Próba zapisu, zapis próby

0
1067

„Czy to nie pycha twórcy – pisarza skłania go do podejmowania tego nieludzkiego zadania? Przy pomocy słowa wskrzesić Zmarłego. Zawrócić go, wydrzeć Krainie Umarłych. Czemu naruszamy ich sen?”[1] – przytoczony fragment szkicu Zamknięcie, zawiera pytania, które, choć różnie formułowane, były nieustannie obecne w twórczości Tadeusza Różewicza. Wątpliwości twórcy dotyczące kondycji poezji, jej relacji z rzeczywistością – z życiem i śmiercią, nie zostały rozstrzygnięte; wielokrotnie zadawane pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi, choć domagają się jej bardziej niż kiedykolwiek: wiek XX zapoczątkował epokę, która stara się zepchnąć śmierć na margines życia, poza obszar natury i racjonalności. Pożądana nieobecność śmierci jest jednak pozorna; ta milcząca, lecz potężna siła, doświadcza każdego. Wydaje się, że odejście od postrzegania śmierci przez pryzmat metafizyki na rzecz nieufnych badań dających iluzję kontroli i władzy, uczyniło nas bardziej bezradnymi: w efekcie, wiemy o śmierci jeszcze mniej, a ona nie może przemówić do nas inaczej, niż pozostałościami kodów z przeszłości, które stają się coraz mniej zrozumiałe: bełkotliwe lub schematyczne. Trudno nie zgodzić się z Przemysławem Czaplińskim, który w pierwszych zdaniach książki poświęconej analizie motywów tanatycznych we współczesnej literaturze polskiej, stwierdza, że „jednym z najtrudniejszych zagadnień tanatologii jest wyrażalność”[2].

Mimo wyraźnej aporii, niejednokrotnie podejmujemy zadanie, które przerasta nasze siły: dotknięci śmiercią bliskich, szukamy głosu, który wyrazi nasze cierpienie. W toku niniejszego artykułu przywołam gesty dwóch twórców – pisarzy, którzy w obliczu doświadczenia śmierci rodzica, pomimo okaleczonego języka, dokonali próby zapisu czy też zapisu próby. Wydany w 2013 roku zbiór szkiców Ingi Iwasiów zatytułowany Umarł mi. Notatnik żałoby, napisanych pod wpływem nagłej śmierci ojca literaturoznawczyni zanalizuję w kontekście tomu Matka odchodzi autorstwa, przywołanego w pierwszych słowach tekstu, Tadeusza Różewicza.

Zadanie, którego się podejmuję jawi się kłopotliwym z kilku powodów: trudno porównać ze sobą teksty osobiste, a więc skrajnie różne. Jak poddać klasyfikacji i ocenie tak intymne wyznania? Wystarczy pobieżnie prześledzić opracowania tomu Różewicza by dostrzec silną tendencję, której ulegali, zwłaszcza w pierwszych latach badań, recenzenci, porażeni konfesyjnością jego przekazu; Andrzej Skrendo twierdzi, że: „Różewicz zdaje się […] żądać, aby książkę tę traktować jako bolesną konfesję lub autobiograficzne wyznanie; aby tekst poetycki czytać tak, jak się czyta list do osoby, która na długo i daleko wyjechała”[3]. Notatki Ingi Iwasiów również są bardzo osobiste, i, jak autorka podkreśla w odrobinę przewrotny sposób, autentyczne; w Umarł mi… czytamy: „Zauważyłam, że pisząc tę książkę, prawie nie udaję[4]”. Uwagi o prawdziwości tego przekazu znaleźć można nie tylko bezpośrednio w tekście literackim, lecz także w publicznych wypowiedziach autorki[5].

Mimo niekwestionowanego związku między autorami, a ich przedstawieniami w analizowanych utworach, trzeba pamiętać, że, książki obu przywoływanych pisarzy pozostają dziełami literackimi. Jak zauważa Skrendo, w sylwie Różewicza:

„Dokumentarność wynika […] z tego, co literackie, a to co literackie, nie przestaje być dokumentarne, pozostając wysoko literacką konstrukcją; rzeczywistość zapożycza się w regułach konstrukcji tekstu, ale te reguły wciąż są wobec rzeczywistości niesamodzielne; literatura po raz kolejny nie znajduje żadnego uzasadnienia, ale to właśnie ona uzasadnia wszystko pozostałe”[6].

Podobnym głosem, w artykule poświęconym książce Różewicza, Matka mówi, matka patrzy. Lektura feministyczna mówi Iwasiów: autorka, na kilka lat przed samodzielnym udzieleniem twórczej odpowiedzi na stratę bliskiej osoby, formułuje pytania o sens i sposób ewentualnego jej wyrażania:

„Jak napisać tekst żalu, mając świadomość konsekwencji? Jak rozbić umowność poetyckiego słowa, żeby dostać się do autentyczności, do ciszy, […]? […] Jak to napisać, mając świadomość już napisanego, zbanalizowanego od wielokrotnego użycia? Ból jest konwencją, śmierć jest konwencją, poezja jest konwencją. Czy istnieje wobec tego jakiś prześwit, w którym można umieścić swoje przeżywanie nadając mu jednokrotności?”[7]

Uważam, że w swoich szkicach Iwasiów równolegle z wprowadzaniem wielu bardzo osobistych treści, podejmuje dialog z książką Różewicza.

Chociaż Umarł mi…Matka odchodzi niewątpliwie podejmują temat śmierci, już na najbardziej oczywistym i dosłownym poziomie lektury, odróżnia je tematyka, a kluczowe rozbieżności są sugerowane przez tytuły dzieł. Matka odchodzi to zapis umierania matki i przeżyć autora związanych z tym bolesnym czasem. Rodzicielka staje się najistotniejszym punktem odniesienia, organizuje i nadaje sens wszystkim zamieszczonym w książce tekstom kultury. Umarł mi. Notatnik żałoby odnosi się nie tyle do momentu śmierci, przy której autorka nie towarzyszyła ojcu, lecz jest zapisem czasu żałoby, oswajania nagle poniesionej straty. Warto zwrócić uwagę na konstrukcję gramatyczną pierwszej części tytułu: podmiotem, podobnie jak u Różewicza, jest rodzic; Iwasiów rezygnuje z uobecnienia postaci ojca, podmiot jest domyślny, wynika z użytej formy czasownika. Zastosowany zaimek dzierżawczy wskazuje na córkę, co niejako zapowiada, że to ona jest najistotniejszą postacią szkiców.

Reasumując, książka Różewicza ogniskuje się wokół postaci matki i traktuje o jej umieraniu, szkice Iwasiów natomiast opowiadają o żałobie córki, pisarki. Jak wyznaje w jednym ze szkiców: „Strasznie spieszę się z tą książką. Bardziej niż zwykle, boję się, że wyparuje. A przecież temat nie ucieknie, nie zapomnę planu fabuły”[8]. Nagła śmierć ojca, która zastaje kobietę w samym środku obowiązków kilka godzin jazdy pociągiem od domu rodziców jest zupełnie niespodziewana, trudna do przyjęcia.

Różewicz, choć asystował przy śmierci, a ściślej – długim i bolesnym umieraniu matki, nie był lepiej przygotowany na ostateczne odejście ukochanej osoby. Świadomość zbliżającego się końca jej dni na tym świecie, wiązana przez Różewicza z kresem ostatecznym, sprawiała mu ból; widząc cierpienie rodzicielki, dwukrotnie zapisuje w dzienniku rozpaczliwe pytanie: „Czy mam życzyć jej śmierci?”[9] Jednak po odejściu zdaje się wyczuwać obecność kobiety; matka ma patrzeć na niego „z tamtego świata, z tamtej strony, w którą [on] nie [wierzy]”[10].

Iwasiów w przywoływanym już artykule Matka mówi, matka patrzy… zwraca uwagę na wyjątkowy sposób, w jaki Różewicz przedstawia własne starzenie i starość matki. Tuż przed jej śmiercią, dochodzi do osobliwej zamiany ról między rodzicem, a dzieckiem: Tadeusz opiekuje się Stefanią, pomaga jej w najprostszych czynnościach; w dzienniku wielokrotnie powraca fraza: „kocham matkę, jakby była moim chorym małym dzieckiem”[11].

Dla Iwasiów, wcieleniem starości wydaje się być, bardzo często przywoływana w szkicach, postać babci. Relacja między matką ojca, a autorką musiały być zawikłane; wnuczka prawdopodobnie obwiniała babcię o trudne dzieciństwo ojca, być może z powodów, które nie sposób rozstrzygać, pogardzała nią. W opozycji do babci, staruszki, pozostaje wizerunek ojca, w którym córka nie widziała śmierci. Pisarka wielokrotnie podkreśla, że ojciec nie był stary. Co więcej, pisze:  „[…] samodzielne życie rozpoczęliśmy w tym samym czasie”[12].

Literaturoznawczyni, w momencie śmierci ojca, młodsza od Różewicza tuż po odejściu matki o niespełna trzy dekady, ujawnia lęk przed własną starością; przepełniona goryczą i żalem, pisze:

„Hordy starych ludzi w środkach masowej komunikacji czekają na zelżenie bólu. Jadą do hipermarketu, pomagają prowadzić gospodarstwo domowe komuś z rodziny. Stoją w kolejkach na poczcie i w banku. Przechodzą na emeryturę małżonka wyższą o 20 złotych. Wypełniają papiery w ZUS-ie. Nie oszczędzają czasu. Dołączyłam do nich”[13].

Kilka stron wcześniej, w moim zdaniem, kluczowym momencie książki, wyznaje:

„Nawet swoim synom nie chcę codziennie pokazywać smutku. Stoją w drugim rzędzie, ich strata jest nie tyle mniejsza, ile mniej wskazuje na nich samych. Patrzą na koniec z początku, pokoleniowy bufor osłabia uderzenia fali żalu. Są smutni, nie zrozpaczeni.

Myślę i o tym, żeby im nie umrzeć, jak umarł mi tata. Targają mną sprzeczne uczucia: chcę ich miłości i wiem, że im będzie silniejsza, tym trudniej będzie im stać nad moją trumną, wybierać dla mnie wieniec. Fakt, że nie będę im wówczas towarzyszyć, wydaje się nie do zniesienia”[14].

Różewicz, w momencie publikacji tomu, niespełna osiemdziesięcioletni, umieszcza starzejącą się matkę w centrum opowieści. Paradoksalnie, to właśnie staruszka-matka ma łączyć twórczość Różewicza z życiem. Stefania ocala, pozwala uporać się z odchodzeniem. Matka poety, choć obdarzona cechami wpisującymi się w stereotypowy wizerunek rodzicielki[15], zyskuje niespotykaną autonomię: współtworzy dzieło syna, przemawia własnym głosem[16]. Różewicz zamieścił w sylwicznym zbiorze fragmenty zapisków sporządzonych przez matkę, na jego prośbę[17]. Nie sposób dokładnie określić roli, jaką odegrał Tadeusz w redakcji powyższych tekstów, wiadomo jednak, że nadał im tytuły, prawdopodobnie także wybrał i przeredagował zamieszczone w Matka odchodzi fragmenty prozy autorstwa braci: Janusza i Stanisława.

Charakterystyczna dla twórczości Różewicza z lat 90. recyklingowa koncepcja utworów realizuje się w Matka odchodzi w poetyce powtórzenia: spośród wszystkich tekstów zawartych w tomie, żaden nie został opublikowany po raz pierwszy, choć wiele z nich autor przekształcił w stosunku do pierwotnej wersji. Co ciekawe, takie utwory nie posiadają podwójnego datowania sygnalizującego modyfikacje pierwowzoru. Najistotniejsze są jednak zmiany kompozycyjne dokonane przez Różewicza: umieszczając stare utwory w nowych kontekstach, autor daje świadectwo przekonania o uzależnieniu sensu od kontekstu. Przykładem najsilniej ilustrującym owo przekonanie może być wiersz Ściana; utwór, opublikowany po raz pierwszy na łamach „Twórczości”, nieomal dekadę[18] przed śmiercią Stefanii Różewiczowej, w wersji zamieszczonej w tomie Czerwona Rękawiczka Matka odchodzi, różni się od pierwowzoru zakończeniem. Warto zwrócić uwagę na fakt,
iż wyłącznie kontekst i sąsiedztwo analizowanego wiersza sprawia, że utożsamiamy postać w nim opisaną z matką Różewicza. Tekst sam w sobie pozwala na odczytanie go jako erotyku[19]. Kolejną recyklingową cechą analizowanego tomu, jest obecność reprodukcji zdjęć, pocztówek, fotokopii listów; warto wspomnieć, że zbiór otwiera fotografia matki, swoista zapowiedź dalszej treści.

Iwasiów konstruuje Umarł mi… w znacznie prostszy sposób: określa książkę mianem notatnika, ogranicza się do zamieszczenia własnych tekstów prozą, powstałych, jak możemy przypuszczać, w krótkim czasie. Nadanie hasłowych tytułów poszczególnym szkicom podkreśla ich osobisty charakter: zbliżone są do notatek, czyli zapisków, które sporządzamy głównie dla siebie, nie muszą być one czytelne dla innych. Warto wspomnieć o oprawie graficznej tomu: zegary przedstawione na okładce nawiązują do profesji ojca – zegarmistrza; zawód rodzica jest istotnym aspektem organizującym wspomnienia w Umarł mi…. Iwasiów przyznała w wywiadzie, że obawiała się, oczywistej skądinąd, recepcji fotografii jako uniwersalnego i schematycznego nawiązania do upływającego czasu[20].

Żałoba staje się dla córki – pisarki pretekstem do rewizji rodzinnych relacji, uruchomienia licznych wspomnień. Dużo uwagi poświęca owdowiałej matce. Prowadzona przez nią narracja uderza prostotą, można jednak dostrzec zabiegi świadczące o swoistej grze z konwencją powszechnie przyjętą przy pisaniu o śmierci bliskich: Iwasiów demaskuje elementy groteskowe związane z obrzędowością czy ceremonią pogrzebową[21].

Iwasiów przedstawia się czytelnikowi nie tylko jako córka, lecz także pisarka,, dokonuje refleksji nad własną twórczością; opisuje na bieżąco przebieg procesu pisania żałobnych szkiców:

„Chodzę po ulicach, a ta książka mówi gotowymi zdaniami. Nie nadążam z powrotem przed komputer, przewracam po drodze krzesła, szklanki z niedopitą herbatą. […] Zapisuję hasła. Miałam zamiar kupić w tym celu kolorowe kartki. W końcu pocięłam jakiś notes uniwersytecki”[22].

W kontekście bardzo osobistych wyznań Iwasiów, wyraźniej widać, że prawdopodobnie najistotniejszą problematyką tomu Różewicza są zagadnienia uniwersalne, zarówno poetyckie i egzystencjalne; Matka odchodzi to w istocie tom mówiący
o niemożności dania pełnego obrazu życia bliskiej osoby; dostarczając czytelnikowi fragmentarycznej wiedzy o własnej matce, autor świadomie rezygnuje z uchwycenia pełni, ponieważ, jak zauważa Skrendo: „…wcale nie o prawdę żywota, lecz o prawdę i nieprawdę poezji pyta Różewicz w tomie Matka odchodzi[23]. Autor poddaje w wątpliwość zasadność pytania o to, kto jest tematem wiersza i książki; sylwę można traktować jako tom dla matki,
o matce i matki równocześnie.

Różewicz zawarł w Dzienniku gliwickim bardzo poruszające refleksje – poeta ma w sobie poczucie winy, że nie poświęca matce dostatecznie dużo czasu, uwagi i cierpliwości[24]. W tak trudnym czasie chciałby wyjechać, pisze żartobliwe wierszyki i myśli o książkach, które napisałby, gdyby miał możliwość[25]. Podobnie u Iwasiów choć na zupełnie innej płaszczyźnie, dostrzec można osobliwie analogiczne wyliczenie „grzechów przeciw żałobie”:

„Po śmierci taty […]. Oglądałam komedie. Czytałam literaturę erotyczną. Byłam też na wakacjach, na Wyspach Kanaryjskich i w Grecji. […]. Podziwiam widoki, brodzę w ciepłej wodzie, […], przyjmuję wymyślne pokarmy, obmawiam bliźnich, wygłaszam sarkastyczne uwagi pod adresem polityków, cykam zdjęcia nad filiżankami kawy. Przeprosiłabym za to, gdybym wiedziała, kogo”[26].

Różewicz, mierząc się z zadaniem opisania postaci matki, dokonuje refleksji nad kondycją literatury: symboliczną wydaje się scena, w której przyznaje, że chce czytać chorej, lecz wiersze nie przynoszą kobiecie ulgi, co więcej, samemu autorowi wydają się obce[27]; poezja sama w sobie jest śmiertelna; w obliczu śmierci, żadne słowo nie ocala.

Tę nihilistyczną i głęboko heroiczną postawę Iwasiów sygnalizuje w symbolicznym zakończeniu, jednym z ostatnich zdań książki, pełnym żalu i poczucia klęski; w Notatkach Osobistych pisze: „Zostały mi kartki z pojedynczymi zdaniami. […] Nie mam ich w co wpisać”[28].

Oba analizowane utwory są zatem świadectwem, że utrata jest doświadczeniem, którego nie da się zapisać; wszak:

„Gdy odzyskujemy mowę […] powtarzamy jej niesłowność, nie mogąc dosięgnąć rzeczywistości: cokolwiek powiemy, będzie nadmierne lub niedostateczne, niefortunne lub konwencjonalne. Słów w obliczu śmierci jest zawsze za dużo albo za mało, nigdy w sam raz. […] Śmierć w naszych słowach jest zatem śladem śladu, pismem bez głosu, słownictwem pozbawionym słownika”[29].

Uważam, że poszukiwanie i odnajdywanie mowy po stracie nie jest pychą. To głębokie doświadczenie, zrodzone z miłości. Miłości, która cierpi, zarówno w sercu syna – poety o suchych oczach[30], jak i córki, z uszami bolącymi od płaczu[31].

 

Przypisy:

[1] T. Różewicz, Przygotowanie do wieczoru autorskiego [w:] T. Różewicz, Proza 3, Wrocław 2004, s. 97.
[2] P. Czapliński, Mikrologi ze śmiercią: motywy tanatyczne we współczesnej literaturze polskiej, Poznań 2001,
s. 175-176.
[3] Idem, Przodem Różewicz, Warszawa 2012, s. 68.
[4] I. Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby, Wołowiec 2013, s. 123.
[5] I. Iwasiów, Ciąg dalszy rozmowy Xięgarni – część I, https://www.youtube.com/watch?v=CONIvvF9dgw, [dostęp: 03.06.2014]
[6] A. Skrendo, Przodem Różewicz, Warszawa 2012, s. 10.
[7] I. Iwasiów, Matka mówi, matka patrzy. Lektura feministyczna, [w:] „Matka odchodzi” Tadeusza Różewicza,, s. 120.
[8] Eadem, Umarł mi…, s. 92.
[9] T. Różewicz, Matka odchodzi, Wrocław 2000, s. 100.
[10] Ibidem, s. 9.
[11] T. Różewicz, Matka odchodzi…, s. 85.
[12] I. Iwasiów, Umarł mi…, s. 119.
[13] Ibidem, s. 92.
[14] Ibidem, s. 87-88.
[15] A. Skrendo, Przodem…, s. 69.
[16] I. Iwasiów, Matka mówi, matka patrzy…, s. 129.
[17] A. Skrendo, Cień matki…, s. 19.
[18] Por. T. Kunz, Strategie negatywne w poezji Tadeusza Różewicza, Kraków  2005, s. 149-150.
[19] A. Skrendo, Cień matki…, s. 33.
[20] I. Iwasiów, Ciąg dalszy rozmowy Xięgarni
[21] Por. Eadem, Umarł mi…, s. 104.
[22] Ibidem, s. 77.
[23] A. Skrendo, Cień matki…., s. 37.
[24] T. Różewicz, Matka odchodzi, s. 85.
[25] Ibidem, s. 89.
[26] I. Iwasiów, Umarł mi…, s. 17.
[27] T. Różewicz, Matka odchodzi, s. 104.
[28] Ibidem, s. 126.
[29] P. Czapliński, op. cit., s. 9.
[30] Por. T. Różewicz, Matka odchodzi…, s. 9.
[31] Por. I. Iwasiów, Umarł mi…, s. 47.

Dodaj odpowiedź