„z obu Francuzów zdarli ubrania (…) pomalowali ich twarze na tubylczą modłę. Potem wróg [mieszkańcy wioski] przygotował się do powitania – co oznaczało zmuszenie jeńców do przejścia między dwoma rzędami [„gospodarzy”], z których każdy oferował im cios kijem (…) przeprowadzono ich do centralnej części wioski, gdzie kazano wspiąć się na specjalnie przygotowane rusztowanie. Tam jeden z Irokezów chwycił za kij i uderzył René’go siedem czy osiem razy, po czym wyrwał mu paznokcie)”

To jeden z wielu opisów tortur, jakie stosowali Irokezi, zwani „pięcioma plemionami” (Mohawk, Oneida, Onondaga, Kajuga, Seneca), żyjący w obrębie dzisiejszego stanu Nowy Jork. Relacje pierwszych europejskich podróżników, misjonarzy czy jeńców, którym udało się zbiec, pełne są podobnych makabrycznych opisów. Aby okrucieństwo Irokezów zrozumieć, nie można poprzestać na niemal wizualnych efektach opisów misjonarzy czy wrażeniach wywoływanych przez współczesne filmy, w których pełni ono rolę wyłącznie ilustracyjną czy dramaturgiczną (np. w Czarnej sukni Bruce’a Beresforda (1991), gdzie głównymi oprawcami są zresztą Mohawkowie).


O utrzymanie mocy

Okrucieństwo innych jest zawsze gorsze od naszego, stąd relacje białych obserwatorów pełne są nie tylko opisów krwawych tortur, ale i jednoznacznych ocen moralnych poczynań tubylczych „barbarzyńców”. Ale co w takim razie zrobić np. ze średniowieczno-odrodzeniowym polowaniem na czarownice w Europie, hekatombami ludzkimi zgotowanymi przez hiszpańskich i portugalskich konkwistadorów w Ameryce Południowej albo okrucieństwami kolonizatorów Ameryki Północnej (do najgłośniejszych przypadków z XVIII wieku należy mord i oskalpowanie 96 pogrążonych w modlitwie „Indian morawskich” w Gnadenhutten, w Ohio podczas wojny o niepodległość)?

Irokezi nie torturowali tylko po to, by zaspokoić zainteresowanie anatomią człowieka czy nasycić żądzę okrucieństwa. Tortury nie służyły też Irokezom (jak np. Kościołowi chrześcijańskiemu w czasach Inkwizycji) do zdobywania informacji czy dowodów na herezję. Rozważając problem okrucieństwa u Irokezów, najwłaściwiej przyjrzeć się wojnie (czy też rzemiosłu wojennemu – warfare), szalenie ważnemu aspektowi kultury Irokezów[1].

Tradycyjnie wojny Irokezów i ich sąsiadów polegały na wyprawach przeciw innym plemionom. Ich celem było pomszczenie czyjejś śmierci lub porwanie kilku wojowników do adopcji, a także zdobycie prestiżu dzięki wyróżnieniu się przebiegłością i męstwem na polu bitwy[2]. W wyprawie nie mogli brać udziału członkowie rodu, do którego należała zabita osoba. A zatem wojna służyła wypełnianiu wzajemnych usług poprzez poszczególne segmenty społeczności, a tym samym wzmacnianiu więzi pomiędzy nimi.

 

Zwycięska wyprawa wojenna. Francuska kopia (ok. 1666) fragmentu rysunku irokeskiego, Archives Nationales w Paryżu. Mały Bekas i Jastrząb (nazwy rodów Indian Kajuga) niosą broń – co oznacza, że wracają z wyprawy wojennej. Ich wrogowie są przedstawieni do góry nogami (zostali zabici) i bez głów (zostali oskalpowani). Za: Daniel K. Richter „The Ordeal of the Longhouse. The Peoples of the Iroquois League in the Era of European Colonization”, Chapel Hill – London: The University of Carolina Press, s. 37.

 

W ciągu XVII wieku, kiedy zacieśniły się stosunki z Europejczykami, wojny Irokezów zaczęły zmieniać charakter. Zostali postawieni przed koniecznością znacznie szybszego wyrównywania strat. Główną przyczyną były zarazki przyniesione przez białych, które zdziesiątkowały tubylcze populacje (np. Mohawkowie przed epidemią z 1633 roku liczyli 8100 osób, a już kilkanaście lat po epidemii – zaledwie 2000). Innymi powodami zmniejszania populacji irokeskich były: wykorzystanie w walkach arkebuzów pozyskanych od Europejczyków, a także wyrobów z żelaza czy mosiądzu do produkcji grotów strzał (zastąpiły mniej skuteczne krzemienne); wzmożenie wojen między plemionami wynikające z chęci uzyskania dominującej pozycji w handlu z białymi; działalność misji jezuickich (od 1667), powodująca odchodzenie tych, którzy przyjęli nową wiarę. Pomiędzy 1689 a 1700 rokiem Irokezi stracili około jedną czwartą z 2000 wojowników.

Z czasem wojny Irokezów coraz bardziej miały na celu unicestwienie całych narodów – a nie pojedynczych osób. Z pobitych ludów poszczególne plemiona „Konfederacji” Irokezów wchłonęły olbrzymie liczby jeńców. Według opinii naocznego obserwatora w latach 60. XVII wieku dwie trzecie „pięciu narodów” stanowili byli członkowie innych narodów tubylczych.

Dlaczego jeńcy byli tak ważni dla Irokezów? W prowadzonych przez nich „wojnach żałobnych” nie chodziło po prostu o przywrócenie równowagi liczebnej w społeczeństwie. Podczas specjalnych ceremonii następowało „wskrzeszanie” zmarłych. Ponieważ miejsce w społeczeństwie Irokezów wyznaczała płeć i przynależność do rodu, jeńcy, których nie przeznaczano na śmierć, przyjmowani byli do rodzin i otrzymywali imię oraz pozycję – a wraz z nią obowiązki – osoby, którą zastępowali. Ciała zastępowały ciała, ale naprawdę celem było podtrzymanie lub powiększenie mocy danej rodziny oraz rodu. Ojciec Poncet, schwytany przez Mohawków w 1653 roku, przekazany do adopcji przez kobietę, która straciła męża, pisał potem: „Jak tylko wszedłem do jej chaty, zaczęła śpiewać pieśń zmarłych, przyłączyły się do niej dwie córki (…) zastąpiłem zmarłego, dla którego kobiety te wykonały ostatnie pożegnanie, aby przywrócić umarłego do życia w mojej osobie”.


Ciało rozcięte na kawałki…

Z dziesiątków relacji podobnych do przytoczonej na początku artykułu wyłania się następujący schemat postępowania z jeńcami. Zaraz po pojmaniu wyłamywano im kilka palców. Krwawiące kikuty wkładano do palącej się fajki. Wracający z udanej wyprawy wojennej naprzód wysyłali posłańca do swej wioski, który obwieszczał liczbę prowadzonych jeńców. Mieszkańcy gotowali się do „powitania”: ustawieni w dwóch rzędach, z kijami i pałkami czekali na zewnątrz wioski. Potem zaczynało się bicie przybyszów (kobiety i dzieci często oszczędzano). Następnie rozbierano ich do naga, prowadzono na platformę w centrum wioski, gdzie kontynuowano tortury (wyrywanie paznokci, dotykanie czułych części ciała kijami i rozgrzanymi głowniami). Po kilku godzinach robiono przerwę, żeby katowani mogli odpocząć i się najeść. W tym czasie kobiety – głowy lineaży decydowały, którzy jeńcy zostaną asymilowani do ich rodzin, a którzy zabici. Przeznaczonych do egzekucji często wcześniej symbolicznie adoptowano. Zasadniczym elementem tortur było stopniowe przypalanie ciała ofiary: poczynając od stóp. Do ofiary zwracano się jak do krewnego (z tym, że w torturach nie mogli uczestniczyć członkowie rodu, do którego „adoptowano” jeńca), a pchnięcia rozgrzanymi głowniami określano jako miłe łechtanie. Przed śmiercią zdejmowano torturowanemu skalp, lejącą się krew tamowano przez posypanie otwartej czaszki gorącym piaskiem lub popiołem. Śmierć zadawano poprzez rozcięcie klatki piersiowej nożem lub ciosem w szyję siekierą. Ciało ofiary oddzielano od kości i gotowano, po czym następowała uczta, w której uczestniczyła cała wioska. Pewien Irokez wyjaśniał w połowie XIX wieku: „W odniesieniu do jeńców [moi przodkowie] używali terminu WE-HAIT-WAT-SHA. Oznacza on ciało pocięte na kawałki i rozproszone dookoła. W ten sposób rozpraszali swoich więźniów, roztapiali i niszczyli ich narodowość, i tworzyli własną”.

Upokarzanie i maltretowanie jeńców przez wszystkich mieszkańców wioski pozwalało całej społeczności uczestniczyć w pokonaniu wroga, a dzięki temu wzmacniało poczucie wspólnoty oraz siły plemienia. Podczas tortur nie zapominano o edukacji młodzieży: chłopcy otrzymywali lekcję, jak sami mają postępować z wrogami w przyszłości, a w wypadku pojmania i tortur – by mężnie poddawać się męczarniom. Jeden z wojowników Seneków w XVIII wieku „w bitwach wziął wielu jeńców indiańskich, których zabijał, przywiązując do drzewa i wzywając chłopców indiańskich, by strzelali do nich z łuków, dopóki śmierć nie kończyła ich cierpień. Ten proces często trwał dwa dni!”. Czas odgrywał istotną rolę w torturach: chodziło o to, by więźniowi zadać maksimum bólu przy jednoczesnym minimalnym szkodzeniu funkcjom życiowym, tak aby cierpienie jeńców trwało jak najdłużej.

W torturach irokeskich można dostrzec odwrócenie tradycyjnego rytuału powitania gości: tutaj szacunek dla przybyszów zastępowało szyderstwo. Zmieniano ich status na niższy, poddając ich ciała deformacji i dezintegracji, by na nowo je „zaprogramować” zgodnie z potrzebami Irokezów. Pozbawianie przyszłej ofiary starego ubrania i nakładanie nowego, najczęściej należącego do osoby, którą symbolicznie miała zastąpić, a także „malowanie jej twarzy na tubylczą modłę” – wszystko to służyło „społecznemu konstruowaniu” ofiary i jej ciała, nadaniu nowego znaczenia i tożsamości[3].

Najważniejszym rytuałem w Konfederacji Irokezów była ceremonia pożegnania – rytuał, podczas którego opłakiwano zmarłych wodzów z poszczególnych rodów i na ich miejsce instalowano nowych (imiona zmarłych pozostawały „żywe”; otrzymywali je następcy). Rozpacz – uśmierzanie bólu – ożywianie rodzin, przywracanie mocy poprzez maltretowanie ciał obcych oraz uzupełnianie strat ludzkich – taki sens miała kultura Irokezów na każdym poziomie: Konfederacji, każdego z pięciu „narodów”, rodów, lineaży i wreszcie rodzin.

 

Cięcie wielce niemiłe

Jacques Cartier (1535) pisał o „skórach z głów pięciu mężczyzn, rozciągniętych na obręczy jak pergamin” w wiosce Irokezów znad rzeki św. Wawrzyńca. W roku 1603 Samuel de Champlain obserwował u Indian Montagnais (tych samych, których szlachetnego wodza Chominę wraz z rodziną poddają torturom Mohawkowie w filmie Czarna suknia) świętowanie zwycięstwa nad Irokezami. Elementem uroczystości był taniec, w którym wojownicy dzierżyli w ręku skalpy wrogów. Ojciec Gabriel Sagard zanotował w 1623–1624 roku, że Huroni (lud mówiący jednym z języków irokeskich, ale wrogi „pięciu plemionom”), po zabiciu wroga w walce „unoszą jego głowę, a jeśli stanowi ona zbytnie obciążenie, wystarcza im skóra z włosami. (…) Garbują ją i traktują jako trofeum. W czasie wojny umieszczają je na palisadach swoich osiedli, zasadzone na końcu długich tyczek”. Dla Irokezów i innych Indian skalpy nie tylko demonstrowały wyższość w walce i stanowiły o pozycji wojownika, który je zdobył, ale też „osuszały łzy kobiet”, które utraciły swoich mężów lub synów.


Z nakazu duchów

Irokezi gotowi byli okrucieństwo zadawać sobie samym. Relacja z 1642 roku mówi o wizji Hurona, który miał być torturowany ogniem przez Irokeza z innego plemienia. Rada wioski zdecydowała o wprowadzeniu go do „domu tortur”, w którym rozpalono kilkanaście ognisk. Wrzeszcząc z bólu, miotał się pomiędzy ogniami: uciekając z jednego, wpadał natychmiast na drugie. Na koniec nieszczęśnik opuścił dom tortur, błagając „demona wojny” o przyjęcie w ofierze psa zamiast niego. Pies został zabity, upieczony i uroczyście spożyty przez wszystkich mieszkańców wsi. Innym razem śniący o torturach w płomieniach kazał przyłożyć sobie ogień do nóg. Tak wiernie odtworzono przebieg „rzeczywistej” tortury, że oparzenia nóg trzeba było leczyć przez następne pół roku.

 

Wojownik irokeski z czasów kolonizacji. Rys. Jacques Grasset de St. Saveur, 1796, National Archives of Canada. Za D. Richter, tamże, s. 243.

 

W wizjach Irokezi otrzymywali też informacje o działaniu czarnej magii. Pewnym razem mężczyźnie z ludu Onondaga wydało się, że wychodząc ze swej chaty, zapadł się pod ziemię: znalazł się w wielkim pomieszczeniu, otoczony przez trzysta czarownic i czarowników. Następnego ranka opowiedział o tym wodzom i poprowadził ich od chaty do chaty, wskazując domniemanych złoczyńców. Tak skazał na śmierć kilkaset osób.

Za okrucieństwo (lekkomyślność prowadzącą do śmierci) Irokezi uważali niespełnienie życzenia zawartego w wizji sennej, często odczytywanej jako formę objawiania się sił nadprzyrodzonych. Niektóre sny wymagały działania ceremonialnego (symboliczne tortury, kanibalizm), inne realizacji w życiu doczesnym (wyprawa wojenna). Irokezi gotowi byli na poświęcenie własnego zdrowia, a nawet życia członków własnej społeczności, ponieważ w walce o własne życie żadne metody – poza skrajnymi – nie były wystarczająco dobre. A zatem okrucieństwo było sposobem na uchronienie przed śmiercią – śmiercią jednostki, ale też przed unicestwieniem całej społeczności albo wręcz świata.

*

Wizja przedzierających się kilka dni przez głębokie śniegi Kanady wojowników Mohawków z jeńcami – tak plastycznie przedstawiona w filmie Czarna suknia – skłania do zastanowienia: po co ten cały wysiłek? Dlaczego tych kilku jeńców nie zabito od ręki? Tortury – swoisty „rytuał przejścia” – służyły zmienianiu obcych na swoich. Śmierć spotykała więc już nie obcego, lecz „oczyszczonego”, którego osobowość w okrutny sposób unicestwiono i który w symboliczny sposób stał się „jednym z nas”. Pojawienie się obcego nie mogło zaburzyć porządku kultury – mógł wejść i umrzeć (lub zostać adoptowany) tylko w sposób zgodny ze stylem Irokezów i dla Irokezów pożądany. Jego zabicie nie mogło być aktem nieważnym. Umierał jako Irokez. Czyż może być większe poświęcenie, by zyskać przychylność sił nadprzyrodzonych niż torturowanie i zabicie członka „własnego” rodu?

 

Przypisy:

[1] Pomiędzy 1603 a 1701 rokiem Irokezi byli atakowani przez przynajmniej 20 różnych plemion, a sami najeżdżali 51 różnych społeczności tubylczych. W tym okresie wzięli udział w przynajmniej 465 starciach, z których w 354 byli agresorami.
[2] Irokezi znali też inne formy prowadzenia wojny: wielkie indiańskie armie staczały ze sobą bitwy, miały one jednak na poły charakter rytualny, kończyły się stosunkowo niewielką liczbą zabitych, a głównym celem pozostawało pochwycenie kilku jeńców. Irokezom nieznane były bitwy „na zaliczanie ciosów”, jak wśród plemion Wielkich Równin, gdzie za szczególny przykład męstwa brano nie zabicie wroga, lecz „zaliczenie na nim ciosu” ręką, maczugą lub specjalnie do tego przeznaczoną pałką.
[3] Zaś picie krwi ofiar, a także późniejsze wcieranie jej w głowy dzieci można odczytywać jako metodę przejmowania mocy zabitego.

 

Artykuł ukazał się w wersji papierowej “Fragile” nr 1 (7) 2010.

Bartosz Hlebowicz - etnograf, doktor nauk humanistycznych UJ, autor "Odnaleźć nasze prawdziwe ścieżki" poświęconych Oneidom oraz Delawarom, a także "Nowa Wola po prostu", będącej rezultatem projektu fotograficznego z dziećmi we wsi na Podlasiu oraz w rezerwacie indiańskim w Kanadzie; współredaktor kwartalnika "Tawacin", poświęconego Indianom Ameryki Północnej.

Napisz komentarz


siedem × = 14