Urban knitting – ubranka dla miasta

0
743

Pamiętam do dzisiaj moje pierwsze spotkanie z urban knitting. Lato 2008 roku, Norwegia, zwykła droga prowadząca do jednej z wielu małych miejscowości. Po obu stronach drogi rosły szpalery drzew, tworząc piękną aleję, ale tym, co od razu rzucało się w oczy, były różnokolorowe pnie, szczelnie obleczone włóczkowym miękkim ubrankiem… Po tym spotkaniu przyszły następne: znak drogowy w kolorowym sweterku w pewnej nadmorskiej miejscowości w Szwecji, latarnie z włóczkowymi czapeczkami w niemieckim Osnabrück, budki telefoniczne, pomniki czy ławki parków w wielu miastach Europy. Nawet w swoim miejscu zamieszkania w Zagłębiu Ruhry odkrywam co chwila kolorowo ubrane drzewa, słupy ogłoszeniowe, barierki i inne elementy przestrzeni publicznej przyodziane fikuśnymi, wesołymi ubrankami.

Urban knitting, yarn bombing, knit graffiti, guerilla knitting czy włóczkowe/robótkowe graffiti to tylko kilka z nazw, które określają tę coraz popularniejszą formę street artu. Wszystko zaczęło się w Teksasie, w Houston, kiedy w 2005 roku Magda Sayeg, właścicielka butiku z ubraniami, przyoblekła w zrobiony przez nią samą włóczkowy pokrowiec klamkę swojego sklepu. Pozytywna reakcja klientów, którzy we włóczkowym elemencie dostrzegli zamysł twórczy, zachęciła Amerykankę do dalszych prac. Po klamce przyszła kolej na szyld drogowy i inne elementy miasta. Pomysłodawczyni i jej przyjaciółki założyły niedługo potem pierwszą grupę artystyczną pod nazwą Knitta Please, która zajmuje się tą formą street artu. Włóczkowe graffiti, czyli zakładanie dzierganych ubranek różnym elementom przestrzeni publicznej, szybko zyskało rozgłos w Stanach Zjednoczonych. Zdobyło również dużą popularność w Europie i stało się poniekąd wyrazem feministycznego aktywizmu.

Hameln, fot. Monika Barwińska

Artyści uprawiający urban knitting nie dają się jednoznacznie scharakteryzować. Wiek, pochodzenie, miejsce zamieszkania czy zawód nie grają roli. Ale można wśród nich rozróżnić dwie grupy. Część z nich wybiera anonimowość i tworzenie w ukryciu, stąd określenie guerilla knitting, czyli partyzantka włóczkowa. Przy ich dziełach pojawiających się w przestrzeni publicznej nagle i znienacka, na przykład pod osłoną nocy, których celem jest również element zaskoczenia przechodniów, próżno szukać jakichkolwiek wskazówek umożliwiających zidentyfikowanie artysty. Ich działanie, podobnie jak typowe akcje street artowe, na przykład graffiti czy wlepki, są bezprawną ingerencją w przestrzeń publiczną miasta. Mimo że są miękką – gdyż nie uszkadzają obiektów, które są nimi odziane, można łatwo się ich pozbyć i nie pozostawiają po sobie śladu – formą street artu i zwykle mają pozytywny odzew wśród przechodniów, są odbierane przez organy miejskie jako wandalizm.

Drugą grupę stanowią artyści, którzy rezygnują z anonimowości i otwarcie prezentują (czy nawet tworzą) swoje dzieła publicznie. Wielu z nich zachęca publiczność, którą przeważnie stanowią przypadkowi przechodnie, do aktywnego włączenia się w akcję i wzięcia udziału we wspólnym twórczym procesie. Nie musi to być jakieś monumentalne dzieło jak ubranko dla całego mostu czy autobusu [1], może to być mała czapeczka na latarni, szalik dla barierki czy skarpetka dla ławki. Im fantazyjniej, tym lepiej.

 

[1] Podobne akcja odbyła się również we Wrocławiu. We wrześniu 2012 r. grupa Angestrickt ubrała w dziergane ubranka przystanek i park przy Hali Stulecia: http://angestrickt.blogger.de/stories/2133818/.

Cały artykuł dostępny jest w wersji papierowej „Fragile” nr 1(23) 2014

 

Dodaj odpowiedź