7 od/za/słon iluzji – nowa książka Jerzego Olka

0
172

7 od/za/słon iluzji to najnowsza książka Jerzego Olka, artysty, krytyka i teoretyka sztuki. Publikacja ta poświęcona jest problemowi iluzji, wielorakim znaczeniom tego słowa i związanym z nim nieporozumieniom.

Iluzja znaczy już tyle, że niczego precyzyjniej nie określa. Analizując takie zagadnienia, jak tautologia, odwzorowanie przestrzeni, odbicia, trompe l’oeil czy anamorfozy, podając wiele przykładów ze sztuki dawnej i współczesnej oraz odniesień do nauki, wprowadzam nowe terminy definiujące rozważane aspekty tej rozległej tematyki. Wspomniane zagadnienia ujmuję teoretycznie, odwołując się do wielu myślicieli, wśród których znalazł się m.in. Wittgenstein, Russel, Barthes, Merleau-Ponty, Derrida, Deleuze, Baudrillard, Kołakowski, ale i Foster czy Wiesing, a także interpretuję wybrane dzieła kilkudziesięciu artystów: polskich i zagranicznych. Lista jest obszerna. Komentuję obrazy Malewicza, Reinhardta, Rauschenberga, Rothki; minimalistów: Judda, LeWitta, Morrisa; wielu hiperrealistów; rodzimych artystów w rodzaju: Berdyszaka, Dłubaka, Sztabińskiego czy Wojneckiego; lidera konceptualizmu Kosutha; pioniera sztuki komputerowej Mohra; filmowca Gioliego; artystów zajmujących się grą z perspektywą i trompe l’oeil: Dibbetsa, Variniego, Rousse’a; współtwórcy sztuki konkretnej Jägera; wybitnych twórców fotografii: Michalsa, Sugimoto, Bailly-Maitre-Granda, a także wielu mniej znanych. Narracja prowadzona jest wielotorowo, z licznymi odniesieniami historycznymi. Jednym z wątków są wzajemne oddziaływania nauki i sztuki. Podjęta zostaje również próba określenia kondycji poszukującej sztuki najnowszej.

 

Jerzy Olek, „Kolczatka pełna”, obiekt, 2008
Jerzy Olek, „Kolczatka pełna”, obiekt, 2008

 

W książce zawarte zostały także wstępy pięciorga profesorów: Doroty Folgi-Januszewskiej (wieloletniego dyrektora naukowego Muzeum Narodowego w Warszawie, obecnie jest profesorem Uniwersytetu tamże), Tadeusza Zipsera (b. rektora Politechniki Wrocławskiej), Antoniego Porczaka (prorektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie), Piotra Kurki (profesora Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu) i Romana Kubickiego (profesora Uniwersytetu Poznańskiego).

 

Proluzja

Jestem za obrazem, bo mam oczy, lecz przeciw słowom, kiedy wielorako znaczą. Z obrazów najbliższe są mi puste, ze słów – nowe. Preferuję obrazy wymowne, choć wolne od narzuconego im z zewnątrz znaczenia. Ze słów wybieram nieobciążone nadmiarem sensu, a gdy ich nie ma, po prostu je stwarzam. Zajmuje mnie iluzja, cokolwiek znaczy. Wittgenstein uważał, iż znaczeniem słowa jest jego zastosowanie. Czyż jednak przeznaczeniem wielu słów nie jest wolne od ugruntowanych zastosowań ich przyszłe znaczenie? Zatem swoiste przedznaczenie, gubiące swój przedrostek w momencie wykorzystania, czyli ulokowania nowego słowa w nadającym mu sens sąsiedztwie innych słów. Że generowane nim przedstawienie może okazać się zaburzone? A kto tu mówi o jednoznaczności? Destrukcja języka bywa odświeżająca. Daje szansę niespodziewanemu. Nawraca na niewinność. Pozwala ukonkretniać się słowom i obrazom, wysupłującym się dzięki wyobraźni ze swej własnej nicości. Nagradza nieokreśloną lub fałszywą ich tożsamość obietnicą prawdopodobieństwa nowego z nich pożytku. Oczyszcza rozumienie, czyniąc je zdolnym do niekonwencjonalnego odsłaniania rzeczywistości. Narusza ustalone przedstawienia sensów, wyzwalając z nich skażone nazwami rzeczy, które nie posiadając niezależnej egzystencji, mogą być jedynie tym, czym są w relacji do innych rzeczy.

Nasze mówienie i pisanie ma na celu, żeby wyprawiać do niego i za pomocą wywodów rozpalać ochotę do patrzenia, i tylko wskazujemy niejako drogę temu, kto chce coś ujrzeć. Albowiem nauka ogranicza się jeno do drogi i wyprawy, a zobaczenie jest już dziełem tego, kto zapragnął zobaczyć – wykładał Plotyn w swoim dziele Enneady. Jawi się tu pragnienie, by ujrzeć dzięki patrzeniu, dającemu obietnicę zobaczenia. Ale to tylko obietnica, niezależnie od tego czy zawierza się nauce czy ulega sztuce. Jedno i drugie prowadzi w końcu do pozbycia się iluzji doskonałości. Po Plotynowej drabinie wspiąć się nie sposób.

Teoria emanacji jaką stworzył zakłada, że pojawiające się w świecie kolejne byty w ich ciągłym uszeregowaniu są coraz mnie doskonałe, tworząc porządek zmniejszających się doskonałości, początek któremu daje Absolut. Każdy taki szereg trwa dopóty, dopóki nie wyczerpie się kreująca go siła twórcza. A gdyby kierunek stawania się odwrócić? Gdyby pierwszym elementem przyszłego szeregu było coś, co nie ma żadnej siły oddziaływania, coś, co pozbawione jest znaczenia, choć będąc znakiem pustym otwiera się na przyjęcie mogącego go wypełnić sensu, to czy idąc pod prąd neoplatońskiej idei dojdzie się do Absolutu? Czy innymi słowy ma szansę spełnienia potrzeba odbycia wędrówki od Nicości do Doskonałości? Zapewne nie. Ale czy nie bardziej frapujące jest błądzenie po nieznanym, gubienie się w ukrywaniu znaczeń i ich niedopowiadaniu, gmatwanie w grze nie gwarantującej wygranej, w grze łączonych, to znów rozłącznych wariacji sensów oraz dowolnych ich przenikań i nałożeń?

Istota widzialnego tkwi w jego przywoływaniu. Fenomen słów – w ich giętkiej użyteczności. Swą największą moc uzyskują słowa, kiedy brakuje tego, co daje się postrzec. Wydają się wówczas być niezależne. Gdy jednak pojawia się obraz, słowa nierzadko milkną, bądź też znaczenie jakie niosą staje się nieokreślone. Często odseparowują się od obrazu, by nie okazać się bezużyteczne. Wizualnemu przedstawieniu pozostawiają wolne pole porównań i odniesień, uwalniając w ten sposób jego autonomię. Obraz mówi wówczas własną obrazowością, nie potrzebując do tego słów. Uzyskując narracyjną niezależność raczej dyskretnie ukrywa swą zawartość, niż cokolwiek do niej dopowiada. Przesuwa tym samym w pozór swój odrębny byt: w pozór przekazywania czegokolwiek poza własnym upostaciowaniem. Widzeniu ukazuje się on, i tylko on. Czysty, niemy, pusty. Trwa przemijalnie, dumny ze swej wyrazistej obrazowości nieskalanej żadnym tekstem. Dostępny tylko naocznie, spełniający się poza kierowanym doń myśleniem, zawsze odbywającym się za pośrednictwem pojęć. Wyemancypowany obraz, nie desygnujący żadnego przedmiotu, za to posiadający moc konstruowania niezależnego sposobu jego widzenia. Obraz jako obraz, który nie jest obrazem, ani jego iluzją, żadną imitacją czy choćby reprezentacją, ani naśladowaniem, ani kopiowaniem. Jest doskonałą automimikrą, tym czym jest i niczym więcej, nie-obrazem, a jeżeli obrazem to całkowicie oczyszczonym ze zbędnego sensu. Ale też jest potencją proluzji.

Proluzja – coś, co obiecuje, by nie spełnić; coś, co odsłania, by ukazać następną zasłonę; coś, co zniewala widzenie, by bronić dostępu zobaczeniu; coś, co magnetyzuje wzrok, by omamić; coś, co udaje, by zaraz rozwiać złudzenie; coś, niby coś, a faktycznie nie-coś; coś przedstawiające, choć niezapisane; coś zbyteczne, a pożądane; coś, co odwraca bezsens, by uczynić go sensownym; coś, co znak broni przed inwazją znaczenia; coś, co intryguje oczywistością; coś, co pęta bezużytecznym migotaniem; coś, co jawi się jako zbędne, a okazuje konieczne; coś, co przyciąga, by zachować dystans; coś, co fascynujące nieprzekonująco; coś, co magnetyzując pochłania nadzieję; coś, co sprawcze, acz wątpliwie; coś, co jest uwikłane semiotycznie i zagmatwane filozoficznie, gwałcone psychologicznie i uwięzione poetycznie; coś absolutnie niejednoznacznie schizofreniczne; coś, co będąc proweniencji pro-, nurza się w protagonii; coś, takie sobie byle coś, za coś, jako coś-ość, przeobraża się w zaciosiowate Coś: ot coś.

 

Jerzy Olek, "Pusta obecność”, 1998
Jerzy Olek, „Pusta obecność”, 1998

 

Mózg ludzki (owa megastruktura, rozumująca, a niepojęta, zasilana przez sto miliardów komórek nerwowych, stanowiąca sieć neuronów z dziesięcioma tysiącami możliwych połączeń, ta inteligentna konstrukcja dokonująca miliardów operacji na sekundę, ciągle umykająca dogłębnemu poznaniu, oporna przy próbach zasadniczych ingerencji w jej budowę i funkcjonowanie, z powodu swego zniewalającego praktycyzmu ochoczo obciążająca siebie tym wszystkim, co niezbędne przeżyciu) wydaje się całkowicie obojętny na próby oczyszczania go z uciążliwych naleciałości. Imponujący, choć uwikłany konwencjonalnie umysł, uzależniony od tego, w co uwierzył i z czym się oswoił, zablokowany przez przyzwyczajenia i rutynowe reakcje, wysyła nieraz do mózgu oryginalne polecenia, choć niechętnie.

Na szczęście umysł nie jest programem, a mózg komputerem cyfrowym. Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia jedynie z beznamiętną maszynką do przetwarzania informacji. Czymże w końcu jest typowy komputer, nawet w wydaniu super, w porównaniu z półtorakilową bryłą tkanki nerwowej? Zimnym, kanciastym urządzeniem, zdecydowanie przyciężkim (waży około tysiąc razy więcej niż mózg), zbyt wielkim (ma objętość blisko dziesięć tysięcy razy większą) i łakomie energożernym (zużywa milion razy więcej energii). Nie będąc komputerem, nie wykonuje mózg zakodowanych rozkazów, lecz kreatywnie aktywuje synapsy, czyli połączenia międzyneuronowe. Jego możliwości w tym względzie są imponujące: dziesięć tysięcy bilionów połączeń nerwowych na sekundę. Gdyby takie zadanie postawić przed maszynami liczącymi, trzeba by użyć ich milion, nie mówiąc już o wielkiej ilości paliwa niezbędnego do normalnego przebiegu ich pracy.

I tenże mózg, tak wszechstronnie i sprawnie wspomagający umysł, ma wyraźne kłopoty, kiedy jako zadanie staje przed nim nieokreślone „nie-coś”. Nie-coś myślane, lecz niepostrzegane. Mózg, jako substrat umysłu pełniącego rolę systemu kontrolnego, umysłu nakierowanego na konkretne cele i w swym działaniu wykorzystującego nagromadzoną wiedzę, jest uzależniony od przyjętego modelu świata, pryncypiów aparatu pojęciowego, jakiemu przyszło mu służyć, wreszcie od języka, w którym się spełnia. Ów zniewolony mózg służący umysłowi uwikłanemu w gąszcz relacji, w jakim nie-wolny się porusza, każdy docierający do niego nowy fakt wtłacza w schemat związków wcześniej rozpoznanych i zaakceptowanych. Jeżeli nawet bywa na nie, to jedynie względem czegoś, co jako takie wcześniej zostało zaakceptowane.

Gdyby tak można znieczulić się na wcześniejsze bodźce wizualne i otworzyć na nieunikniony w takiej sytuacji szok (a)percepcyjny, wówczas dałoby się wszystko postrzegać i pojmować zupełnie od nowa – bez obciążeń wspomnieniami, bez zaszłości pamięci, bez ustawicznego dopływu impulsów zdeterminowanych posiadaną wiedzą.

Spojrzeć dookoła wolnym i czystym okiem – oto wyzwanie. Najpierw trzeba je zamknąć, by spróbować zapomnieć o tym, co wcześniej doznane. A potem patrzeć na wszystko tak, jakby widziało się świat po raz pierwszy, jakby dopiero teraz odbierało się niczym nieskażone wizualne bodźce, jakby kształty, barwy, linie i plamy jeszcze niczego nie znaczyły, jakby wyłącznie formą prezentowały swą obecność, jakby były znakami nieobciążonymi przyklejonym do nich znaczeniem, jakby czekały dopiero na (roz)poznanie: otwarte, przyjazne, gotowe – na obrazy absolutnie beziluzyjne. Czy jednak jest to możliwe? Marzenie przekonuje, że tak. Umysł, broniąc zgromadzonego bagażu, krzyczy, że nie. Lecz spróbować można. Spróbować trzeba. Co to za powitanie wiosny, kiedy trudno zapomnieć o zimie? A przecież chodzi o odrodzenie, o podjęcie próby odnowy z nieuchronną świadomością chwilowości i odświętności stanu, który osiąga się, kontemplując kwitnące wiśnie.

(Fragment wstępu pochodzącego z książki 7 od/za/słon iluzji autorstwa Jerzego Olka)

 

Prof. Jerzy Olek jest artystą, krytykiem i teoretykiem sztuki, którego działalność od wielu lat skoncentrowana jest na problemie iluzji. Zagadnienie to rozważał przede wszystkim w związku z przestrzenią, a właściwie przestrzeniami. Interesuje go nie tyle tradycyjna wersja problemu, gdzie wierne przedstawienie czegoś powoduje, że pozór łączył się z rzeczywistością podwajając ją, a sytuacja, w której iluzoryczne zwielokrotnienia wywołują niemożność rozpoznania pierwowzoru otwierając przed nami nowe wymiary istnienia/ nieistnienia. Wielomedialny cykl prac artystycznych Bezwymiar iluzji to rozpoznawanie tych kwestii, podsumowywanych potem w publikowanych rozprawach teoretycznych. W nowej książce 7 od/za/słon iluzji Jerzy Olek chce zastosować inną strategię. Tekst nie tyle ma być podsumowaniem doświadczeń plastycznych, a tym, co wywoła pola refleksji, które z kolei zainspirują twórczość artystyczną. We wprowadzeniu pisze: „Destrukcja języka bywa odświeżająca. Daje szansę niespodziewanemu”. Kolejne rozdziały, gdzie słowo „iluzja” pojawia się w nieoczekiwanych złożeniach, to właśnie takie prowokowanie nieznanego. Odniesienia do poglądów filozoficznych i dokonań artystycznych uwzględniane w książce uruchomić mają ten proces – tak o twórczości Jerzego Olka wypowiedział się Grzegorz Sztabiński.

 

Dodaj odpowiedź