To co zrobić, aby przeżyć? Z Mikołajem Iwańskim rozmawia Agnieszka Kwiecień

Agnieszka Kwiecień: Reprezentuje Pan Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, które od swoich początków jako organizacja interesuje się pozycją artysty między innymi na rynku pracy. Dlaczego status artysty pracownika jest szczególny?

Mikołaj Iwański: Status artysty nie różni się jakoś szczególnie od statusu znacznej grupy ludzi pracujących. Problem polega na tym, że praca artystów i części ludzi sztuki została wyparta poza obszar, gdzie gwarantowane są jakiekolwiek prawa pracownicze. Oczywiście ma to swoje istotne źródła w powołaniowym charakterze pracy twórczej. Artyści jako pierwsi doświadczają sytuacji, która w nie aż tak bardzo odległej przyszłości może się stać doświadczeniem szerokiej grupy ludzi świadczących pracę najemną. Rzeczywistość socjalna artystów, kuratorów i innych wolnych strzelców funkcjonujących w świecie sztuki to doświadczenie prekaryjne. Kapitalizm wbrew doświadczeniu polskiego, nieco ubogiego spektrum aksjologicznego, nie jest jedynie swoją skrajnie indywidualistyczną peryferyjną mutacją, lecz w jego ramach możliwe jest zapewnienie nieco szerszego standardu praw socjalnych i pracowniczych. Dlatego pozycja artysty nie jest jakoś szczególnie wyjątkowa i nie można jej rozpatrywać w oderwaniu od szerszych realiów, które są trudne do zaakceptowania. Nasze postulaty sprowadzają się między innymi do realizacji zobowiązań wynikających z rezolucji Parlamentu Europejskiego.

 

Jak te problemy wyglądają w innych krajach? Powszechne jest przecież odczucie, że w Polsce nie dba się w sposób zadowalający o sztukę i nie gwarantuje obywatelom realizacji prawa do uczestniczenia w sferze kultury.

Po pierwsze, w bardzo zasadniczy sposób myli się w Polsce rozrywkę z kulturą – to jednak nie jest to samo, a niestety jest finansowane z jednego budżetu – szczególnie widać to na poziomie samorządów.

W krajach, w których artyści potrafili się zorganizować jako pracownicy, ta sytuacja zwykle wygląda dość dobrze. We Francji artystom przysługuje prawo do zasiłku dla bezrobotnych, w Niemczech funkcjonuje całkiem sprawnie kasa ubezpieczenia emerytalnego oparta na dedykowanej wysokości składki i gwarantująca stałe świadczenie zarówno emerytalne, jak i dostęp do opieki medycznej.

Nie jestem przekonany, że sfera kultury jest jakoś szczególnie zaniedbana. Jeśli porównamy ją ze stanem na przykład dostępu do usług medycznych czy edukacji, to widzimy, że mamy do czynienia z bardzo analogicznymi problemami, które nie są zależne od specyfiki danego obszaru sektora publicznego. Niestety głównym problemem jest bizantyjski styl sprawowania nadzoru organizacyjnego nad instytucjami kultury oraz niesłabnące ambicje utowarowienia rezultatów ich pracy. Skutkiem tego jest na przykład zjawisko festiwalizacji czy eventyzacji kultury, które jakościowo jest bardzo zbieżne z komercjalizacją opieki medycznej lub pragmatyką funkcjonowania sprywatyzowanego fragmentu ubezpieczeń emerytalnych.

 

Jakie działania dla poprawy sytuacji artystów podejmuje OFSW? Pamiętamy na przykład strajk z 2012 roku, kiedy to na znak solidarności z artystami zamknęły się dla zwiedzających instytucje kulturalne. Czy takie działania coś zmieniły na dobre? Czy znajdują zrozumienie w społeczeństwie lub u polityków sprawujących władzę? Czy warto i po co strajkować?

Strajkować zdecydowanie warto, tym bardziej że artyści przez ponad dwie dekady karnie postrzegali swoje niepowodzenia jako wynik jednostkowej niezaradności. Strajk był momentem, w którym mogli spostrzec, że ta przyczyna leży zdecydowanie poza nimi i jedynie poprzez konfrontację można zmierzać w kierunku jej zmiany. Strajk pomógł w skrystalizowaniu się języka, którym opisywane są problemy socjalne tego środowiska, co jeszcze dekadę temu było niewyobrażalne – stylizacja na człowieka sukcesu była dość powszechna. Jeśli postulaty podnoszone przez OfSW oraz niedawno powstałą Komisję środowiskową Pracowników Sztuki w ramach Inicjatywy Pracowniczej mają kiedykolwiek znaleźć szersze zrozumienie, to droga do tego prowadzi poprzez sformułowanie ich w szerszym niż partykularny interes niewielkiej grupy języku. Ten proces trwa i za jakiś czas będziemy obserwować jego pozytywne skutki.

 

Jak jest postrzegany współczesny artysta? Czy w dyskusjach o możliwościach zarobkowania artystów i wysokościach ich dochodów przypadkiem nie odgrywają głównej roli stereotypy myślowe?

Jak jest postrzegany? W sumie podobnie jak policjant drogówki – jako jeszcze jeden kosztowny problem w oczach przeciętnego człowieka. Te stereotypy są silne, dlatego tak ważne jest, żeby artyści czasami zapomnieli o wyłącznie swoich problemach i zbudowali szerszą perspektywę. Istnieje bardzo duży problem celebrytyzmu w stereotypowym postrzeganiu artystów, co w kontekście sytuacji artystów wizualnych jest szczególnie groteskowe. Kolejnym fatum wiszącym nad tym środowiskiem jest fantazmat rozwoju komercyjnego rynku sztuki…

 

fot. Krzysztof Siatka

 

Jakie są możliwości, aby artysta otrzymał wynagrodzenie za swoją pracę?

Problemowi rynku sztuki współczesnej poświęciłem swoją pracę doktorską. To naprawdę bardzo skromne zjawisko, z wielu powodów. Proszę zauważyć, że kompetencje kulturowe lokalnej klasy średniej po zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych są w stanie wyżywić jedynie sklepy z elektroniką czy salony motoryzacyjne – w żaden sposób nie przekłada się to na zainteresowanie zakupem sztuki. Ewentualnie w grę wchodzi trochę literatury lub wizyty w teatrach o prostszym repertuarze. Zdecydowanie większe zainteresowanie sztuką przejawiają młodzi, wykształceni ludzie, którzy doświadczają problemów między innymi z wejściem na rynek pracy. Często intensywne Uczestnictw w kulturze jest dla nich symbolicznym zabezpieczeniem przed widmem deklasacji. W świetle tego, co prezentuje sobą statystyczna klasa średnia, jest to nawet dość zabawne, ale też niepozbawione pewnego cennego idealizmu. Jeśli pojawi się nowa fala kolekcjonerów, to będą się rekrutować z tej grupy – nie wiem natomiast, jak sobie da radę obecny układ galeryjny – to może być bardzo ciekawe przegrupowanie.

Ale odpowiadając na pytanie – artyści pracują w sytuacji, która jest nie tyle wynikiem działania wolnego rynku, ile czegoś, co z perspektywy XXI wieku należy nazwać maltuzjańskim zombie. Rynek pracy twórczej to zawsze ogromna nadpodaż i stosunkowo skromny, limitowany popyt. Im większy popyt, tym więcej artystów i ludzi kultury… tym więcej ludzi z tej grupy możliwość funkcjonowania zawodowego musi okupić dalece niewystarczającymi do godnego życia warunkami zarobkowymi. Znowu jedynym realnym wyjściem jest organizacja w celu wywarcia zbiorowego nacisku na zmianę sytuacji.

Ale odpowiadając na pytanie – artyści pracują w sytuacji, która jest nie tyle wynikiem działania wolnego rynku, ile czegoś, co z perspektywy XXI wieku należy nazwać maltuzjańskim zombie. Rynek pracy twórczej to zawsze ogromna nadpodaż i stosunkowo skromny, limitowany popyt. Im większy popyt, tym więcej artystów i ludzi kultury… tym więcej ludzi z tej grupy możliwość funkcjonowania zawodowego musi okupić dalece niewystarczającymi do godnego życia warunkami zarobkowymi. Znowu jedynym realnym wyjściem jest organizacja w celu wywarcia zbiorowego nacisku na zmianę sytuacji.

 

Niedawno w mediach było głośno o kwestii braku honorariów dla artystów biorących udział w wystawie w Zamku Ujazdowskim. Dlaczego niektóre instytucje kultury w Polsce nie czują obowiązku zapłaty artyście za wykonaną pracę?

Tu panuje czysto rynkowe podejście – skoro nie jest to konieczne i można zorganizować kolejną wystawę z pominięciem wynagrodzenia dla artystów, to nieracjonalne byłoby samodzielne obciążanie się takim kosztem. Artystów chcących zaistnieć w jednej czy drugiej galerii zawsze będzie zdecydowanie więcej niż tych instytucji, więc domaganie się z ich strony honorarium stawia ich w niekorzystnej sytuacji. Dyrektorzy niektórych galerii bardzo lubią wówczas powoływać się na rynek sztuki jako na miejsce, gdzie artyści będą mogli zmonetaryzować wytworzoną podczas wystaw wartość symboliczną. Tyle że to rozumowanie zawiera dwa kompromitujące błędy – po pierwsze, publiczne instytucje powinny pracować niezależnie od kontekstu rynkowego, a po drugie, ten rynek musiałby jeszcze istnieć.

Jako OfSW skierowaliśmy listy do szefów największych instytucji wystawienniczych w kraju z apelem o uwzględnianie kosztów wynagrodzeń dla artystów w prowadzonych projektach w wysokości nie mniejszej niż 25% ich zasadniczego budżetu. Otrzymaliśmy pozytywne odpowiedzi i mamy nadzieję, że za ich przykładem podążą (niekoniecznie entuzjastycznie) mniejsze ośrodki. Dla takich celów warto budować struktury związkowe – jeden artysta w negocjacjach z galerią nie ma żadnej siły przebicia – jako związek możemy zdziałać zdecydowanie więcej.

 

Czyli pieniądze przeznaczane na kulturę w Polsce są odpowiednio rozdysponowywane przez instytucje kulturalne?

W ostatnich latach mieliśmy do czynienia z boomem inwestycyjnym w kulturze. Potężna ilość środków została przeznaczona na rozbudowę infrastruktury instytucji kultury bez proporcjonalnego wzrostu środków przeznaczanych na produkcję wydarzeń w tych nowych przestrzeniach. To utrwala reprodukcję modelu maltuzjańskiego, gdyż popyt na pracę artystów wzrósł, a w żaden sposób nie przełożyło się to na osiągane przez nich wynagrodzenie – w wielu przypadkach koszmarny zwyczaj nieujmowania w budżetach kosztów tej pracy wręcz się utrwalił. Dlatego sytuacja jest w pewien sposób niepokojąca.

 

Jakie stosunki pracy powinny panować w instytucjach kultury?

Demokratyczne, ale do tego daleka droga. Realistycznie chciałbym, żeby coraz rzadziej miały charakter bizantyjski czy feudalny, a gdzieś na dalszym horyzoncie widzę je bardziej demokratycznymi i odpornymi na hierarchizację. Krokiem w dobrą stronę byłyby uczciwe, transparentne konkursy dyrektorskie, ale to, jak pokazuje żenujący przypadek poznański, jest dalej marzenie ściętej głowy.

 

W większości instytucji kultury w Polsce pracownicy dostają płace minimalne. To jest poniżające na tle całego społeczeństwa. Czy przypadkiem nie dochodzi tam do eksploatacji kreatywności pracowników przez urzędników, którzy dodatkowo w razie indywidualnych potrzeb chętnie nimi manipulują?

A czymże innym jest postindustrialna mitologia przemysłów kreatywnych jak nie narzędziem manipulacji? Kultura jak każda branża podlega utowarowieniu i dzięki nowelizacji ustawy o instytucjach kultury również faktycznej prywatyzacji. Doskonale pokazuje to przypadek szczeciński, gdzie w wolnym przetargu wybrano firmę do zarządzania galerią Trafostacja Sztuki, w ostatnich dniach Narodowe Centrum Kultury zakończyło przetarg na zarządzanie Galerią Kordegarda – w tym drugim przypadku 100% kryterium oceny stanowiła cena. Zmiana sytuacji płacowej nie jest nieosiągalna, ale wymaga sformułowania postulatów w innym języku niż samej negocjacji płacowej. To zadanie dla ludzi kultury, którzy muszą nauczyć się mówić o swojej sytuacji w inny niż dotychczas sposób.

Ważne jest, żeby nie podkreślać jakoś szczególnie nierówności występujących akurat w tej branży, ale zdecydowanie bardziej akcentować szerszy wymiar zjawiska. Wysokość płac pracowników instytucji kultury wynika z tych samych powodów co wysokość płac pracowników sektora opiekuńczego czy pielęgniarek. Ruch związkowy jest jedyną sensowną i systemową odpowiedzią na ten problem i w tym kierunku zmierza też ewolucja, którą przechodzi nasze środowisko.

 

Czy do kultury pasuje miara efektywności? Samorealizacja wyklucza dążenie do zysku?

W kategoriach rynkowych można opisać bardzo niewielki zakres pracy wykonywanej w sektorze publicznym. Doskonale widać to na przykładzie edukacji czy zdrowia. Zarówno nauka, jak i opieka medyczna nie mogą być ewoluowane jedynie ze względu na przydatność na rynku pracy. Ich sens wynika ze zdecydowanie szerszych przesłanek, niewymagających już kolejnego uzasadnienia, takich jak prawo do nauki czy prawo do bycia zdrowym. Z tego punktu widzenia prawo do uczestnictwa w kulturze nie jest jakoś szczególnie różne i nie da się go zredukować do retoryki przemysłu kreatywnego czy potencjału promocyjnego. Można mówić o budowie kapitału społecznego, ale zdecydowanie lepiej w kontekście całego sektora publicznego. Jest jednak jedna dodatkowa rzecz – mianowicie wzrost gospodarczy nie jest celem samym w sobie, a ludzie zajmujący się pracą twórczą są tymi, na których spoczywa odpowiedzialność za wskazanie, że w pewnym momencie ważniejsze staje się akumulowanie kapitału moralnego – to zresztą myśl, którą dawno temu sformułował Keynes.

 

Czy jakieś regulacje lub przyjęte zwyczaje ustalają wysokość honorariów artystów wizualnych lub na przykład artystów scenicznych?

W przypadku artystów scenicznych – teatralnych rzecz nie jest uregulowana w sposób ścisły, ale występują tu pewne prawidłowości określające zakres proponowanych wynagrodzeń. Tego jednak nie ma w pracy artystów wizualnych, panuje całkowita uznaniowość, z którą –jak wcześniej mówiłem – staramy się walczyć; mam nadzieję, że zostanie to zakończone sukcesem.

 

Status społeczny jednostki opiera się między innymi, jeśli nie przede wszystkim, na zasobności portfela. W Polsce za statusem społecznym ludzi kultury często nie nadąża ten materialny. Jaki to ma wpływ na kształt współczesnego społeczeństwa?

Trudno powiedzieć coś dobrego o społeczeństwie, w którym centralnym źródłem prestiżu i władzy symbolicznej jest status materialny. Próba wpisania się w taki schemat byłaby równie godna potępienia co stan wyjściowy. Dlatego skupiamy się przede wszystkim na walce o zapewnienie minimalnych warunków zabezpieczenia wynagrodzeń i dostępu do praw socjalnych.

 

Biedni stają się coraz biedniejsi. Materialne nierówności są potęgowane. Ludzie kultury (w odróżnieniu od ludzi przemysłu rozrywkowego) będą mieli się finansowo coraz gorzej i w hierarchii społecznej spadną na samo dno?

Na tym dnie raczej nie będą sami. Warto, by środowisko artystów zaczęło zabierać głos w tematach, które dotyczą nie tylko ich własnych problemów, ale także szerszego pola społecznego. Inaczej trudno będzie nie tylko doprowadzić do zmiany, ale również liczyć na jakiekolwiek zrozumienie.

il. Agnieszka Piksa

 

Wywiad ukazał się w numerze Fragile – Praca: alienacja i kreacja, nr 4 (22) 2013 >>

Dodaj odpowiedź