Historie na zamówienie. Street art słowa

0
57

Od wielu lat uprawiam street art. Stoję na ulicy z tabliczką: Opowiadam historie, za darmo. Wymyślę historię specjalnie dla ciebie”.  Chętnym tłumaczę, że na początek  mają mi dać jakieś słowo, jedno słowo, bo to wokół niego osnuję opowieść.  „W ten sposób będziesz pewien, że tej historii nie zna nikt na świecie oprócz ciebie”, mówię.  Historia jest zawsze krótka, trzy-czterominutowa i konkretna,  z akcją i bohaterami. Wymyślam historie na poczekaniu w trzech językach: po polsku, francusku i rosyjsku. Byłam już opowiadaczką na jarmarkach na Podlasiu, w Odessie, na Madagaskarze,  na warszawskich garażówkach, na targach w miasteczkach Prowansji.

Dawno, dawno temu –  to dosyć banalny początek historii, ale niekiedy pasuje jak ulał – pewna dziewczyna stanęła nocą na wzgórzu, skąd rozciągał się widok na kunsztownie podświetlone kamieniczki średniowiecznego miasteczka Vézeley, i tupnęła nogą: Nie! Nie! Ja dłużej tego nie zniosę!

Znieść nie mogłam bezwstydnej urody architektury, która, stworzona przez człowieka, trwa dłużej niż człowiek. Mnie wcześniej lub później zakopią w ziemi, a takie miasto będzie sobie w najlepsze stać? Czysta bezczelność! Fakt, że martwe, wytwór ludzkich rąk, żyje dłużej niż ręce, które je stworzyły, wydał mi się okrutnym paradoksem, krzyczącą niesprawiedliwością. Chciałam sztuki na moją miarę – przemijającej i śmiertelnej. Najlepiej takiej, która niczemu nie służy i znika w momencie powstania. Mój bunt był z tych wewnętrznych. Nie wysilałam szarych komórek w nadziei, że zrodzę jakąś koncepcję. Niby jaką? Zresztą, co ja mogłam? Nie byłam przecież artystką, tylko dziennikarką. Wszelako myśl o zrobieniu czegoś, co zaistnieje tylko przez chwilę, jak kornik wierciła zwoje.

(…)

 

Całość artykułu można znaleźć w aktualnym numerze „Fragile” 3 (33) 2016: IMPROWIZACJA.

Dodaj odpowiedź