Wielu z nas – mniej lub bardziej otwarcie – podziwia jakichś superbohaterów, ma swoich ulubionych, opowiada się po jednej ze stron w Wojnie Bohaterów i woli Magneto od Profesora X (lub odwrotnie). Częściowo nasza sympatia dla nich wynika zapewne i stąd, że są oni w stanie przekroczyć ograniczenia, których my nie jesteśmy. Koniec końców wydaje się jednak, że większości ludzkości nie jest na tyle źle, by była gotowa wyłamywać się z ogólnie przyjętych norm w prawdziwym życiu – więcej, jesteśmy gotowi bronić ich jak niepodległości, bo być może są one jedynym, co zapewnia nam jakie takie bezpieczeństwo.

Życie w rzeczywistości, która wydaje się osaczać nas zasadami, normami i granicami, nie jest łatwe. Zwłaszcza, gdy granice te zdają się niekiedy mocno rozmyte, przecież teraz mamy tyle możliwości, zniesiono tak wiele barier, tyle różnych okazji wprost na wyciągnięcie ręki…! A jednak coś nas ciągle hamuje, osacza, konwenanse, zakazy wydają się rządzić naszym życiem do tego stopnia, że czasem czujemy się jak niesieni przez tłum, nie do końca wiedząc, dokąd, po co i dlaczego, ale nie mogąc się przeciwstawić. Z drugiej strony pełna anarchia dla większości ludzi nie jest wizją kuszącą – wszystko to, co nas ogranicza, jednocześnie (trzeba to przyznać mniej lub bardziej chętnie) utrzymuje w świecie minimalny choć poziom przewidywalności i daje nam tym samym namiastkę (może złudną) kontroli. W tym kontekście dla – najwyraźniej – utrzymania społecznej równowagi wciąż posiadamy także listę osób nie-normalnych.

Nie-normalność z założenia nie oznacza od razu ostracyzmu, nikt nie zostaje wygnany ze swego świata dlatego, że raz na czas zrobi coś, co sprawi, że zasłuży na potoczną łatkę „wariata”.  Kto nazwie się „w pełni normalnym”, niech pierwszy rzuci kamień – ale jednak czujemy się w obowiązku znaleźć w pewnych „normalnych” widełkach (albo właśnie czasem je przekraczać), za każdym razem zdając sobie sprawę, gdzie znajduje się granica. Nie trzeba skazywać nikogo na banicję, by go wykluczyć – wystarczą słowa, jak wspomniany wariat czy down. Wystarczy tylko spojrzenie – lub jego brak, gdy za wszelką cenę, nie chcąc kogoś urazić, przesadzamy w drugą stronę, udając, że w ogóle go nie widzimy. Jak pisze Mary Douglas, „nasze interakcje społeczne opierają się w dużej mierze na tłumaczeniu sobie nawzajem, jaki jest właściwy sposób myślenia, oraz obwinianiu się za nieodpowiednie myśli”[1]. Robimy to w dużej mierze nieświadomie i kiedy raz na czas się to zmieni, zapewne możemy być na samych siebie wściekli – lecz tego rodzaju społeczna kontrola odbywa się nieustannie. Nieustannie zmieniają się także obowiązujące w jej ramach zasady – osoby odbiegające od ogólnie przyjętej wizji „normalności” nie są już kamienowane czy zostawiane w lesie za samo bycie takimi, a nie innymi, jednak w wielu miejscach ich sytuacja wcale nie wydaje się aż tak o niebo lepsza.

 

NORMY BEZPIECZEŃSTWA

Anthony Giddens definiuje wartości jako „idee określające, co uchodzi za ważne, wartościowe i pożądane (…)”[2], a z kolei „normy to reguły zachowań, które odzwierciedlają, czy też zawierają w sobie, wartości danej kultury”[3]. Razem tworzą sposoby zachowań właściwe dla określonej grupy społecznej. Jesteśmy ich uczeni od dziecka w procesie socjalizacji i ideałem jest przyswojenie ich na tyle, by w ogóle o nich nie myśleć – chyba że w zetknięciu z inną kulturą. Mówiąc „inna kultura”, z reguły mamy na myśli różnice dość znaczące – jak, powiedzmy, między Amerykanami a Japończykami albo Saudyjczykami a Finami. Wystarczy jednak czasem pójść do okienka w urzędzie, by odnieść wrażenie znalezienia się w innym świecie. I wynika ono przede wszystkim z faktu, iż osoba po drugiej stronie nie zachowuje się tak, jak byśmy najprawdopodobniej przewidywali, że się zachowa, i nie prezentuje działań, które uznalibyśmy za słuszne oraz naturalne. Śmiejemy się może na to amerykańskie „impossible is nothing”, ale prawda jest taka, że nie trzeba jechać za ocean, by spotkać osoby działające, jak się wydaje, wedle innych norm i wartości niż nasze własne.

Tenże sam Giddens zauważa, że w czasach niepewnej, dynamicznie zmieniającej się ludzkiej tożsamości, normy zapewniają jej bezpieczeństwo. Nie oznacza to jednak od razu optymistycznego wydźwięku jego wypowiedzi: „przyjmując daną tożsamość, jednostka ma poczucie bezpieczeństwa tylko w takim stopniu, w jakim inni uznają jej zachowania za odpowiednie lub rozsądne”[4]. Mityczni „inni”, nad których tożsamością zastanawiało się już wiele tęgich głów, a których jedyną wspólną cechą wydaje się – po prostu – niebycie „nami”. Giddens roztacza dość pesymistyczny obraz świata, w którym nasza tożsamość jest o tyle stabilna, o ile znajduje potwierdzenie w innych ludziach i sposobach wartości wedle nich postrzeganych jako właściwe. Normy zapewniają nam bezpieczeństwo – nawet jeśli trzeba zapłacić za to cenę z wolności wyboru. Nie da się jednak ukryć, że te same normy dla wielu oznaczają wykluczenie, a raczej życie w świecie poza-normalnym.

 

PROFESOR X SIADA NA WÓZEK

Można domniemywać, że gdyby istniała kultura, której wszyscy członkowie – na przykład – jeżdżą na wózkach, nikt nie nazywałby ich „inwalidami”. Ale przecież nie istnieje (a przynajmniej jak dotychczas nie została odkryta), więc patrzymy nieco dziwnie na karłów, nie wiemy, gdzie podziać oczy przy ludziach z porażeniem mózgowym i współczująco myślimy o niewidomych. To wszystko ludzie, których nazywamy nie-pełno-sprawnymi, zaznaczając tym samym jakiś dotyczący ich brak, na tyle znaczący, że uniemożliwiający im (bądź dalece utrudniający) codzienne funkcjonowanie. Język, jak wiemy, kształtuje naszą rzeczywistość, traktujemy więc takich ludzi z pewną niepewnością, czasem skrępowaniem, nie chcąc często nikogo urazić, ograniczamy samych siebie, pogłębiając tylko wrażenie, że „my”-w-pełni-sprawni i „oni”-mniej-sprawni to dwa światy. Niepełnosprawni są (czy może bywają?) podziwiani – choćby i z okazji tak spektakularnych jak igrzyska paraolimpijskie czy zdobycie bieguna przez Jana Melę. Ale, ale – przedrostek „para” dobitnie pokazuje, że to taka nie do końca „prawdziwa” olimpiada, że tak trochę, cóż, udawana. Że – na szczęście – coraz mocniej doceniamy ludzi w niej startujących, ale wciąż nazywamy ich para-olimpijczykami, jakby nie mogli być tymi pełnoprawnymi… Jan Mela, najmłodszy zdobywca obu biegunów w ciągu jednego roku, jest człowiekiem przez nas poważanym i, jak sądzę, obdarzamy go, ogólnie rzecz biorąc, pozytywnymi uczuciami. Ale czy nie jest i tak, że to trochę spowodowane poczuciem, iż przekroczył swoje ograniczenia tak dalece, że godzien wręcz jest (czy może był) być noszony na tarczy jako nad-niepełno-sprawny człowiek?

Skupmy się przez chwilę na tym nad-człowieczeństwie. Pomyślmy na przykład o X-Menach. To ogromna i wielce skomplikowana historia, ale myślę, że pewną, choćby szczątkową wiedzą na temat tego uniwersum dysponuje większość z nas. Najprostszą analogią nad-człowieka i nie-pełno-człowieka byłby zapewne sam Profesor X, potężny telepata, który przykuty jest do wózka. W tym wypadku nie idzie jednak o niejaką rekompensatę, jaką ciało pobierałoby w zamian za zużycie energii czy przerzucanie jej na nadludzkie możliwości. Charles Xavier został inwalidą w sposób wybitnie zewnętrzny – w oryginalnych komiksach zrzucony został na niego głaz, w filmie zostaje postrzelony w kręgosłup. W serii o X-Menach ważniejsze wydaje się jednak dla nas co innego – nieustanna specyficzna walka racji pomiędzy Xavierem a jego wrogiem-przyjacielem, Magneto. Ten pierwszy opowiada się konsekwentnie za pokojowym współżyciem mutantów i ludzi, ten drugi żywi przekonanie, że koniec końców mutanci zdominują ludzkość. Jest to znaczne uproszczenie relacji pomiędzy tymi dwoma skomplikowanymi bohaterami oraz ich punktami widzenia na tę kwestię, konieczne jednak, by móc pozostać w miarę czytelnym. Wątek przepychanki, wahania się ludzkości od podziwu do strachu, od akceptacji do alienacji obecny jest w wielu historiach o superbohaterach. Koniec końców przecież kim jest ten Batman, Superman czy inny Iron Man, jeśli nie dziwolągiem? Świetnie, że nam pomaga – ale świetnie też tylko do pewnego momentu, bo jak to, nie poradzimy sobie sami? Musimy zależeć od takiego… kogoś, o kim nawet nic nie wiemy? Więcej – od takiego kogoś, kogo nie możemy kontrolować i pozostaje nam zaufać mu, a przecież mógłby z pewnością wybić nas wszystkich jednym machnięciem ręki? Nie, na to ludzkość zgodzić się nie może, więc niejednokrotnie staje jednak w szranki, rozpoczynając od najważniejszego – stygmatyzowania nad-człowieka jako nie-ludzkiego, nie-normalnego. Wojna domowa w ramach uniwersum Marvela (w wersji filmowej nazwana, co znaczące, wojną bohaterów) rozgrywa się na pewnym poziomie dokładnie o to – podporządkować się i poddać kontroli ludzi, a tym samym zostać zaakceptowanym, lecz w jakimś stopniu ograniczonym (Iron Man), czy wciąż walczyć w zgodzie ze swoimi zasadami, ale partyzancko i w zasadzie na dwa fronty (Kapitan Ameryka)? Ostatecznie społeczeństwo, choć nieposiadające żadnych supermocy, jest w stanie swymi normami tak dalece wpłynąć na swoich członków, że (nawet?) nad-ludzie muszą się jakoś określić.

 

IRON MAN ZDEJMUJE MASKĘ

Anthony Giddens określił ludzi jako dalece odpowiedzialnych za swoją tożsamość, „jesteśmy nie tym, czym jesteśmy, ale tym, co z siebie zrobimy”[5]. Nasze działania muszą jednak mieścić się w stosunkowo wąskim gardle społecznej akceptacji, abyśmy mogli czuć się bezpieczni. Inaczej zostaniemy odtrąceni i wrzuceni do jednego worka z wszystkimi – proszę wybaczyć – wariatami, inwalidami i nadmiernie krzyczącymi dziećmi. I nieważne, czy jesteśmy nad-ludźmi czy nie-pełno-ludźmi – nie pasujemy do normy, wzoru człowieka, którego określenie nie wymaga żadnego przedrostka. Proszę jednocześnie nie zrozumieć mnie źle – nie namawiam do utożsamiania cech świadczących o niepełnosprawności oraz supermocy, bo brzmi to trochę jednak jak z amerykańskiego serialu. Chcę zasugerować jedynie pewną paralelę, która nie jest dla nas jako społeczeństwa zbyt przyjemna – koniec końców, jak bardzo nie mienimy się tolerancyjnymi i otwartymi, nieważne, nad- czy niepełno-, każde odchylenie od normy nie jest mile widziane. Tymczasem jest ono – i to w obydwu przypadkach – w większości niezależne od osoby, o której mówimy. Zostawiamy ją jednak tam gdzieś, nieco z boku, żeby ani jej, ani broń Boże sobie nie przeszkadzać, mamy już i tak zbyt wiele komplikacji w naszej codziennej rzeczywistości. I tu ponownie ścieżki nadludzi rozchodzą się ze ścieżkami niepełnosprawnych. Bo choć może tylko autystyczne dziecko będzie w stanie pomóc rozwiązać zagadkę, to w razie niebezpieczeństwa taki Iron Man ma nad nim zdecydowaną przewagę.

W takim razie po co właściwie tworzymy takie postaci? Zachowujemy się niemalże jak doktor Frankenstein, który najpierw eksperymentuje i jest niezwykle podekscytowany możliwością stworzenia czegoś, czego nikt jeszcze przed nim nie zrobił, a kiedy tylko mu się to udaje i okazuje się, że potwór naprawdę mógłby żyć, czuć, funkcjonować, przeraża go to i automatycznie odrzuca swój twór. Po co Robert Downey Jr. przychodzi do szpitala w przebraniu Iron Mana do jednego ze swoich młodych fanów, jeśli na swój sposób tylko odciąga na chwilę moment, w którym dziecko orientuje się, że nigdy, w żadnym stopniu nie będzie „jak Iron Man”? A jednak, kiedy mówimy: „wyobraź sobie, że …”, podświadomie zakładamy stworzenie czegoś nowego, wyjście poza tu i teraz, wyjście poza siebie. I kiedy Iron Man zdejmuje maskę i podpisuje się na gipsie jako Robert Downey Jr., nie oznacza to automatycznie zaniku sensu istnienia odgrywanej przez niego postaci. Wyobraźnia nie jest jedynie przestrzenią spraw nierealnych, nierzeczywistych, przekracza je i urzeczywistnia. Na najprostszym poziomie pomaga chorym oderwać się od własnych ułomności i uwierzyć, że wszystko można. Nawet jeśli to, mówiąc delikatnie, nie do końca prawda, naiwność jest czasami znacznie zdrowsza od nadmiernego realizmu, pozwala bowiem sięgać po rzeczy, które wedle wszelkiego rachunku prawdopodobieństwa są nieosiągalne. Iron Man, nie-normalny i nie do końca akceptowany, mierzący się z samym sobą i z innymi, w tym superbohaterami, choć nierealny, jest jednak przecież bliski. Bliski przede wszystkim w swojej inności, odmienności. Profesor X, bez względu na to, czy ma dla nas twarz sir Patricka Stewarta, czy Jamesa McAvoya, próbuje pogodzić jakoś dwa światy, ludzi i mutantów, a tym samym poszerzyć widełki „normalności” – albo w ogóle je zlikwidować. Pytaniem aż nadto otwartym pozostaje, czy w swojej działalności na rzecz nie-normalności nie pozostajemy na poziomie wyobraźni, która pracuje dla niej samej i nie przekształca się w nic ponad – wartościowymi przecież i niezwykle ważnymi – komiksami, filmami, historiami opowiadanymi przy łóżku. Czy oglądanie Xaviera na wózku zmienia nasze podejście do sąsiada siedzącego na podobnym urządzeniu? Nawet jeśli nie jest łysy i nie podejrzewamy go o zdolności telepatyczne (na szczęście)?

Przypisy

[1] M. Douglas, Jak myślą instytucje, PWN, Warszawa 2012, s. 105.
[2] A. Giddens, Socjologia, PWN, Warszawa 2010, s. 45.
[3] Tamże, s. 46.
[4] Tamże, s. 256.
[5] Tamże, s. 107.

Olga Kosińska - absolwentka kulturoznawstwa UJ i studentka zarządzania kulturą UJ. Interesuje się kulturą współczesną, obecnie ze szczególnym uwzględnieniem badań nad YouTube.

Napisz komentarz


dwa × 5 =