No zagraj coś…” – kto kiedykolwiek uczył się gry na instrumencie, dobrze zna tę prośbę. Wśród uczniów szkół muzycznych, choć również wśród starszych wykonawców, zwykle w takim momencie pojawia się ogromne skrępowanie – no bo co właściwie zagrać? Utwór, nad którym właśnie pracują, jest niegotowy, poprzednio wyuczony program już uleciał z pamięci, a występ przed publicznością, choćby złożoną z garstki przyjaciół, musi być przecież przygotowany – tak przynajmniej uczy nas system kształcenia muzyki klasycznej. Gdyby tak mieć talent Chopina, przy którego fortepianowych improwizacjach mdlały kobiety, lub Olivera Messiaena, który wielobarwne witraże przemieniał w wielogodzinne organowe improwizacje, a przynajmniej odrobinę jazzowego zacięcia. Improwizacja wśród klasycznych wykonawców pozostaje wciąż jednak niepojętą sztuką, zarezerwowaną dla wybitnych.

Taki obraz improwizacji próbuje odczarować pianista i kompozytor, a może przede wszystkim improwizator, Szábolcs Esztényi. Pochodzący z Węgier artysta od wielu lat naucza improwizacji – okazuje się, że sztuka ta jest nie tylko możliwa do nauczenia, ale jak twierdzi, wręcz powinna poprzedzać nauczanie wykonywania skomponowanych dzieł. Esztényi przyrównuje nawet naukę improwizacji do nauki mówienia, czyli najbardziej podstawowej umiejętności – na wyższym poziomie trudności stoi natomiast umiejętność muzycznej recytacji, czyli wykonawstwo konkretnych utworów[1]. Najpierw zaleca improwizowanie w dawnych stylach, wychodząc od konkretnych utworów, które uczeń akurat ćwiczy, i początkowo delikatnie je przekształcając. Dopiero po takiej „szkole” możliwa jest całkowicie „abstrakcyjna” improwizacja.

Poza klasami rytmiki, których uczennice jako jedyne w szkołach muzycznych dostępują zaszczytu nauki improwizacji, z nauczaniem tej sztuki można się jeszcze zetknąć na wydziałach kompozycji i teorii muzyki w akademiach muzycznych. Zajęcia te mają rozbudzać kreatywność przyszłych twórców, choć brak kreatywności u samych wykładowców często sprowadza je do praktycznych ćwiczeń z harmonii. O ile zatem klasycznie wykształconym instrumentalistom pojęcie improwizacji zazwyczaj kojarzy się z jazzem lub w ogóle nie mieści się w ich pojęciu wykonawstwa muzyki, o tyle u kompozytorów przywołuje wspomnienia wyuczonych, mechanicznie wykonywanych kadencji i szeregu sekwencji we wszystkich tonacjach. Być może dlatego w muzyce drugiej połowy XX wieku z samym określeniem „improwizacja” stykamy się znacznie rzadziej niż faktycznie występuje ono w nowej muzyce.

(…)

Całość artykułu można znaleźć w aktualnym numerze „Fragile” 3 (33) 2016: IMPROWIZACJA.

Przypisy:

[1] Audycja w II Programie Polskiego Radia: Five o’clock z udziałem Esztényi’ego, online: http://www.polskieradio.pl/8/2039/Artykul/1034492,Szábolcs-Esztényi-Dlaczego-szkoly-nie-ucza-nas-mowic-tylko-recytowac (dostęp: 25.08.2016).

Ewa Chorościan - teoretyk muzyki, studentka Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu. Jest członkiem redakcji czasopisma internetowego „Meakultura”, współpracuje z „Ruchem Muzycznym”, publikuje teksty poświęcone głównie muzyce nowej. Interesuje się też krytyką muzyczną.

Napisz komentarz