Surowa przestrzeń. Wysokie ściany w ziemistym kolorze mokrego tynku zamykają obszar klasycznej sceny pudełkowej. Niezwykle oszczędna scenografia nosi pewne znamiona symetrii. W centrum dwie szafy zabezpieczone folią, a na prawo od nich stół, drzwi i ostemplowane kartonowe pudła z napisem „Oxford”. Po lewej stronie natomiast duże okno – tak bardzo charakterystyczne dla spektakli Krystiana Lupy. Spakowane walizki, krzesło, czerwony fotel zepchnięty pod szafę. Uwagę skupiają jednak przede wszystkim męskie buty rozstawione starannie w niewielkich odległościach na podłodze niedaleko okna – jakby gotowe do wyjścia, wyczekujące. Budzące niepokój i jakiś rodzaj tęsknoty, przywodzą na myśl Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu z nabrzeżnej promenady Dunaju w Budapeszcie.

W tak chłodnej kolorystycznie aranżacji rozgrywa się akcja Placu Bohaterów, spektaklu według sztuki Thomasa Bernharda zrealizowanego przez Krystiana Lupę w Litewskim Narodowym Teatrze Dramatycznym. I choć scenografia modyfikowana jest w przypadku każdej z trzech odsłon, tonacja barw pozostaje niezmienna.

Thomas Bernhard, „Plac Bohaterów”, reż. Krystian Lupa, fot. Boska Komedia.

Szkieletem fabularnym przedstawienia są losy rodziny Schusterów – Austriaków, Żydów. W pierwszej części jednak widz poznaje członków rodziny jedynie za pośrednictwem mocno rozbudowanej opowieści gosposi – pani Zittel (Eglė Gabrėnaitė), która w niezwykle szczegółowy sposób prezentuje całą genealogię. Pretekstem do snutych wspomnień jest samobójcza śmierć i pogrzeb głowy rodu: profesora Józefa Schustera, który okazuje się być wielkim nieobecnym całego spektaklu. Uwielbiany przez studentów, outsider, wiecznie niedoceniany przez środowisko, maniakalny perfekcjonista, człowiek zagubiony i poszukujący – ze świadomością nieuchronnej porażki, despotyczny mąż i ojciec, organizujący życie swoich bliskich nawet po śmierci. Niemal wszystko co się dzieje, czy działo, w jakiś sposób koresponduje z jego osobą. Dla pani Zittel, choć świadomej licznych wad swojego pracodawcy, profesor jest autorytetem w każdej dziedzinie: począwszy od leczenia wiekowej matki, po rzeczy – wydawałoby się – trywialne jak prasowanie koszul czy czyszczenie butów. Postać Józefa organizuje porządek nie tylko w płaszczyźnie fabularnej spektaklu, ale i na poziomie scenografii, przedmiotu czy ruchu scenicznego. Zittel z namaszczeniem prasuje i składa białe koszule według specjalnych instrukcji nieżyjącego profesora i zachowuje się tak, jakby czasem zapominała, że tego człowieka już nie ma. Robi to z pewną dozą dystansu i humoru, ale chyba tylko po to, żeby przed samą sobą ukryć jak bardzo ceni profesora, który zupełnie zdominował jej życie.

Thomas Bernhard, „Plac Bohaterów”, reż. Krystian Lupa, fot. Boska Komedia.

Kluczowym, jeśli nie najważniejszym, elementem spektaklu jest jednak wciąż powracające, mimo upływu kilkudziesięciu lat, widmo wojny i nazizmu. Momentem granicznym dla rodziny był dzień 15 marca 1938 roku. Tego dnia na Placu Bohaterów, przy którym mieszkali Schusterowie, rozentuzjazmowany tłum witał Adolfa Hitlera po anszlusie Austrii. Wydarzenie to, i sam Plac Bohaterów, urastają w przedstawieniu wręcz do rangi symbolu ucieleśniającego niewyrażalną traumę. Dla Schusterów data ta jest związana nie tylko z decyzją ucieczki rodziny do Anglii, ale i z samobójczą śmiercią młodszego od Józefa i Roberta brata (w roli Roberta rewelacyjny Valentinas Masalskis). Przed traumą nie ma ucieczki. Każdy zostaje naznaczony. Dwaj bracia popełniają samobójstwo, a okrzyki wiwatujących na cześć Hitlera nieprzerwanie nawiedzają profesorową Jadwigę (Doloresa Kazragytė) w starym wiedeńskim mieszkaniu, którego nie sprzedano, bo dla Józefa oznaczałoby to kolejną ucieczkę przed nazistami. Do kulminacji lęków Jadwigi Schusterowej dochodzi podczas stypy w wyjątkowo dynamicznym finale spektaklu. Tak jak kiedyś historia wdarła się pod powłokę ochronną do umysłu bohaterki, tak teraz projekcja jej strachu zaraża widzów. Okrzyki z Placu Bohaterów przeplatane charakterystycznymi motywami muzycznymi z Walkirii Wagnera wzmagają się, a w pewnym momencie są tak głośne, że ogłuszają widza, światło zostaje powoli wygaszone, chmury czy może kłęby dymu widocznego za oknem zdają się coraz bardziej napierać na szybę, która nagle pęka i rozpryskuje się na wiele kawałków.

Historia rodziny austriackich Żydów staje się również kanwą dla refleksji o rozkładzie, degeneracji współczesnego świata zdominowanego przez głupców, partyjnych idiotów i antysemitów. Austria jest kloaką Europy. Wszystko tonie w marazmie przez krótkowzroczną politykę i manipulacje Kościoła. Bohaterowie stracili już nadzieję na poprawę sytuacji. Wszelkie dyskusje czy protesty są właściwie bezcelowe, nie przynoszą oczekiwanych zmian. „Całe życie to jeden wielki protest i to nie pomaga” – oznajmia zmęczony Robert. Nie chce się już w nic angażować, jest stary, jedyne czego pragnie, to spokój. Świat zostaje przyrównany do teatru, gdzie przeciętni obywatele to bezmyślna masa statystów czekająca na swojego reżysera, który przyjdzie i wszystko zrzuci w przepaść. „Niebyt jest celem. Koniec jest celem” – słyszymy w trzecim akcie.

Trudno treści zawartych w spektaklu nie odnieść do obecnej sceny politycznej. Dramat Bernharda w 1988 roku wywołał skandal w konserwatywnych środowiskach austriackich i choć jego akcja osadzona jest w konkretnym czasie i w konkretnym miejscu – pod koniec lat 80. w Wiedniu, to w interpretacji Lupy okazuje się on być bardzo aktualny, a nawet na swój sposób uniwersalny. W opisie zrealizowanego w Rydze spektaklu można bowiem przeczytać, że: „Spektakl Lupy wzbudził kontrowersje, bo jego wydźwięk uderzał wprost w polityczne porządki na Litwie i wskazywał publiczność jako niemego świadka, odżegnującego się od odpowiedzialności za nieuchronne i groźne zmiany. Litewscy aktorzy wspaniale wpisali się w Lupowską konwencję teatralnej utopii, cierpliwie wciągając widza w katastroficzny trans bezwładu”[1]. Sądząc po reakcjach widowni, polscy odbiorcy również odczytali przedstawienie jako gorzką, nienapawającą optymizmem diagnozę „Kraju nad Wisłą”. Interpretacje tego typu prowokują dodatkowo powyborcze wypowiedzi samego Lupy. Reżyser nie ukrywa swojej niechęci, a nawet obrzydzenia wobec aktualnej ekipy rządzącej, a co więcej – zarzuca Polakom świadomy wybór regresu czy wręcz zgodę na totalitaryzm w nowej odsłonie[2]. Spektakl wyreżyserowany kilka miesięcy wcześniej nabiera nowych znaczeń. Równocześnie jednak jego uniwersalność przeraża: wykorzystana w spektaklu teatralna metafora, w której społeczeństwo, niezależnie od czasu i miejsca akcji, jawi się jako naiwna grupa statystów uwięziona, zaślepiona przez przeszłość, z której nie potrafi wyciągnąć wniosków, znajduje swoje potwierdzenie w rzeczywistości.

Thomas Bernhard, Plac Bohaterów

Reżyseria: Krystian Lupa
Scenografia: Krystian Lupa
Kostiumy: Piotr Skiba
Muzyka: Bogumił Misala
Reżyseria światła: Krystian Lupa
Projekcje wideo: Łukasz Twarkowski
Asystenci reżysera: Giedrė Kriaučionytė, Adam A. Zdunczyk
Manager projektu: Vidas Bizunevičius

Obsada: Valentinas Masalskis, Viktorija Kuodytė, Eglė Mikulionytė, Arūnas Sakalauskas, Eglė Gabrėnaitė, Rasa Samuolytė, Toma Vaškevičiūtė, Doloresa Kazragytė, Vytautas Rumšas, Neringa Bulotaitė, Arūnas Smailys

Premiera: 27 marca 2015 r., Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Polska premiera: 13 grudnia 2015 r., 8. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

Przypisy:

[1] https://​www​.boskakomedia​.pl/​s​p​e​k​t​a​kl/99 [dostęp: 15.12.2015].
[2] K. Lupa, Czuję się tu chory, rozmowę przepr. Jacek Tomczuk, http://www.e‑teatr.pl/pl/artykuly/213891.html?josso_assertion_id=91DEF9DF031444F1 [dostęp: 15.12.2015].

Thomas Bernhard, „Plac Bohaterów”, reż. Krystian Lupa, fot. Boska Komedia.

Natalia Brajner - absolwenta komparatystyki i teatrologii, doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Napisz komentarz