Dźwięki drugie

0
678

Nasi i tamci

W ostatnich latach co najmniej kilka polskich czasopism akademickich i popularnonaukowych poświęciło numer muzyce bądź dźwiękowi. Do tego grona dołączyły niedawno „Teksty Drugie”, które nie raz wytyczały kierunek rozwoju krajowej humanistyki. Z uwagi na status pisma samo wydanie audiocentrycznego numeru „T2” można czytać jako spóźnione potwierdzenie nieodzowności dźwięku na naukowych salonach, szkoda więc, że lektura zeszytu pozostawia silny niedosyt. Sound studies jawią się jako domena nużąca, wymuszona, czasem wręcz prymitywna, przy czym numer jest wyraźnie pęknięty: na jednej połowie grają rodzimi autorzy, na drugiej zagraniczni. To podział nie tylko umowny; wiąże się z diametralnymi różnicami zarówno w podejściu do samego dźwięku, jak i w rozumieniu jego znaczenia wśród nauk o człowieku i życiu.

Na tle Rolanda Barthes’a, Salomé Voegelin i Mladena Dolara Polacy wypadają nadzwyczaj blado. Nie wymagam dorównania pisarskiemu kunsztowi Barthes’a (choć czemu by nie?), zastanawiam się jednak, dlaczego w zestawieniu z tekstami napisanymi w ostatnich miesiącach szkic sprzed dekad wydaje się postępowy. To nie może być tylko kwestia stylu, choć i on odgrywa istotną rolę. Esej Voegelin nosi znamiona manifestu, w którym energicznie broni się pewnej metodologii percypowania w dźwięku. Mladen porywa trochę mniej, ale jego książka (polskie wydanie niebawem) kreśli nowatorski obraz dźwięku jako podstawowego składnika dystrybucji władzy. Cała trójka traktuje dźwięk jako oczywisty temat humanistyki, nie stroniąc jednocześnie od jego propagowania za pomocą uwodzącej retoryki.

W odróżnieniu od polskich autorów Barthes, Voegelin i Mladen nie próbują dźwięku „wprowadzać”, zmieniając tym samym w pojęcie bądź paradygmat. Koncentrują się na działaniu, jasno zaznaczając wagę tego, co słyszalne, w refleksji nad ciałem, biopolityką, codziennością. To znamienne, że w całym numerze – zatytułowanym Audiofilia – tylko Barthes pisze o piosence, tylko Voegelin (starsza wykładowczyni) wspomina o noisie, tylko Dolar pisze o ludziach – masie i formujących ją jednostkach. Teksty zagranicznych autorów mają tę dodatkową zaletę, że niełatwo je streścić. Dolar jest jeszcze dość klarowny, ale Barthes i Voegelin meandrują, wciągając czytelnika coraz głębiej, tak że po zakończeniu lektury ma się ochotę przeczytać ich „ciemne” wywody raz jeszcze. Nie po to, by czegoś się nauczyć albo wynotować, lecz – zrozumieć.

Z „naszymi” odwrotnie. Teksty roją się od przypisów i odniesień do pozycji obcojęzycznych, które autorom zdarza się mimochodem recenzować w toku właściwego wywodu, jak gdyby chcieli dowieść, że naprawdę je czytali. „Tam” dyskurs poświęcony dźwiękowi może pozwolić sobie na dywagacje, „tu” – przeciwnie, dopiero rozpoznaje się przedmiot badań. „Tam” dźwięk jest tematem prymarnym, „tu” – sekundarnym, to znaczy odmawia mu się należnej suwerenności. To, co słyszalne, jest tematem może nie gorszego, ale na pewno drugiego sortu. Sprawdzi się jako kontekst lub pretekst do omówienia spraw naprawdę istotnych, ale wysunięcie go na pierwszy plan częstokroć okazuje się dla autorów audiofilicznego numeru „T2” zbyt ryzykowne.

 

X w Y

Serwis internetowy, który oferuje pracownikom kreatywnym nagrania kawiarnianego gwaru, to ciekawa inicjatywa, ale już tytuł tekstu Artura Szareckiego – Coffitivity: dźwięk, praca kreatywna i posthegemonia – chwyta kilka srok za ogon. Wygląda na to, że Coffitivity, wzmagające ponoć nieszablonowość myślenia, było dla autora jedynie wyszperanym na ostatnią chwilę spoiwem (jak łatwo się domyślić, nie bardzo trzyma). Dalej artykuł poświęcony niesamowitości dźwięku i jego roli w literaturze grozy, filmach i komputerowych survival horrorach. Trudno orzec, kto właściwie jest autorem artykułu Katarzyny Marak, skoro tekst jest niemal w całości parafrazą z Davida Toopa i powszechników wałkowanych w kulturoznawczych licencjatach: „X w Y”, „Dźwięk w filmie/grach/książkach” i tak dalej.

Równie złe wrażenie wywiera artykuł Andrzeja Hejmeja, który lata świetności ma wyraźnie za sobą. Książki i artykuły o relacji muzyka – literatura były potrzebne jeszcze dekadę temu, dziś wydają się anachroniczne. Zaproponowany przez Hejmeja neologizm – „skryptoralność”, a więc „rozumienie czynności pisania jako procesu transkrybowania głosu i świata dźwięków” – jest podręcznikowym przykładem pomysłu, którego nie da się, a przede wszystkim nie chce, aplikować. Autor może i słusznie zarzuca literaturoznawstwu monomedialność, ale snucie domysłów na temat tego, jak tekst brzmiał, kiedy był pisany, nie wydaje mi się najszczęśliwszym projektem poszerzenia akademickich horyzontów. Artykuł powinien był znaleźć się w jednym z poprzednich numerów „T2” (2015, nr 4: Performanse piśmienne). Widocznie Hejmej nie sprostał deadline’owi, ale skoro dodał na początku tekstu kilkadziesiąt przypisów do publikacji o dźwięku i audioantropologii, to nikt się nie zorientuje.

Teksty o audiobookach (Dominik Chomik), o dźwięku w dramatach (Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska) i poezji (Aleksandra Kremer) pomijam, bo – choć sprawnie napisane – nie mają wiele wspólnego z linią tematyczną numeru. Wygląda na to, że redakcji nie powiodło się zebranie interesujących tekstów, takich, które chciałoby się czytać i kontynuować na własną rękę poprzez polemikę bądź uzupełnienia. Albo też nie bardzo zrozumiano, czym właściwie są sound studies czy nawet tytułowa audiofilia, bo neutralne artykuły nie mają możliwości powiedzieć niczego (nowego) o miłości do dźwięku. Przez większość czasu miałem wrażenie, że czytam nie tyle „T2”, ile raczej „Muzykę”, gdzie regularnie publikuje się paramuzykologiczną watę w rodzaju Narracyjnych właściwości muzyki Philipa Glassa (por. 2015, nr 1).

 

Po co sound studies?

Sprawę ratują teksty Dariusza Brzostka, Justyny Tuszyńskiej i Roberta Losiaka, choć i tutaj nie obywa się bez zastrzeżeń. Szkic Brzostka – przynajmniej do pewnego momentu – wywiązuje się z oczekiwań wobec artykułu otwierającego numer. Mamy tu chwilę zastanowienia, co to właściwie znaczy sound studies i skąd się one wzięły. Mamy klarownie zaznaczoną opozycję między okiem a uchem jako narzędziami oraz przedmiotami badawczego wglądu. Zarysowanie historii ich przewartościowań w roli modelu poznania sprawia, że wizualia i dźwięk nie są tylko pustą opozycją. Mamy też zdanie, które powinno było wyznaczyć kierunek całemu numerowi: „A jednak refleksja wyrastająca z sound studies najciekawsze efekty przynosi wtedy, gdy porzuca wyraźnie zdefiniowane obszary badawcze i metodologiczne procedury, by skupić uwagę na samym fenomenie słuchania oraz tożsamości i konstytucji poznawczej słuchającego podmiotu”. Szkoda, że pod koniec tekst zmienia się w recenzję jednej z przeczytanych przez Brzostka książek. Zdaje się, że to jeszcze jeden – obok tekstu Hejmeja – przejaw pośpiechu, z jakim wypuszczono numer.

Zamiar wyrażony w podtytule tekstu Brzostka – O potrzebie sound studies – nie zostaje spełniony. Z „T2” nie dowiemy się, dlaczego współczesna humanistyka miałaby interesować się dźwiękiem. Pozostaje on domeną peryferyjną, gromadzącą pasjonatów i dziwaków, zaczytanych w publikacjach branżowych, skupionych na przyswojeniu albo wypracowaniu profesjolektu. Na antologię dźwiękową w ramach serii „Nowa Humanistyka” nie ma jeszcze co liczyć, przynajmniej dopóty dopóki teksty takie jak Dźwięki natury a sztuka dźwięku. O rozumieniu reprezentacji w fonografii pozostawać będą wyjątkiem od reguły. Justyna Tuszyńska, bo o jej artykule mowa, jako jedyna w numerze zajęła się kwestią jeszcze nieopisaną i bardzo intrygującą. Autorka nie tylko sięga po konkretne field recordings (m.in. Lionela Marchettiego, Suzanne Ciani, Chrisa Watsona), ale przede wszystkim pisze o nich jako o nie(d)ocenionym temacie transmedialnej humanistyki, realizując w ten sposób założenie, którego numerowi jako całości nie udało się wypełnić.

Tuszyńska rozgrywa nagrania polowe w kontekście fonogeniczności (auralny odpowiednik fotogeniczności), teorii fotografii czy rozważań M.P. Markowskiego o mimesis. Sound studies nie są w jej wykładni ubogim krewnym teorii literatury czy studiów ikonograficznych, lecz ich pełnoprawnym partnerem. Podobne przeświadczenie wyraża Robert Losiak w tekście poświęconym malowniczości pejzażu dźwiękowego. „Doświadczenie słuchania świata” jest dla niego „nie tylko przeżyciem estetycznym (…), ale aktem egzystencjalnie ważnym, upewniającym nas w istnieniu rzeczywistości, która wydaje się w tej właśnie chwili wychodzić nam naprzeciw”. Losiak kładzie nacisk na problematykę, która dla większości autorów numeru pozostała zakryta. Mam na myśli kwestię kontaktu z rzeczywistością, zwłaszcza z realiami samych sound studies, które rozwijają się w takim tempie, że wywody o roli dźwięku w poezji są po prostu nie na miejscu.

 

Dźwięki drugie

„Będę oceniał wykonania nie według reguł interpretacji, przymusów stylu (wysoce zresztą zwodniczych), (…) lecz według danego mi obrazu ciała (postaci)” – pisze Barthes (237). „Krytyka musi zaangażować się w działania afektywne, by oddać sprawiedliwość dziełu usłyszanemu, a nie dziełu, które wynika z jego «właściwego» odczytania – zgodnego z wiedzą i oczekiwaniami” – pisze Voegelin (272).

Ponownie przywołuję tę dwójkę, bo tylko u nich można przeczytać zdania poświęcone krytyce dźwięku/muzyki i ogólnie aksjologii. Dźwięk, taki jak się go prezentuje w „T2”, przeważnie stoi poza oceną. Redakcja wygospodarowała miejsce na tematy ledwie powiązane z sound studies, w tym samym czasie pomijając sprawy o wiele ważniejsze, związane z praktyką słuchania i dzielenia się wrażeniami z dźwięków (na piśmie i w żywej mowie). W horyzoncie polskich badań nie pada ani słowo o rozumieniu czy czuciu, brak wzmianek o afektywnym podłożu słuchania. Krajowi autorzy stronią od tych tematów albo zwyczajnie je prześlepiają, co tym bardziej zabawne, że w numerze opublikowano rozbudowaną, eseistyczną recenzję książki piętnującej takie właśnie podejście (Przeciw muzykologii niewrażliwej Macieja Jabłońskiego). Na chwilę obecną „co” jest dla nich bardziej istotne od „jak”. Trudno o lepszy dowód na to, że dźwiękowy numer „T2” został wydany przedwcześnie.

Przyczyny można by, rzecz jasna, upatrywać w czynnikach zewnętrznych związanych z cyklem wydawniczym, wydaje mi się jednak, że sprawa jest poważniejsza. Z nonszalanckiego wstępniaka Jakuba Momry można wywnioskować, że sound studies już się w sumie kończą. Nic dziwnego, jeśli sięga się po tak ograne chwyty z repertuaru filozofa muzyki jak Russolo, „szumy, zlepy, ciągi”, Attali, Adorno, Cage etc. (Quignarda wybaczam). Dźwięk okazał się dla „T2” jeszcze jednym „sarmatyzmem” czy „piśmiennością”, następnym płytkim i niesystematycznie opracowanym zwrocikiem, którym redakcja niby się entuzjazmuje, ale w głębi ducha nie wierzy, że ktoś to wszystko – tę całą humanistykę – wciąż jeszcze bierze serio.

Kiedy próbuję na własny użytek zdefiniować sound studies, myślę o nich jako o refleksji nad wpływem dźwięku na udział człowieka w świecie. W tej roboczej definicji człowiek jest jednostką, o której doświadczenia typologie i paradygmaty muszą się nieuchronnie rozbijać. Nie dlatego, że są puste bądź zbędne. Mają do odegrania istotną rolę jako punkty wyjścia lub oparcia, ale ograniczywszy się do nich, nie dotrzemy do prawdy, która pozostaje subiektywna (do prawdy o subiektywności prawdy też trzeba zresztą dotrzeć czy też dojrzeć). Sound studies nie powinny w moim odczuciu dążyć do uzgodnienia jakiegoś modelu badawczego. Audiocentryczny zeszyt „T2” zdaje się jednak napędzać potrzeba konsensusu, który pomógłby wyznaczyć ramy badań, tak jakby sam dźwięk i pisanie o nim miały – zanim jeszcze na dobre się nimi zajęliśmy – zostać możliwie prędko poddane parametryzacji, umożliwiającej ocenę zakresu ewentualnego wsparcia ze strony instytucji.

Sound studies, kiedy tak o nich myślę, odłożywszy już poświęcone dźwiękowi „Teksty Drugie”, powinny być wspólnotą badawczą opierającą się na różnicach, które przekraczają kognitywne uwarunkowania gatunku. Jesteśmy wyposażeni w te samy zmysły, odmiennie jednak z nich korzystamy. Zagadnienie stylu, w jakim percypujemy w świecie – każde z nas z osobna, jako konstelacje doświadczeń, wrażeń, pamięci – zmierza w stronę odwiecznej nemezis humanistyki, czyli „ja”, akcentu autobiograficznego. Nie da się, moim zdaniem, pisać – o dźwięku, ale też w ogóle – zarazem dobrze i stricte naukowo, to znaczy pod dyktando oczekiwań, jakie wobec nauk o człowieku żywią niezanurzone w ich specyfice technokratyczne instytucje. Sednem nie są nowe terminy, pojęcia, nie chodzi o rzeczy do wynotowania z myślą o prezentacjach i skryptach, lecz o nowe przeżywanie dźwięku, bo też i szanse na jego przeżywanie są inne niż dotychczas.

Chyba jeszcze trochę się boimy, że dźwięk, jakieś tam słuchanie czy nagrywanie, nie zyska uznania, że nie będzie to – „to”, czyli nasze życie zmysłowe i wewnętrzne, bo doznania przepracowujemy, nie tylko ich doznajemy – dość „konkretne”, by przekonać mecenasów, redakcje, decydentów. Dźwiękowe „T2” z jednej strony dowodzą słuszności tych obaw, z drugiej – motywują do ich przełamywania. Czekam na odkrywcze i osobiste teksty polskich autorów o dźwięku. To naprawdę da się pogodzić.

 

„Teksty Drugie” 2015, nr 5: Audiofilia.

 

 

 

Dodaj odpowiedź