Postsztuka w czasach postnatury. Z Dianą Lelonek rozmawia Natalka Dovha

0
127

Natalka Dovha: Twoje prace krążą wokół tematu wpływu człowieka na naturę. Na początku były to przede wszystkim fotografie, ale ostatnio wybierasz coraz dziwniejsze media: pokazujesz w galeriach wyciągnięte z lasu śmieci albo częstujesz ludzi przetworami z rokitnika. Czy masz poczucie, że tradycyjne formy sztuki już straciły moc?

Diana Lelonek: W obecnej sytuacji zagrożenia koronawirusem pierwsze, co zostało zamknięte, to galerie i instytucje, które prezentują sztukę. Zastanawiam się więc, co się stanie później z taką formą jej dystrybucji i obiegu. Już teraz wiemy, że czeka nas bardzo poważny kryzys. Dużo myślę o tym, jak mógłby wyglądać alternatywny system – bardziej otwarty, bardziej egalitarny, bardziej ekologiczny. Eksperymentujac z różnymi mediami, coraz częściej decyduję się na twórczość niematerialną, na przykład instalacje dźwiękowe. Wydaje mi się, że oparte na geście prace, niewymagające produkcji, a później wysokobudżetowego i emisyjnego transportu, będziemy w obliczu kryzysu klimatycznego, a zapewne również ekonomicznego i gospodarczego, jaki na pewno nas dotknie, robić coraz częściej.

ND: Twoje Center for Living Things (Centrum Rzeczy Żyjących) istnieje właściwie w dwóch formach. Tej materialnej, jako część Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, oraz wirtualnej – jako projekt fotograficzny prezentowany na stronie internetowej. Czy nadal zbierasz i dokumentujesz śmieciorośliny dla swojego parainstytutu?

DL: Ten projekt rozwija się od końca 2016 roku. Jego pewnego rodzaju podsumowaniem jest Dział Roślin Śmieciowych w poznańskim Ogrodzie Botanicznym, otwarty w zeszłym roku w ramach mojego doktoratu na Wydziale Intermediów w Poznaniu. Kolekcja instytutu cały czas się zmienia i poszerza w sposób naturalny. Mam na myśli to, że rośliny się rozrastają. Ja już nie wyciągam śmieci z nielegalnych wysypisk. Na razie pracuję nad atlasem, który mam zamiar wydać w tym roku. Będzie to zbiór wszystkich danych i wniosków, które powstawały w czasie realizacji projektu oraz dokumentacja całej kolekcji śmiecioroślin.

ND: Jak przekonałaś Ogród Botaniczny, by przyjął twoje okazy? Przecież to są chwasty, biedarośliny, z którymi na co dzień walczymy. Nie zachwycamy się nimi.

Diana Lelonek, Post-adidas Environment, fotografia obiektu znalezionego z cyklu Center For Living Things, 2017, dzięki uprzejmości artystki

DL: Jak każda podobna instytucja, Ogród zajmuje się zbieraniem próbek z różnych części świata, by pokazać ludziom, jak wygląda rosnąca w nich flora. Dziewięćdziesiąt procent powierzchni planety już zostało przekształcone i zanieczyszczone, więc to była tylko pewna aktualizacja spojrzenia Ogrodu, poszerzona o to, co się wydarza na nielegalnych wysypiskach. Tak naprawdę mamy do czynienia z nowym rodzajem środowiska, czyli habitatu. Przykładem może być porośnięty but z lasu, który nazwałam Post-adidas Environment.

ND: Ostatnio w warszawskim metrze widziałam plakat nowej atrakcji turystycznej z napisem: „Te palmy pokonały 10 000 km, żeby trafić do naszego ogrodu”. Ma to prawdopodobnie wzbudzać zachwyt. Ale już sama myśl o tym, jaki ślad węglowy zostawiły te okazy i ile będzie kosztowało ich dogrzewane i nawadniane życie, wywołuje raczej smutek. Może jednak taki śmieciogród jest właśnie tym, na co zasłużyło sobie społeczeństwo konsumpcji?

DL: Można na to patrzeć na wiele sposobów. I ta wielowarstwowość projektu zawsze mi się podobała. Rzeczywiście jest on krytyką nadprodukcji, a poniekąd także oskarżeniem „Zobaczcie, co się wydarzyło”, ale można w nim też dostrzec inne aspekty.

Z jednej strony zawsze ciekawiły mnie reakcje roślin na nową sytuację, sposób, w jaki adaptują odpady, poszukują dla nich nowych ról. Dzięki tym procesom niektóre przedmioty nadal pełnią funkcję użytkową, tylko już nie dla ludzi, a dla owadów, ptaków, roślin. Zanieczyszczone tereny i wysypiska są bardzo niebezpieczne dla wielu organizmów i część gatunków dużo na tym traci. A mszaki, które porastają kolekcje Center for Living Things, faktycznie bez problemu sobie radzą z oswajaniem różnych przedmiotów. Mogą rosnąć właściwie na każdej powierzchni, bo nie muszą się zakorzeniać.

Z drugiej strony, wyrzucone przedmioty same z siebie zaczynają się przepoczwarzać w coś, co jest podobne do materii organicznej, takiej jak kora, kamień czy ziemia. Butwienie pianki poliuretanowej przebiega inaczej i dłużej niż butwienie drewna, ale jednak ma z nim cechy wspólne. To jak działają przedmioty i ich siła sprawcza, jak zachodzi reakcja między nimi a różnymi organizmami, jak te kolektywy organizmów organizują sobie przestrzeń – to kolejny interesujący mnie wątek.

ND: Jakie gatunki roślin najczęściej adaptują i zawłaszczają nasze odpady?

DL: To w dużym stopniu zależy od środowiska. Są takie grupy roślin, które dobrze sobie radzą nie tylko na wysypiskach, ale też na ruinach, które są śladem po nieudanych inwestycjach lub postindustrialnych zdewastowanych gruntach. Są to grupy roślin ruderalnych – rosną tam, gdzie człowiekowi czy kapitalizmowi nie wyszło. To chwasty jako pierwsze pojawiają się w takich miejscach i tworzą tam przepiękne ekosystemy. Bardzo często mają one wiele właściwości zdrowotnych. Przykładem są takie zioła, jak krwawnik, bylica, pokrzywa itd. Zwróciłam na nie uwagę w projekcie Barbórka, który prezentowałam na tegorocznej wystawie Buona Fortuna w galerii Pastificio Cerere w Rzymie. Jedną z części mojej pracy stanowiła, do której przygotowania wykorzystałam
gatunki typowe dla terenów zamkniętych kopalni i innych upadłych inwestycji – rośliny porastające miejsca opuszczone przez ludzi. Pojawia się w niej aluzja do rodowodu węgla, który też bierze początek od roślin – pradawnych skrzypów, które – co ciekawe – wymarły wskutek globalnego ocieplenia. Nie byłoby skoku cywilizacyjnego, gdyby nie rośliny. Wyciągnięcie spoczywających w głębokich warstwach ziemi ciał pradawnej
flory i ich spalanie zaburzyło równowagę i cyrkulację materii, powodując kolejne – szóste już – wielkie wymieranie gatunków wywołane globalnym ociepleniem. Wszystko jest ze sobą ściśle powiązane, a nasze relacje z roślinami są głębsze i bardziej wieloaspektowe, niż nam się może wydawać. Jesteśmy częścią cyrkulacji materii.

ND: Już od dłuższego czasu w środowisku fotograficznym toczy się debata wokół wyestetyzowanych prac fotografów dokumentalistów, którzy pokazują biedę w sposób piękny. Twoje obiekty – hybrydy roślin oraz sztucznych obiektów – bardziej fascynują, niż odpychają. Czy ten sposób eksponowania nie jest pewnym rodzajem przyzwolenia na to, z czym w zasadzie walczysz?

DL: Kiedy pokazałam ten projekt w Szwajcarii, ludzie byli w szoku, bo u nich niczego podobnego nie można spotkać. Kiedy oprowadzałam po kolekcji w Poznaniu, pojawiało się oczywiście pytanie: „Czy nie możemy sobie nadal śmiecić, skoro ziemia wszystko pochłonie i natura sobie poradzi?”. To zdanie zawsze było początkiem dyskusji. Wystarczy jednak odpowiedni komentarz, by taka kolekcja poszerzyła świadomość. Z wielości podobnych pytań mogę też wnioskować, że sporo osób nie zdaje sobie sprawy ze skali zjawiska. W ramach projektu robiłam także panoramy 360º na wysypiskach i wyrzucałam je na Googlemaps. Teraz każdy, kto wpisze konkretną lokalizację, może je zobaczyć. Lasy i nieużytki wokół Warszawy są zasypane śmieciami – i są to nie tylko skutki działania pojedynczych osób, ale wręcz całych firm.

Center for Living Things mapuje zjawiska zarówno w skali makro, jak i mikro. Badając małe habitaty, które powstają na pojedynczych przedmiotach, oglądając je pod mikroskopem, zdokumentowaliśmy cząstki poliestrowe na powierzchni roślin. Co świadczy o tym, że relacje między śmieciami a roślinami są już na tym etapie mocno zawiązane.

ND: Zarówno w wielkich, jak i w małych miastach zdarza się nam napotykać nieużytki – miejsca, które z tych czy innych powodów straciły swoje pierwotne funkcje, ale nie zyskały jeszcze nowych. Zazwyczaj ludzie po prostu je mijają. Ale nie ty. W jednym ze swoich projektów badałaś teren byłego dworca autobusowego w centrum Cieszyna.

DL: Tak, to jest po prostu niesamowite, że gdy tylko się zaprzestanie używania jakiegoś skrawka terenu, od razu pojawiają się tam nowi, pozaludzcy mieszkańcy i organizują tę przestrzeń na swój sposób. Dzięki temu, że jakieś miejsce wyrwało się poza ramy planowania przestrzeni i nie zostało zagospodarowane, powstają niesamowite enklawy przyrody. Interesuje mnie też, w jaki sposób rośliny współtworzą lokalną przestrzeń, jak reagują na zachodzące w niej zmiany – to było głównym punktem wyjścia w projekcie Rozkwit, który realizowałam w 2016 roku w Cieszynie. Rośliny razem z nami budują nasze miasta, osiedla i dzielą z nami przestrzeń. Są zawsze gdzieś obok, w szczelinach chodnika, wszelkich pęknięciach, wszędzie, gdzie tylko zdołają zapuścić korzonki. Każde miasto jest przerośnięte podchodnikową i podasfaltową siecią kłączy i grzybni. Interesuje mnie też to, w jaki sposób rośliny używają terenów, których ludzie przestali używać. Równolegle z projektem Rozkwit prowadziłam też w Cieszynie
akcję towarzyszącą: w miejscach, które odnalazłam, a które były nieużytkami, terenami przechwyconymi przez rośliny, umieściłam tabliczki: „Pomnik przyrody”. Było to jedno z działań pod szyldem Center For Living Things. Chciałam w ten sposób zwrócić uwagę, że takie miejsca są niezwykle ciekawe i wartościowe. W Rozkwicie
podobnie jak w Barbórce, o której wspominałam wcześniej, oraz w innych projektach, takich jak choćby Liban i Płaszów – nowa archeologia – fascynuje mnie lokalna historia ludzi i roślin, tego, jak się wzajemnie przenikają. Jak bardzo są powiązane i wielowarstwowe. Jak ludzka historia wpisuje się w skalę geologiczną, w której zajmuje tylko krótką chwilę.

Diana Lelonek, Totem z roślin ruderalnych, widok instalacji podczas: „Wieczoru Miłości Międzygatunkowej”, 14.02.2020, Galeria Fundacji Pamoja, fot. Stan Barański, dzięki uprzejmości artystki

ND: Mieszkam tuż przy parku Sady Żoliborskie, gdzie od dłuższego czasu mieszkańcy walczą z miastem o to, żeby nie wycinać starych grusz i jabłonek po to, by nasadzić na ich miejsce klony i wierzby. Proponują też, by w razie konieczności wycinki zamieniać usunięte okazy na młode sadzonki drzew owocowych i pozwolić sadom żyć własnym życiem.

DL: Nam cały czas się wydaje, że koniecznie musimy się przyrodą opiekować, gospodarować ją, podcinać, kosić. Jeżeli coś jest zarośnięte, to wydaje się zaniedbane. Właściwie ciągle spotykamy informacje o wycinkach, na przykład ostatnio w Warszawie przeprowadzono je wzdłuż Wisły.

Niedawno natknęłam się na informację, że w Krakowie powstał projekt funkcjonalno-użytkowy rewitalizacji byłego kamieniołomu Liban. Mapowałam ten teren na potrzeby projektu Liban i Płaszów – nowa archeologia.

Kiedyś to był kamieniołom nieopodal obozu Kraków-Płaszów. Pracowali i ginęli tam więźniowie, więc jest to też teren silnie nacechowany historycznie. Znajduje się on prawie w centrum miasta, zaraz za Wisłą, na Podgórzu. Ludzie nie użytkują go od dłuższego czasu. Jest to dość specyficzna konstrukcja: wokół są i wysokie skały, i mocne obniżenie terenu. W tej dziurze w ziemi rozwinął się niesamowity ekosystem: niezliczone gatunki roślin, tysiące drzew, lęgowiska płazów, mnóstwo owadów. Ten teren już jest atrakcyjny, dokładnie w takiej formie, w jakiej się znajduje – nic więcej nie trzeba tam robić. Wystarczyłoby go ogłosić rezerwatem przyrody w środku miasta, objąć ochroną, uniemożliwić inwestycje. Nicnierobienie jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż gospodarowanie, zarządzanie, koszenie, ścinanie itd. Na takie nieingerowanie można też patrzeć jako na świetną inwestycję.

ND: Hałda rokitnikowa to jeden z twoich ostatnich projektów, który – jak się wydaje – najdalej odbiegł od sztuki. Można by go było odczytać jako próbę rebrandingu miasta Konin. Razem z wolontariuszami zebraliście rokitnik z terenów po kopalniach i przerobiliście go na sok.

DL: Hałda pojawiła się przed szczytem klimatycznym. Ten projekt miał poruszyć zagadnienie sprawiedliwej transformacji regionu węglowego i problem transformacji energetycznej, która w Polsce się nie odbywa, chociaż powinna. Hałda miała być trochę manifestem, trochę stawiać pytania: „Co dalej? Co po węglu?”. To była utopijna
inicjatywa oddolna, ale drzemie w niej potencjał realizacji.

Rokitnik jest wyjątkową na tych terenach rośliną. Nigdy by się w tym miejscu nie znalazł, gdyby tam wcześniej nie było odkrywki, gdyby nie wysuszono pól i jezior, gdyby się nie wydarzyła katastrofa ekologiczna, która doprowadziła do konieczności rekultywacji terenu. Rokitnik sobie bardzo dobrze radzi na takiej zniszczonej glebie i był masowo
nasadzany przez kopalnie. Zawiera się w nim cała historia regionu – to taki postapokaliptyczny owoc. Ale mój projekt stawia pytanie o przyszłość. Wyprodukowałam soki, żeby porozmawiać o problemach regionu, żeby je nagłośnić. Skoro już nic w tym miejscu nie zostało, tylko ten owoc, to spróbujmy go wykorzystać.

Trzeba zaznaczyć, że tytuł Hałda rokitnikowa może być trochę mylący. Nie zbieraliśmy owoców na hałdach, tylko na zwałowisku ziemi, które powstaje po odkrywce. Moje działanie miało formę symboliczną. Użyłam nieco kapitalistycznych metod – wymyśliłam nowy ekobrand. Trochę w myśl, że to biznes z katastrofy. Dla mnie było ważne, żeby ten produkt był ambiwalentny, żeby w nim uderzały wewnętrzne sprzeczności, żeby można go było rozkładać na warstwy i prowadzić poszukiwania w różnych kierunkach.

Zresztą robienie soków, przetworów może być generalnie ciekawą strategią, wciąga mnie to coraz bardziej. W wakacje 2019 współtworzyłyśmy z grupą zaangażowanych osób – artystek, animatorek kultury, działaczek – projekt w Parku Rzeźby na Bródnie. Zaprosiła nas do niego Iza Kaszyńska, która szuka odpowiedzi na pytanie, jak mogłyby wyglądać instytucje przyszłości, ekomuzea współtworzone w równym stopniu przez kuratorki, artystki, lokalną społeczność i lokalny ekosystem. Taka egalitarna międzygatunkowa struktura. Było to bardzo otwierające doświadczenie. Wykonałyśmy wspólnie przetwory z owoców i ziół znalezionych w Parku Bródnowskim – eliksir miłości, afrodyzjak budzący uczucia do lokalnej przyrody. Były też inne tego typu akcje.

ND: Cały czas pracujesz z terenami odartymi z pierwotnego naturalnego piękna, a później porzuconymi przez człowieka i z powrotem przyjętymi przez naturę. Czego cię nauczyło obcowanie z roślinami?

DL: Uczę się coraz większej uważności na procesy, które zachodzą w przyrodzie. Zmieniam swoje podejście. Na początku fascynowało mnie bezpośrednie używanie roślin w sztuce, teraz wolę obserwować i wyciągać wnioski. Obserwowanie takich terenów przyrody – nie romantycznych, a bardzo realnych, zdegradowanych, przekształconych – pokazuje człowiekowi wielość, złożoność i nieoczywistość tego, jak bardzo blisko jesteśmy powiązani z innymi organizmami oraz jak skomplikowane są nasze z nimi relacje. Nic nie jest jednoznaczne, nie powinno być takiego
podziału, że coś jest przyrodą zasługującą na uwagę, a coś innego już nie. Wszędzie, gdzie wraca życie, nawet na najbardziej zdewastowanych przez przemysł terenach, jest to ważne. Staram się, żeby ta wielowarstwowość i wewnętrzna sprzeczność, dysonans poznawczy na przecięciu naszego wyuczonego rozumienia pojęć „natura”,
„naturalne” z ekosystemami postindustrialnymi, odradzającymi się na terenach zdegradowanych, były widoczne.

ND: Rozmawiamy w czasach zarazy. Na Facebook’u krąży obrazek z epidemiami, które spotkały ludzkość w XXI wieku – świńska grypa, ptasia grypa, SARS, COVID-19. Wszystkie te choroby są wywołane wirusami odzwierzęcymi, które zadomowiły się w ludzkich ciałach…

DL: Oczywiście można to traktować jak zemstę za męczenie zwierząt w hodowlach masowych. Na filmiku z targu, z którego prawdopodobnie pochodzi koronawirus SARS-CoV-2, widzimy, że zwierzęta skazane są na mękę. Wziąwszy pod uwagę tragiczne warunki panujące na targu, nie ma co się dziwić, że właśnie tam zaczęła się pandemia.
W Europie przecież też masowo mordujemy, tylko że jest to bardziej ukryte w halach produkcyjnych i niewidoczne.

Diana Lelonek, Ministerstwo Środowiska porośnięte przez środkowoeuropejski las mieszany, 2018, dzięki uprzejmości artystki

ND: Czy ze względu na to, jak traktujemy ekosystem, masz poczucie, że rośliny też szykują nam zemstę? Czy one w końcu przejmą ziemię tak, jak to pokazałaś na swoim bilbordzie „Ministerstwo Środowiska przejęte przez las środkowoeuropejski”?

DL: Fajnie tak to sobie wyobrażać, bo myślę, że są to nawzajem uzupełniające się procesy. Jak się popatrzy nieco szerzej, widać wyraźnie, że przemoc wobec nie-ludzi i wyzysk ekosystemów odbijają się rykoszetem na ludziach. Jedyny możliwy scenariusz, w którym ludzkość może przetrwać, wymaga rezygnacji z wyzyskiwania przyrody i skupienia się na możliwym współistnieniu z innymi istotami. Wszędzie, gdzie ludzie – na chwilę nawet – przestają dominować, inne organizmy bardzo szybko powracają. Natura nie znosi próżni, każda luka od razu się wypełnia. Popatrzmy choćby na ryby, które już wracają do Wenecji, bo oczyściły się kanały. Może ten wirus też nie jest zemstą, tylko odpowiedzią na zbyt intensywną eksploatację, wyzysk. Siłą rzeczy on się miał wydarzyć, bo równowaga została zaburzona i wirus zyskał możliwość przeniesienia się na ludzi. Ciekawa jestem tylko, czy wyciągniemy z tego jakieś
wnioski?

 

Wywiad ukazał się numerze Fragile 1-2 (47-48) 2020

Dodaj odpowiedź