„The soft parade”, czyli w przyszłość z naszymi umarłymi

Wielowątkowa opowieść o Amy Winehouse zrealizowana przez Piotra Siekluckiego w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie oferuje widzom popkulturowe widowisko, zachwycające świetnym aktorstwem, ale też prowokuje do poważnych pytań o podłoże autodestrukcji.

 

Spektakl Siekluckiego, oparty na sztuce Marii Spiss, jest przedstawieniem dwoistym, na poły popkulturowym widowiskiem muzycznym, pełnym wykonywanych na żywo legendarnych już utworów, uzupełnionych odtwarzanymi hitami ostatnich dekad, na poły teatralną refleksją o pragnieniu śmierci i jego źródle. Jej zaczynem są losy gwiazd, które przedwcześnie zmarły i z czasem stały się symbolami różnych zjawisk.

Postacią centralną pierwszej części spektaklu jest Amy Winehouse (świetna wokalnie i aktorsko Wiktoria Węgrzyn), ofiara show-biznesu, która zmarła tragicznie i błyskawicznie obrosła mitem. Druga część stanowi próbę odpowiedzi na pytanie, co łączy słynnych muzyków, wpisanych przez media na listę członków tak zwanego „Klubu 27”. Autor tej trafnej, acz upiornej nazwy, trafił w sedno przygnębiającej prawidłowości – oprócz Winehouse, której poświęcono tu najwięcej miejsca, bohaterami sztuki są: Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin i Kurt Cobain. Wszyscy odeszli z tego świata tragicznie, przedwcześnie, w wieku uwiecznionym w nazwie wspomnianego klubu. Muzycy znani dziś chyba wszystkim, postacie kultowe, inspirujące i zachwycające artystycznymi dokonaniami, zdumiewającymi tym bardziej, że osiągniętymi w tak młodym wieku. Mało kto ich nie zna, a już na pewno wszyscy pamiętają całkiem niedawną śmierć Winehouse. Trudno o głośniejszy i bardziej przyciągający uwagę „skład zespołu”, toteż publiczność do Teatru Ludowego w Nowej Hucie przybywa tłumnie.

„Amy 27”, reż. Piotr Sieklucki, Teatr Ludowy w Krakowie, fot. Sebastian Strama

Uwaga twórców spektaklu skupia się na Amy, którą ukazano jako przeciętną dziewczynę o nieprzeciętnym talencie. Jej zupełnie powszedni nałóg miał swoje źródło w przygnębiającej historii rozbitej rodziny, ukrytej gdzieś za image’m rockowej (choć jej muzyka należała raczej do innego gatunku) gwiazdy, jednoosobowo imprezującej z siłą uderzeniową Led Zeppelin w pełnym składzie. Autorce sztuki– Marii Spiss – udało  się wydobyć spod grubej warstwy mitów ten prosty w gruncie rzeczy i uniwersalny obraz dziecięcej traumy, z którą nie zdołała sobie poradzić bohaterka przedstawienia.

Scena pierwsza. Rodzina. Rodzina żydowska, choć jak każda inna: nieporadni emocjonalnie rodzice i buntujące się dziecko. Na tle wściekle fioletowego pluszu wydają się szczególnie szarzy, tylko Amy odstaje ze swoją niezgodą na wzajemne relacje rodziców, które odbiją się właśnie na niej. Demonstracyjnie pije, pali, śpiewa, zakleja matce usta – jak gdyby chcąc przypieczętować fakt, że od dawna są zaklejone, choć krzyczące. Wyzwolona w niej agresja pozwala jednak rozkwitać czemuś dobremu – pragnieniu śpiewania, rozwijania talentu i uskrzydlającej żądzy wolności. Patrząc na ten powszedni konflikt pokoleń, można zapomnieć, że Amy to ktoś z boskiego firmamentu. Rodzice, każde na swój sposób, będą w jej życiu zawsze obecni, ich ślad czy raczej cień pozostanie w niej niczym cecha charakteru. Życie Amy, podobnie jak nas wszystkich, jest bowiem poniekąd odbiciem życia rodziców i prawie nigdy nie jesteśmy w stanie uwolnić się całkowicie od ich wpływu. Ojciec (Tomasz Schimscheiner) rozsmarowuje na twarzy matki (Beata Schimscheiner) talerz z jedzeniem, parodiując tym gestem wspólny rodzinny posiłek. Opuszczając dom, nie pozostawi córce szans na założenie w przyszłości własnej rodziny, która funkcjonowałaby inaczej. Amy mówi do niego: „Tato, ty nigdy nie powiedziałeś: jestem dumny, to jest moja córka. Powiedziałeś: idź, lecz się, widzę, że masz szansę się zapić”. Odrzucenie, którego Amy doświadcza od ojca, jest początkiem nieustającej neurotycznej potrzeby akceptacji, przejawiającej się i w karierze muzycznej, i w uzależnieniu. Mówi do ojca: „Będę maniakalnie szukać miłości w każdym, a szczególnie w tych, którzy przypominają ciebie niestety, tato. Będą mną manipulować i mnie poniżać, a ja oblizując wargi z pożądania pójdę za nimi, dokądkolwiek zechcą”. Ojciec i córka nie potrafią ze sobą rozmawiać. Matka w ogóle nie podejmuje dialogu. Nawet odnalezienie miłości nie jest już w stanie wyciągnąć Amy z uzależnienia, nie wspominając o ciągłych bezskutecznych kuracjach odwykowych, inicjowanych przez naiwnego ojca. Ta rysa stanie się źródłem zaburzeń psychicznych, które uniemożliwią odnalezienie spokoju i rozwój artystyczny. To prosta droga do samobójstwa. I to nawet nie w geście targnięcia się na własne życie, lecz w egoistycznym powolnym umieraniu poprzez zapicie czy zaćpanie się na śmierć.

„Amy 27”, reż. Piotr Sieklucki, Teatr Ludowy w Krakowie, fot. Sebastian Strama

Amy nawet nie jest do końca świadoma skali swojego talentu, artystycznych dróg, jakie mogłaby obrać. Nie mogąc wydostać się z zaklętego koła neurozy, rzeczywiście stała się tylko produktem managerów i producentów, maszynką do robienia pieniędzy, marionetką zmuszaną do występów, a nie – jak PJ Harvey czy Anna Calvi – świadomą artystką z pomysłem na siebie. Zdobyta sława czyni opowieść Amy głośniejszą od opowieści setek innych ludzi, którzy rozkładają samobójstwo na lata, próbując uprzednio przekroczyć granice intensywności, aby tylko oddalić się od trawiącej ich pustki. Kres ich życia wydaje się jednaki, ale upadanie Winehouse następowało w oślepiającym blasku reflektorów. Amy – marionetka chwieje się przed mikrofonem, chociaż nie ma już siły śpiewać. Jest w przedstawieniu wiele scen ukazujących bezwzględność, z jaką media i show-biznes wykorzystują swoje ofiary. Najlepsza to scena koncertu, do którego w rzeczywistości nie doszło, a na który Winehouse miała przyjechać do Polski. Ten koncert obwieszczały bilbordy, a Amy już od kilku dni nie żyła… Świetnie napisana i zaskakująca widza scena jest też dla twórców okazją do skomentowania żydowskiego pochodzenia piosenkarki, w zestawieniu z polską martyrologią. My, Polacy, jesteśmy bowiem „bardzo poruszeni, rozczuleni i wzruszeni przy każdej nadarzającej się okazji, niezależnie czy gdy się Chrystus rodzi czy gdy się prezydent zabija”.

Drugą część spektaklu otwiera Morrison śpiewający The End, ucharakteryzowany na Jima z okładki L.A. Woman, brodatego i zapitego. Piękna, monumentalna scenografia Łukasza Błażejewskiego jest wypełniona symbolami popkultury, na których tle wysypano furę odpadów. Niepotrzebne nikomu śmieci – tak jak „niepotrzebni ludzie” – mogą się jednak okazać największym skarbem, źródłem wiedzy i mądrości. Trzeba tylko umieć odnaleźć i siebie samego, i inne skarby na wysypisku, rupieciarni pozostałej po zdewastowanym „targowisku próżności”. Zagubieni bohaterowie zdają się tu właśnie szukać wejścia do magicznych „drzwi percepcji”, znanych z dzieła Blake’a. Do takiej krainy umarłych trafia Amy. Ze zrozumieniem tematu rozmawia z nią Morrison i doradza zabicie ojca (co bohaterka czyni z dosłownym rozmachem). To dziecko przeprowadzek, które medialnie uśmierciło rodziców, jest w przedstawieniu klamrą, zamykającą relację Amy z ojcem. Otwierają się jednak kolejne puszki Pandory, eksplodują opowieści pozostałych „klubowiczów”. Zakompleksiona narkomanka z Teksasu i genialna wokalistka – Janis Joplin (znakomita Aneta Wirzinkiewicz), którą koszmarne dzieciństwo i młodość, doprowadziły do przedwczesnej śmierci, siedzi tu wyluzowana i popija piwo. Postaci ukazane na scenie niby żyją sobie w swoistym raju i grają swoje stare kawałki. Kiedy jednak następuje moment szczerości, każdy opowiada o własnej. małej, szarej tragedii, która stała się publicznym dramatem. Kurt Cobain, dziecko rozwodu, niewydarzony ojciec, heroinista, gitarzysta, wokalista. Jimi Hendrix, bełkocący pod nosem ćpun, geniusz strun, wirtuoz gitary. Co ich łączy? Są sławni, ale to także życiowi nieudacznicy, jakich wielu. Budzące żal historie bohaterów poznajemy przede wszystkim dzięki ich twórczości. Chociaż nie ona stanowi przedmiot spektaklu, muzyczna aluzja narzuca się sama przez się, zwłaszcza że jednym z bohaterów scenicznych jest grana na żywo muzyka (Paweł Harańczyk z zespołem). Kiedy słucha się tych słynnych utworów, przychodzi refleksja, że wykonawcy dla nich się spalili, że poza twórczością, nie udało im się osiągnąć żadnego celu, nawet jeśli owa twórczość była genialna i dała im nieśmiertelność. Zresztą Winehouse ma takich utworów niewiele. Żyjąc w czasach dewaluacji sztuki, nie zdążyła tak naprawdę stworzyć niczego wiekopomnego. W przeciwieństwie do Hendrixa, który z całego grona bohaterów sztuki miał zapewne największy wpływ na rozwój muzyki. Widzimy go w sztuce jako pomrukującego młodzieńca, który zdaje się być nieporadnym życiowo, genialnym prostaczkiem, spokrewnionym mentalnie z Formanowskim Amadeuszem.

„Amy 27”, reż. Piotr Sieklucki, Teatr Ludowy w Krakowie, fot. Sebastian Strama

Bohaterowie Amy. Klub 27 nawet artystycznie są więc obecni na różnych biegunach. Mają odmienne upodobania i wizje świata. Niewiele mają wspólnego poza jedynym: piekiełkiem zgotowanym im przez rodziców oraz łączącym ich pragnieniem wyzwolenia się. Morrison ukazany w tym spektaklu to ktoś zupełnie inny niż bohater przedstawienia Passiniego Morrison/Śmiercisyn z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora. Tam widzieliśmy takiego Jima (i Jimbo), jakiego chcielibyśmy zapamiętać: wręcz ponętnego poetę, artystę, o myśli przeszywająco głębokiej i ponadczasowym przesłaniu, „Króla Jaszczurów”, z którym można się identyfikować, nawet nie rozumiejąc jego tekstów. Tutaj Jim pije ze śmietnika, jest spuchnięty od ukochanego alkoholu, mamrocze pod nosem.Janis – podobnie zresztą jak Amy – brzydzi się siebie. Jimi umiera, dusi się własnymi wymiocinami. Nie ma słodkiego smaku pomarańczy, o których opowiadał Manzarek, wspominając pierwsze w życiu LSD. Z czasem rozkosz, którą daje sztuka, staje się fizycznie nieosiągalna, pozostaje samotność pozbawiona już nawet muzyki. „I need somebody who doesn’t need me”, śpiewał Morrison. Zatem nie pożądliwość, a raczej dźwiganie brzemienia ma być źródłem prawdziwego człowieczeństwa. Galilee vicisti! Sztukę zamyka cicha scena, w której Amy siedzi na pobojowisku, ostałym po burzliwym spotkaniu piątki „bogów” i podejmuje „ucztą” Chrystusa. Nie mają wina, ale napiją się razem herbaty, a Amy powita go w „klubie”.

Każda epoka ma swoich Galilejczyków, bo każda ich potrzebuje. Naszymi nowymi świętymi stały się gwiazdy popkultury. Nie dlatego, że Beatlesi są popularniejsi od Jezusa. Dlatego, że przemawia do nas masowo dostępna muzyka, a w losach jej twórców możemy zarówno dostrzec niespełnione pragnienia, jak i przejrzeć się niczym w lustrze. Nieliczni sławni nieudacznicy pozostaną wielbieni, mimo spektakularnego upadku i mimo, że oni sami niczego z tego uwielbienia nie zyskali. Amy mówi o sobie samej: „Gdyby mogli chcieliby do niej, tu na scenę wejść i wyszarpać jej z gardła głos”. Ale ten głos został już dawno wyszarpany, wydarty z gardła swego właściciela. Czyżby zmarnowane życie i zagmatwane losy bohaterów inscenizacji Siekluckiego posłużyły bardziej odbiorcom ich sztuki niż im samym? Ale my nigdy nie zapominamy swoich świętych. Będziemy ich zawsze kochać, bo jako mówił Ian Curtis: „No love lost in the house of dolls”.

 

Maria Spiss, Amy. Klub 27

Reżyseria: Piotr Sieklucki
Scenografia i kostiumy: Łukasz Błażejewski
Muzyka i opracowanie muzyczne: Paweł Harańczyk

Występują:
Patrycja Durska
Beata Schimscheiner
Iwona Sitkowska
Wiktoria Węgrzyn (gościnnie)
Aneta Wirzinkiewicz (gościnnie)
Piotr Piecha
Dominik Rybiałek (gościnnie)
Tomasz Schimscheiner
Ryszard Starosta
Jacek Strama

Prapremiera: 6 marca 2015, Teatr Ludowy w Krakowie

Dodaj odpowiedź