy. Jacques Lacan: od filozofii do antyfilozofii, Kraków 2018.

[25] J. Derrida, Living On: Borderlines, [w:] Deconstruction and Criticism, New York 1979, s. 107..

[26] A. Bielik-​Robson, „Na pustyni”(…), dz. cyt., s. 255.

[27] E. Tkaczyszyn-​Dycki, Kochanka Norwida, s. 8.

[28] Tamże, s. 9.

[29] Tamże, s. 12.

[30] G. Deleuze, F. Guattari, Kafka. Ku literaturze mniejszej, Kraków 2016, s. 84.

[31] Tamże, s. 97.

Napisz komentarz