Ktoś podkupił naszą podcastową rewolucję

0
99

Nie ma medium o większej sile rażenia niż podcast. Nie ma też medium, które przeszłoby równie gwałtowną metamorfozę. Genezy internetowych audycji można upatrywać w koncepcjach alternatywnego, pirackiego radia, lecz ich dzisiejszy status jest nawet bardziej komercyjny od filozofii przyświecającej tradycyjnym rozgłośniom. Formuła, która kiedyś kojarzyła się z celebracją ducha „Do It Yourself”, obecnie już nawet nie infiltruje głównego nurtu, a wręcz spektakularnie go przejmuje. Amator siedzący z mikrofonem w swoim garażu, dziś stał się istnym rekinem biznesu.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych narodziły się ruchy Autonomia i Mini FM , które zrzeszały lokalne społeczności pragnące nadawać własne treści na przekór transmisjom sponsorowanym przez rząd oraz reklamodawców. Jeden z najważniejszych przedstawicieli tego nurtu, artysta i filozof Tetsuo Kogawa organizował warsztaty, objaśniające partyzanckie metody konstrukcji osobistego nadajnika radiowego.

Wkrótce pirackie audycje stały się symbolem niezależnej twórczości. Miały podobną funkcję jak np. fanziny redagowane przez miłośników punk rocka. Zabierały zewnętrznym, wpływowym siłom możliwość kształtowania rzeczywistości i przekazywały kulturotwórczą władzę ludowi. Logiczną kontynuacją tej anarchistycznej polityki kulturalnej była idea podcastu, tzn. nieokrzesanej, nieprofesjonalnej formy przekazu stojącej w opozycji do szablonowości mass mediów.

Pomysł XXI wieku na dostarczanie autonomicznych treści został jednak szybko zakupiony przez Apple. W 2005 roku firma Steve’a Jobsa zajęła się dystrybucją kilku tysięcy podcastów   (w momencie, gdy czytacie ten tekst, liczba jest oczywiście znacznie większa). Był to pierwszy krok ku udomowieniu dzikiej bestii eteru. Od tamtej pory podcastową bezkompromisowość stopniowo rozmiękczała perspektywa komercyjnego sukcesu. Ową tendencję dostrzeżemy, gdy przesłuchamy dwa odcinki dowolnego, popularnego podcastu (np. „Joe Rogan Experience”, „The H3 Podcast” albo „WTF with Marc Maron”). Należy najpierw wyselekcjonować pierwszy, historyczny epizod i sparować go z tym najnowszym. Taka kompilacja na pewno wywoła dziwne wrażenie obcowania z dwoma różnymi programami.

Pierwsze sezony słynnych audycji zwykle mają nonkonformistyczny charakter. Są chropowate produkcyjne i merytorycznie. Odznaczają się realizacyjnym niedbalstwem, ale za to nie można im zarzucić koniunkturalizmu. Siła tych pierwotnych odcinków tkwi w ich wspólnotowej aurze. Bazują na improwizowanych rozmowach, na tyle bezpośrednich i przyziemnych, że kojarzących się z osobliwym spotkaniem w „rodzinnym” gronie.

Z kolei najnowsze odsłony wielkich podcastowych marek wydają się już wykwitem korporacyjnego rozumienia swobodnej wymiany myśli. Wykorzystują dobrodziejstwa postępu cywilizacyjnego po to, by ujarzmić efekty uboczne niekontrolowanej kreatywności. Posiłkują się narzędziami, które pozwalają na wyścigi z głównonurtowymi stacjami. Wyremontowane studia, celebrycka obsada, „spikerska” maniera to symbole kompletnej zmiany priorytetów.

W Polsce znajdziemy dwa internetowe miejsca konstruujące alternatywne scenariusze podcastowej ewolucji. Atrakcyjna utopijna idea niezależnego głosu w naszym komputerze wykiełkowała w Radiu Kapitał. To konglomerat audycji spełniający obietnicę złożoną dawno temu przez Kogawę oraz jego towarzyszy. Regularne odwiedzanie tej witryny prowokuje do postawienia serii pytań „co by było, gdyby”.

Co by było, gdyby wszystkie podcasty promowały cierpliwą wymianę zdań, zamiast dopasowywać się do tempa wymyślonego przez listę przebojów „30 ton”?  Co by było, gdyby wszystkie podcasty stawiały na dyskurs społeczno-polityczny uciekający od przewidywalności wielu krajowych rozgłośni? Co by było, gdyby wszystkie podcasty celebrowały głos obywatelski, a nie nagłaśniały celebrytów?

Na przeciwnym biegunie znajduje się natomiast newonce.radio. Warszawska rozgłośnia reprezentuje zdecydowanie dystopijną wizję. Forsuje wrażliwość teraźniejszej ery kompilacji – oddycha przebodźcowanymi playlistami, rankingami oraz dźwiękowymi kolażami złożonymi z szybkich wymian zdań i jednorazowych dowcipów. Newonce’owe podcasty podchodzą do problemów teraźniejszości z manierą ukształtowaną przez eskapistyczną filozofię poptymizmu. Przekładają efektowne opakowanie nad zawartość, niczym popowi artyści bardziej zainteresowani zręcznością refrenów niż komentowaniem rzeczywistości. Zresztą trudno oczekiwać innego podejścia, gdy ponad połowę zespołu redakcyjnego tego portalu stanowią nazwiska wywodzące się z głównonurtowych mediów. Makłowicz, Wojewódzki, Woźniak-Starak to osobowości legitymizujące ideologię firmowych „casualowych” piątków. Popisują się luzem wyuczonym w akademii prezenterów, lecz ich mikrofonowa swoboda nie jest niczym więcej jak tylko odpowiednio ozdobionym towarem. Cóż z tego, że korporacja szczyci się rozpiętymi guzikami w polówkach, skoro i tak sprzedaje schematyczny, skomercjalizowany produkt równie banalny, jak biurowy garnitur?

Podcast wybrzmiewa melancholijną melodią straconej szansy. Patrząc na ten fenomen z szerszej perspektywy trudno nie myśleć o niespełnionych, rewolucyjnych marzeniach. Marzeniach, które mogłyby się ziścić w skali globalnej, gdyby tylko twórcy wykorzystali rosnące zasięgi do walki ze starym porządkiem.

Tymczasem czołowi podcasterzy kierują się innym sentymentem. Bardziej od radiowej rewolty kusi ich perspektywa dołączenia do gwiazdozbioru. Jest ona znacznie atrakcyjniejsza pod względem prestiżu oraz w kontekście finansowym. Teraźniejszy punkt odniesienia to znacznie częściej Obama ze Springsteenem, a nie John Peel.

W zeszłorocznym artykule dla „The Guardian” Miranda Sawyer stwierdziła, że podcast jest koncepcją zbyt „osobistą”, by została wchłonięta przez rynek. Pozwolę sobie jednak odwrócić tę tezę. Obecnie podcast stał się na tyle integralną częścią modelu biznesowego, że nie ma już szans na całkowity powrót do swej „osobistej” tożsamości.

Dodaj odpowiedź