W blasku czarno-białego słońca

0
671

Tegoroczne Oscary najdobitniej uzmysłowiły mi, że stworzenie dobrego filmu popularnego, opowiadającego o zamierzchłych czasach kina jest rzeczą arcytrudną, jeśli nawet nie karkołomną. Zwłaszcza gdy trawestuje się jego zmurszałe konwencje, charakterystyczne dla szeroko pojętego kina klasycznego. Mam tu na myśli tego rodzaju narracje, które traktują o sławetnej przeszłości X muzy i o niczym więcej. Rozumiem, że Artysta (2011) miał być hołdem złożonym filmowi niememu poprzez zawarte w nim kopiowanie nadekspresyjnie okazywanych uniesień zakochanych bohaterów, zwieńczonych bezdźwięcznym pocałunkiem; perłowego uśmiechu Rudolfa Valentino; czy wreszcie reguł opowiadania, służących wzbudzeniu uczucia nostalgii za minionymi, oczywiście lepszymi czasami oraz sztucznego wykreowania magii,  którą niewątpliwie odznaczało się niegdysiejsze kino. Odbywa się to niestety bez zajęcia jakiegokolwiek wobec niego stanowiska i wydaje się raczej efektem nieporadności Michela Hazanaviciusa, niż wyznawanej miłości do filmu niemego.

Nie zagłębiając się jednak zanadto w meandrach motywacji reżysera Artysty, chciałbym się skupić na grupie ulubionych filmów gatunkowych, które każdy z nas z pewnością posiada, pokrytych dodatkowo grubą warstwą patyny czasu. Obejrzane po raz pierwszy, ujmowały nie jednego widza, odznaczającego się choć odrobiną słabości dla idealistycznych przedstawień protagonistów tych tekstów kultury popularnej, jak i ich działań. Niejednokrotnie opowiadały one również o przeszłości kina. Z tej grupy filmów moimi faworytami są przede wszystkim Bulwar zachodzącego słońca (1950) i Deszczowa piosenka (1952).

Pierwszy z nich stanowi dla mnie esencję wszystkich własności, jakie powinny cechować filmowe arcydzieło złotej ery Hollywood. A podobnie jak Deszczowa piosenka, jest to przecież w dodatku autotematyczna historia o kulisach funkcjonowania fabryki snów. Któż by się mógł oprzeć czarowi, jakim emanuje postać grana przez Glorię Swanson, kiedy mówi: „ja jestem wielka, to kino zrobiło się małe!”. Brak w niej choćby cienia dystansu tak do samej siebie, jak i narracji, którą sobie stworzyła wokół czasów, gdy święciła triumfy na ekranie. Iście dionizyjska postać, która pomimo że ma już 62 lata, w ogóle się nie zestarzała. Cechuje ją niezwykły splot nieskrywanego megalomaństwa i świadomości, że jest się reliktem minionej epoki; że nigdy już się nie zagości w umysłach masowej widowni, nie stanie się gwiazdą. Bulwar jest filmem wspaniałym przede wszystkim ze względu na to, że z aptekarską dokładnością wyważone zostały w nim dwa dialektycznie przenikające się pierwiastki: dystansu i zaangażowania. Dystansu rozumianego jako analiza procesu ponownego tworzenia się mitu gwiazdy kina, po jej uprzednim upadku z firmamentu. Zaangażowanie natomiast zostaje uosobione w bohaterce granej przez Glorię Swanson. Kryje się także w dojmującym wrażeniu, że ów film, pomimo iż koncentruje się na postaci skrajnie skarykaturyzowanej, przeegzaltowanej, słowem kliszy, to jednak opowiada o niej bez cienia ironii. Jak rzekłby Nietzsche z niechęcią, w tym dziele Apollo brata się z Dionizosem jak nigdy.

 

                                                              Bulwar zachodzącego słońca, kadr z filmu

 

Deszczowa piosenka z kolei przenosi widza w czasy schyłku ery kina niemego. Z charakterystycznymi dla musicalu humorem i lekkością, zaklętą w tym filmie w zwiewnych krokach i cyrkowych akrobacjach Gene’a Kelly’ego w prawdziwie bajeczny sposób, i z przymrużeniem oka, ilustruje między innymi problemy, które dręczyły producentów w tym przełomowym dla kina momencie. Twórcy Deszczowej piosenki w nie tak znowu licznych scenach potrafili uchwycić ich istotę, kształtując wyobrażenie widza o erze przełomu dźwiękowego. A sam Gene Kelly? Marzenie. Upostaciowiona ambrozja. Zawsze kiedy myślę o latach 50., to przypominam sobie Franka Sinatrę i Gene’a Kelly’ego właśnie, skąpanego w technicolorowych barwach, który bryluje na ekranie pełen witalności. Przestrzeń nie jest dla niego żadnym ograniczeniem. I te kolory! Dziś technicolor uchodzi za technikę passé, jednak czy na przykład Czarnoksiężnik z krainy Oz (1939) byłby tym samym filmem bez tych baśniowych, nierealnych odcieni? Może to i dobrze, że największe arcydzieła musicalu dawno już powstały. Kto potrafiłby stworzyć dzisiaj coś równie rozkosznego, i kto by chciał to potem oglądać?

W moim odczuciu to, co w kinie najpiękniejsze, w czym skrywa się jego magia, to siła konwencji filmowych gatunków. Wszyscy doskonale wiemy, jak skończy się sztampowy melodramat czy western, a mimo to niektórzy z nas wciąż zasiadają przed srebrnym ekranem czy monitorem komputera, by je ponownie obejrzeć i dostać dawkę znanych nam emocji. To jest właśnie dystynktywna cecha kina, odróżniająca go od innych sztuk. W filmie gatunkowym nie tyle istotny jest temat, który miałby sprowokować widza do intelektualnego namysłu, a pewne jego powtórzenie, spełniające ogólną potrzebę człowieka w kontakcie ze sztuką, ponowne usłyszenie ulubionej melodii. A jak wiadomo, to właśnie kino klasyczne pełne jest klisz, konwencjonalnych i ogranych chwytów. Czy paradoksalnie nie jest tak, że im większą posiada się świadomość i znajomość reguł rządzących filmowym opowiadaniem, tym chętniej się ogląda stare filmy i zatapia się w ich ckliwościach, delektując się naiwnościami? Największe triumfy kina popularnego, rozpatrywanego jako fenomen społeczny, już bezpowrotnie minęły. Warto jednak czasem przypomnieć sobie filmy hollywoodzkie, na których pełne sale wzdychały do Rity Hayworth, czy śmiały się do rozpuku, oglądając gagi braci Marx. Ktoś mógłby potępić takiego widza za obcowanie z czystym nierzadko kiczem, za poddawanie się eskapizmowi. Po pierwsze, byłby to pogląd niezwykle krzywdzący te teksty kultury, gdyż badacze nierzadko odkrywają w nich ukryte znaczenia. Po drugie, złota era kina hollywoodzkiego była jednym z etapów rozwoju X muzy i stanowi ilustrację procesu jej ewolucji, prowadzącej do powstania kina artystycznego na przykład spod znaku francuskiej Nowej Fali. Po trzecie wreszcie, nawet jeśli mamy do czynienia z melodramatem klasy B, a z kolejnych obrazów roztacza się niczym nieskrępowany kicz, to czy nie jest tak, że każdego z nas ujmuje choć jeden z jego rodzajów? Jak pisał Gadamer, kicz z założenia operuje swojskością, nie budzi lęku poznawczego, więc powinien działać na wszystkich. Tak się na szczęście nie dzieje, bo możemy się wobec niego dystansować. Mnie chodzi jednak o coś innego. Czy wśród naszych ulubionych tekstów kultury nie gości zawsze chociaż jeden, do którego niechętnie się przyznajemy, bo jest on od początku do końca kiczowaty?

Tegoroczne Oscary minęły pod znakiem nostalgii. Większość nagrodzonych filmów opowiadała o przeszłości kina lub po prostu o starych czasach, rzecz jasna wspanialszych i barwniejszych. Czy istnieje jednak sens ponownego realizowania filmu niemego w niezmienionym kształcie? Sztuczne wykreowanie sentymentu za niegdysiejszym kinem sprawia, że cały jego czar gdzieś pryska. Oto sztuka dla sztuki w najgorszym wydaniu.

Dodaj odpowiedź