O książce o Polakach na Brooklynie

0
58

W latach 90. to był spory temat, Szczęśliwego Nowego Jorku, Natalia w Bruklinie, książki, artykuły, a przede wszystkim historie powywracane po piętnaście razy i to stereotypowe gadanie, że ona to u Żyda pracuje, a przecież studia skończyła, że on drzwi ludziom do windy otwiera, może nawet Czarnym, i pije, że ona się puszcza i każdy, kto bez rodziny pojechał, to tam na pewno ma drugą i jeszcze dwie kochanki. Nie pochodzę z Łomży, spod Łomży czy z Rzeszowa, nie widziałam w dzieciństwie za oknem traktorów i samochodów pokupowanych za dolary ani pobudowanych za nie domów z garażami. Ale ktoś tam gdzieś w okolicy wygrywał zieloną kartę, ktoś miał tatę w Chicago, ktoś ciocię w Nowym Jorku, ktoś się zastanawiał, czy pojechać, bo kuzyn na Greenpoincie. Emigracja do Ameryki to był przez lata w Polsce gruby mit, tyle że ja byłam mała i w ogóle się nad tym nie zastanawiałam, na ślepo przyjmując wszystko to, co się o niej mówiło.

Ewa Winnicka przekopała się przez tony źródeł i w książce Greenpoint. Kroniki Małej Polski ten mit i jego miejsce opisuje. Historyczną opowieść przeplatają relacje ludzi. Te z XIX i pierwszej połowy XX wieku pochodzą z dzienników, listów, pamiętników, te późniejsze z rozmów autorki. Swoim bohaterom oddała głos, bez ocen, bez komentarzy, za to z wielkim szacunkiem i to stanowi o sile tego reportażu. Podpisała ich imionami i datami wyjazdu na emigrację i pozwoliła mówić swoimi polskimi gwarami, wkładać w zdania amerykańskie zapożyczenia, gramatyczne i stylistyczne dziwactwa albo emigranckie słowotwórstwo typu „truck garbedziowy”. Opowiadają o harówce po szesnaście i więcej godzin na dobę w fatalnych warunkach i o mieszkaniach, w których gnieździ się po kilkanaście osób w warunkach jeszcze gorszych. O przerażeniu na widok tego, do czego przyjechali, nieważne, czy z zaborów, PRL-u, czy III RP, z miasta czy ze wsi; o rozpaczy i rozczarowaniu, syfie, nędzy, alkoholu, przemocy domowej, brudzie, smrodzie, ściąganiu azbestu, oszukujących pracodawcach, wrednych sąsiadach. Pracownicy fizyczni, robotnicy na budowach, sprzątaczki, sprzedawcy, policjant, założycielka biura matrymonialnego, właścicielka restauracji, właściciel domu pogrzebowego, właściciele sklepów, dziennikarz, żona właściciela klubu muzycznego opowiadają o strachu, zagubieniu, tęsknocie i samotności. Ludzie i ich historie, przez które stają się nam bliscy, i nie są już tą stereotypową masą, stereotypową Polonią.

Kiedy po raz pierwszy byłam w Nowym Jorku, to na Greenpoint pojechałam dopiero pod koniec pobytu i to tylko po to, by obowiązkowo zaspokoić ciekawość i iść dalej. Do Ameryki poleciałam szukać śladów lat 50. w barach Greenwich Village i lat 60. na szerokich drogach Arizony, poleciałam, by znaleźć Amerykę, a nie Polskę. Gdy wysiadłam z metra na stacji Greenpoint Av, to pierwszym, co zobaczyłam, była para mężczyzn z reklamówkami, którzy, klnąc polszczyzną, zastanawiali się, czy kupić jedną flaszkę czy dwie… Czułam się, jakbym sobie tę scenę sama wymyśliła, jakbym ją stworzyła po to, by móc o niej potem opowiadać: „ej, słuchaj, wiesz, pojechałam na Greenpoint i jest, jak mówili”, a ktoś mógłby twierdząco pokiwać głową i westchnąć albo popatrzyć z niedowierzaniem, bo ta scena była przecież nieprawdopodobna i samej trudno mi w nią było uwierzyć. Jednak była prawdziwa. Tyle że to był 2016 rok, a ja byłam już duża i wiedziałam, że świat nie jest czarno-biały złożony z anionów i kationów. Wiedziałam, że ta scena jest czymś przypadkowym, miałam fart lub nie się na nią natknąć, ale w żaden sposób nie odzwierciedlała ona ani całego Greenpointu, ani całej Polonii. Poszłam do sklepu, kupiłam sałatkę makaronową i piwo, a potem usiadłam na skwerze. Siedziałam, jadłam sałatkę plastikowym widelcem, popijałam Lagunitas IPA i patrzyłam na tych mężczyzn, którzy już wracali ze sklepu z tymi swoimi reklamówkami, na te budynki, na ludzi, patrzyłam i myślałam, że niczym to się nie różni się od wszystkiego innego w tej Ameryce, w tym Nowym Jorku. Ot, dzielnica jak dzielnica.

Michał Nogaś w wywiadzie z Winnicką dla „Gazety Wyborczej”[1] przytacza list czytelniczki, która mieszka w Nowym Jorku od 2004 roku i uważa, że Winnicka opisała krzywdzący amerykańską Polonię mit. Tyle że to sami Polonusi opowiadają o tym, jak przez lata życia w USA unikali uczenia się języka angielskiego. Unikali jeżdżenia metrem, ponieważ nie wiedzieli, jak. Rzucali na prawo i lewo „pedałami”, „żydowinami”, „czarnuchami” czy „kakroczami” na Portorykańczyków, którzy mieszkali obok, ale nigdy razem, bo na Greenpoincie mieszkali wyłącznie biali (jak w tytule wywiadu). Wielu uniknęło też postawienia stopy na Manhattanie. Jedna z bohaterek książki mówi o tym, jak miała jechać na Manhattan i szef dawał jej instrukcję, jakby ją co najmniej nago w nocy podczas strajku policji na Bronx wysyłał. „Nikt mnie nie zaczepił, ale zrozumiałam, dlaczego wiele osób z Greenpointu nigdy nie było na Manhattanie. Uważały, że zginą” – powiedziała. Można się zastanawiać, skąd taki strach w ludziach, którzy przebyli blisko siedem tysięcy kilometrów, by tam przez jakiś czas, a często już zawsze, wieść swoje życie.

Może stąd, że jechali tam jak do miasteczka obok. Warunki były gorsze, ale było jak w kraju i wielu poza ten kraj nie wyszło. Polacy faktycznie stworzyli sobie na tym Greenpoincie Małą Polskę. Była to Polska w wersji mini, w której polskie cechy jej mieszkańców rosły do wersji maxi, a całość od Polski właściwej różnić miały jedynie zarobki. Reszta, czyli jedzenie, picie, zwyczaje i rozmowy miały możliwie najbardziej przypominać dom. Tak to chyba widzieli. „…syrop z Polski. Polska zagęszczona, ale słabo rozpuszczająca się w nowojorskim roztworze” – jak pisze Winnicka. Polacy żyli na Greenpoincie jakby w enklawie odciętej od świata, zdawałoby się, że samowystarczalnej.  Ale nie byli samowystarczalni, bo przecież byli częścią większego, amerykańskiego systemu, tyle że unikali udziału w nim. Widać to choćby na przykładzie polonijnych organizacji. Mieli ich najwięcej ze wszystkich, ale nie mieli ani reprezentantów w miejskich instytucjach, ani nikogo, kto postarałby się dla nich o jakieś korzyści, które stawały się udziałem innych mniejszości. W opowieściach jest za to dużo o tym,  że na emigracji Polak Polakowi wilkiem i w tych związkach, fundacjach, uniach i stowarzyszeniach żarli się nie gorzej niż przywódcy powstań narodowowyzwoleńczych. „Jakoś w konflikcie żyje się lepiej” – podsumował opowieść o sąsiedzkiej kłótni na Greenpoincie jeden z rozmówców reporterki.

Pamiętam taki rysunek satyryczny, na którym małpa śmieje się z człowieka, że ten jest jedynym gatunkiem na Ziemi, który płaci, by na niej żyć. Jak kopać i kopać do sensu, to zawsze dokopiemy się do pieniędzy, prawda? Niektórzy ludzie pojechali do Ameryki po przygodę, ale wiadomo, że większość po dolary. Byli tacy, co dali radę, pionierskim szturmem wdarli się do Ameryki i siłą wydarli sukces. Uczyli się angielskiego, robili dyplomy, harowali w pracy i na zajęciach, by coś osiągnąć, a potem kupowali domy, wynajmowali je, otwierali bary i restauracje, organizowali wydarzenia kulturalne, zakładali gazety, sklepy, firmy i agencje. Dziś wielu z nich odpoczywa na bogatych emeryturach na Florydzie czy w Pensylwanii. To nie mit, to ciężka praca, emigranckie samozaparcie i podążanie nie tylko za pieniędzmi, ale także pewnie za marzeniami. Plus szczęście, bo gentryfikacja Greenpointu i wzrost cen nieruchomości też zrobiły swoje.

Potem byłam na Greenpoincie jeszcze kilka razy. Polubiłam go, bo polubiłam Brooklyn, ale nie był on dla mnie Little Poland, a po prostu młodszym rodzeństwem hipsterskiego Williamsburga, z którym zlał się w całość, a ja nie wychwytywałam między nimi granicy. Dzielnica z serialu Girls, ludzie w ciuchach ze thrift store’ów, fancy knajpy z kraftami i wymyślnymi kawami, polskie restauracje, ale też włoskie czy wietnamskie, hand made srand made i drogie Airbnb. Pojechałam tam po prostu za późno i nie znalazłam Polski na Greenpoincie. Znalazłam ją w 2019 roku na Ridgewood. Wszyscy mówili i pisali, że tam poprzenosili się Polacy, których nie było już stać na Greenpoint. Małe, szeregowe domki, plakat reklamujący koncert Piotra Rubika, polskie deli opakowane w narodowe barwy, godło i wszystko w biało-czerwone.

Greenpoint. Kroniki Małej Polski Ewa Winnicka zbliża się do czasów dzisiejszych, ale zajmują one jedynie końcówkę książki, bo to już chyba początek zupełnie innej historii, którą może kiedyś ktoś opisze. Tymczasem mamy tu reportaż o Polakach w tej pięknej i okrutnej Ameryce, którą wraz z milionami innych emigrantów też budowali. Świetny reportaż, który czyta się ciągiem i który rozbija wiele stereotypów, bo nawet jeśli jedne nasze wyobrażenia potwierdza, to jednocześnie pokazuje, że inne są mylne, i przede wszystkim robi z tego całego emigranckiego mitu po prostu prawdziwe opowieści istniejących ludzi. Winnicka opisała Greenpoint tak, że dziś wydaje mi się być miejscem fascynującym i wiem, że gdy następnym razem będę w Nowym Jorku, to pojadę znowu metrem G na stację Greenpoint Av, pochodzę i poszukam śladów dawnej Małej Polski.

[1] Ewa Winnicka, Mała Polska na Greenpoincie tym się różniła od całego Nowego Jorku, że mieszkali tam wyłącznie biali (wywiad przeprowadził Michał Nogaś), [w:] „Duży Format”, 2 sierpnia 2021.

Dodaj odpowiedź