Kiedy w początkach XXI wieku Internet zaczął się gwałtownie rozwijać, umożliwiając coraz nowsze systemy dzielenia się danymi, dystrybutorzy filmowi załamywali ręce. Choć zyski z kin udało się utrzymać na stałym poziomie, głównie dzięki wciąż rosnącym cenom biletów, to wyraźnie zmalały przychody ze sprzedaży filmu na różnych nośnikach oraz dystrybucji telewizyjnej. Pirackie kopie podbiły Internet, dając dostęp do tysięcy filmów z całego świata bez konieczności wychodzenia z domu oraz, co ważniejsze, wydawania choćby złotówki.

Narzekania przedstawicieli przemysłu filmowego trwają nieustannie od kilkunastu lat, ale trzeba przyznać, że dość szybko zrozumieli oni, iż sieć może być również ich sprzymierzeńcem w interesach. Daje ona dostęp do milionów potencjalnych konsumentów, stanowiąc przestrzeń możliwej reklamy, społeczności tworzonej wokół konkretnych produktów, a także ich łatwej dystrybucji. Tyle że w Web 2.0, jak często nazywa się współczesną sieć, nastawioną na czynną partycypację użytkowników w jej zasobach, pojawiła się możliwość nie tylko konsumpcji, ale i produkcji dóbr kultury przez internautów. Od dawna istnieją strony internetowe służące wymianie danych, informacji, opinii, amatorskich klipów czy filmów, ale nowością ostatnich lat są portale, których użytkownicy, poprzez swoje dofinansowanie, mogą się przyczynić do powstania profesjonalnych dzieł.

Czy będzie to, jak chcą niektórzy, rewolucja w sposobie myślenia o finansowaniu sztuki niezależnej, czy tylko nic nieznaczący margines przemysłu filmowego, przekonamy się prawdopodobnie już w ciągu kilku najbliższych lat. Tymczasem warto przyjrzeć się zjawisku crowdfundingu (nazywanego czasem po polsku finansowaniem społecznościowym) w odniesieniu do już powstających projektów filmowych.

Crowdfunding na miarę międzywojnia

Zjawisko, które dziś nazywamy crowdfundingiem, w istocie nie jest niczym nowym i odpowiada istniejącym już wcześniej formom finansowania dzieł sztuki. Po pierwsze, przypomina oczywiście instytucję mecenasa czy sponsora, który wkłada swoje pieniądze w projekt nie dla zysku, ale ze względu na fascynację artystą i chęć wsparcia. Jej bezpośrednim poprzednikiem jest jednak subskrypcja, polegająca na zbieraniu składek na powstające dzieło wśród potencjalnych jego odbiorców. Brzmi znajomo? Owszem, staroświecko brzmiąca subskrypcja w zasadzie może posłużyć za synonim modnego dziś pojęcia crowdfundingu – zmieniły się tylko środki komunikowania, a co za tym idzie, skala przedsięwzięć. Oba te zjawiska istniały już w przedwojennym kinie. Znakomitym przykładem hojnego mecenasa sztuki surrealistycznej na filmowej niwie był hrabia Charles de Noailles, którego nazwisko widnieje na stanowisku producenta takich fi mów jak Tajemnica zamku De Man Raya z 1929 roku czy późniejszych o rok: Krwi poety Jeana Cocteau i Złotego wieku Luisa Bunuela. Rzadziej spotykane było tworzenie filmów za środki z subskrypcji, ale tak powstał jeden z filmów mistrza kinematografi i lat 30., Jeana Renoira. Mowa tu o mniej znanej w jego dorobku Marsyliance, wyprodukowanej w 1938 roku. Opowiadający o powstaniu słynnej pieśni film historyczny został zrealizowany na zamówienie spółdzielni robotniczej Ciné Liberté, a w celu zdobycia środków na realizację publiczną subskrypcję ogłosiły związki zawodowe. Wszyscy, którzy dołożyli swoje pieniądze do budżetu, mogli w zamian wejść za darmo na jeden z pokazów. Ten model sprawdził się w przypadku Marsylianki, ale pozostał on jedynie incydentalnym przykładem zaangażowania lewicowych środowisk, które wspierały wtedy mocno Renoira.

Cały artykuł dostępny jest w wersji papierowej „Fragile” nr 2 (20) 2013.

Miłosz Stelmach - absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant w Instytucie Sztuk Audiowizualnych Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor działu Film we "Fragile".

Napisz komentarz