Kobiecość jest połączeniem kruchości i delikatności z hartem ducha. Rozmowa z Magdaleną Piekorz – reżyserką filmową i teatralną

0
290

 

Urszula Tes: Wszystkich twórców dotknęły konsekwencje pandemii, bez wątpienia także Ciebie. Opowiedz proszę trochę o tym; czy z wielu projektów teatralno-filmowych musiałaś zrezygnować;czy jest szansa, że one jeszcze zaistnieją?

Magdalena Piekorz: Niestety, odczułam to bardzo boleśnie. Kończący się rok rozpoczęłam realizacją spektaklu Królowa Śniegu w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie, gdzie sprawuję również funkcję dyrektora do spraw artystycznych. Premiera odbyła się 27 lutego, tydzień później świat stanął w miejscu. Pamiętam bankiet po premierze… nikt wtedy jeszcze nie podejrzewał, że za kilka dni wszystko się zmieni i że będzie to miało dla nas tak poważne konsekwencje.

Właściwie trzeba było zweryfikować wszystkie artystyczne plany. Udało nam się co prawda doprowadzić do realizacji premiery spektaklu Fałsz na podstawie tekstu holenderskiej autorki Lot Vekemans w reżyserii André Hübnera-Ochodlo, ale sztuka była bardzo kameralna, trzyosobowa i przygotowywana w całkowitym reżimie sanitarnym. Aktorzy w odległościach od siebie, na scenie postawiona ściana z pleksi, wykorzystana zresztą potem przez reżysera jako element scenografii. Rozpoczęliśmy też próby do spektaklu Dziewiąty dzień księżycowy Ołeksandry Hromowej w reżyserii Michała Zdunika, ale premierę musieliśmy przełożyć na nowy rok. Kilka spektakli pokazaliśmy online, aktorzy udzielali się na naszej stronie internetowej i na Facebooku, czytali wiersze, żeby podtrzymać więź z publicznością.

Mój osobisty grafik również całkowicie się wywrócił do góry nogami. W kwietniu miała się odbyć w Teatrze Kwadrat w Warszawie premiera monodramu Ewy Ziętek W czerni, czerwieni, błękicie na podstawie tekstu Remigiusza Grzeli w mojej reżyserii – projekt był dwa razy przekładany, aż w końcu odłożony na lepszy czas, więc trudno powiedzieć, czy i kiedy do niego wrócimy. We wrześniu planowałam próby do musicalu Pinokio w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Premiera została przeniesiona na czerwiec przyszłego roku. W styczniu natomiast mam rozpocząć próby do spektaklu Yentl według tekstu Issaka Bashevisa Singera w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Premiera ustalona jest na marzec. Wszyscy jesteśmy w gotowości i wierzymy, że będziemy mogli przystąpić do pracy.

 

U.T.: Magdo, kończąc temat pandemii, czy odkryłaś w tym okresie zamknięcia jakieś szczególnie interesujące dla Ciebie filmy, książki, czy coś Cię twórczo zainspirowało?

M.P.: Oczywiście, dużo w tym czasie czytałam i oglądałam, ale to rzeczywistość najbardziej mnie zainspirowała. Przeżywamy teraz bardzo ciekawy historycznie czas: pandemia, strajki kobiet, sytuacja polityczna w naszym kraju. Od kilku miesięcy praktycznie codziennie piszę, odczuwam głęboką potrzebę reagowania na to, co dzieje się wokół. Są to krótkie formy poetyckie, które publikuję na Facebooku i ilustruję dziełami sztuki. To też mój sposób na uporządkowanie sobie tego świata. Skupiłam się też na pracy nad scenariuszem mojego nowego filmu: Nieobecność, który powstaje w oparciu o książkę napisaną przeze mnie wspólnie z Ewą Kopsik. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się go zrealizować.
Jeśli zaś chodzi o inspiracje artystyczne, w ostatnim czasie namiętnie oglądam seriale, dziś realizowane często z większą starannością i polotem niż filmy pełnometrażowe. Zaczęło się od Czarnobylu, potem Homeland a ostatnio The Crown – wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Z książek ciekawa była lektura Z kim tak Ci będzie źle jak ze mną, czyli opowieść o Kalinie Jędrusik i Stanisławie Dygacie pióra Remigiusza Grzeli, i biografia Jerzego Antczaka Jak ja ich kochałem.

 

U.T.: Działasz twórczo w teatrze i w filmie, jakie różnice widzisz w pracy na scenie i na planie? Który żywioł jest Ci bliższy?

M.P.: Bliższy jest mi film, pewnie z racji mojego kierunkowego wykształcenia, ale jestem ogromnie wdzięczna teatrowi, że otworzył dla mnie swoje podwoje. Od 2004 roku, kiedy odbyła się premiera monodramu Doktor Haust z Michałem Żebrowskim w roli głównej, zrealizowałam kilkanaście sztuk teatralnych. Pracowałam z najwybitniejszymi polskimi aktorami: z Anną Polony, Janem Peszkiem, Krzysztofem Kolbergerem, Janem Fryczem, Marianem Dziędzielem, w wielu teatrach w Polsce. Lubię pracę nad tekstem, dlatego nawet wtedy, gdy przygotowuję się do filmu, zaczynam od prób stolikowych. Film jest materią, nad którą mogę bardziej zapanować niż nad spektaklem teatralnym. Wielu reżyserów ceni sobie w teatrze tę niepewność, to poczucie, że każdy spektakl będzie inny, że w pewnym sensie jest niewiadomą. Mnie to szalenie stresuje. Filmowi mogę nadać ostateczny kształt, zdecydować, kiedy jest skończony – i wtedy pokazać go światu. Spektakl nie jest skończony nigdy, jest gatunkowo dziełem otwartym.

 

U.T.: Spektakle, które widziałam w 2019 i 2020 (przed pandemią), czyli Czyż nie dobija się koni oraz Królowa śniegu są bardzo filmowe. Opowiedz proszę o inspiracjach, które towarzyszyły Ci podczas realizacji tych spektakli.

Scena ze spektaklu „Czyż nie dobija się koni?” w reż. M. Piekorz, Fot. Piotr Dłubak/archiwum teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie

M.P.: Poprzez spektakle, które realizuję, zawsze staram się opowiadać o otaczającym nas świecie. W przypadku Czyż nie dobija się koni? inspiracją był oczywiście znakomity film Sydneya Pollacka z Jane Fondą w roli głównej. Spektakl jest filmowy, bo też nie uwspółcześniałam specjalnie tej historii, rozgrywa się ona – podobnie jak w filmie z 1969 roku w latach 30-tych w Ameryce i osadzona jest w czasach Wielkiego kryzysu. Jeśli jednak spojrzeć na problemy, których ta opowieść dotyczy: pęd za pieniędzmi, udział w masowym show dla uzyskania profitów, wyrwanie się do lepszego świata – to tymi problemami żyjemy i my, ludzie XXI wieku.

Królowa Śniegu jest natomiast filmowa ze względu na wykorzystaną przez nas technikę green boxu[1] i przeniesienie części opowieści do wirtualnego świata. W naszej realizacji Królowa Śniegu jest spektaklem muzycznym, trzeba więc było znaleźć jakiś ekwiwalent obrazowy dla tych fragmentów spektaklu, w których bohaterowie śpiewają. To pozwoliło nam „wejść do głowy” Gerdy (Hanna Zbyryt), zobaczyć jej myśli, przekonać się, co stało się z Kajem (Krzysztof Koła), kiedy zabrała go Królowa Śniegu (Teresa Dzielska). Dzięki zastosowaniu tej techniki, postaci ze sceny mogły rozmawiać z postaciami z ekranu (Gerda z mówiącym Krukiem), a część historii przeniosła się do wirtualnego świata. Udało się nam stworzyć na scenie prawdziwą magię. Oczywiście wielka tu zasługa Hektora Weriosa, który wyrysował i wspólnie z Adamem Synyszynem zanimował ten świat; Pawła Murlika, który stworzył piękne światło i Adriana Konarskiego, który skomponował przepiękną muzykę.

Scena ze spektaklu „Królowa śniegu”, w reż. M. Piekorz, Fot. Piotr Dłubak/archiwum teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie

 

U.T.: No właśnie, w Twoich spektaklach i filmach niezwykle istotną rolę odgrywa muzyka, stale współpracujesz z Adrianem Konarskim. Opowiedz proszę coś więcej na ten temat.

M.P.:Tak, przywiązuję do muzyki bardzo dużą rolę. To ona często buduje w filmie i teatrze nastrój, zastosowana kontrapunktowo może zmienić znaczenie i odbiór konkretnej sceny, często wzmaga napięcie, szykuje nas na to, co za chwilę nastąpi. Nie lubię muzyki ilustracyjnej, która opowiada to, co już widzimy na ekranie, wtedy czuję przesyt. Natomiast użyta właściwie, może wynieść spektakl czy film na zupełnie inny poziom. Jeśli chodzi o moją współpracę z Adrianem Konarskim, to faktycznie trwa ona nieprzerwanie od 2003 roku. Poznaliśmy się podczas festiwalu Era Nowe Horyzonty, który wtedy odbywał się w Cieszynie. Usiedliśmy na tej samej ławce i Adrian dał mi swoją płytę, na której był utwór, później przez nas włączony do Pręg (2004). Po pierwszym odsłuchaniu wręczonego mi materiału wiedziałam, że to ON musi napisać muzykę do mojego debiutanckiego filmu. Było w niej światło, coś, czego szalenie brakowało w tej mrocznej historii, co dawało oddech, ale mówiło także o tym, że gdzieś za tą ciemną fasadą, jest w tych bohaterach jakaś jasność. Trudno w tej chwili policzyć, przez ile wspólnych projektów przebrnęliśmy z Adrianem od tego czasu. To nie tylko kino i film, także piosenki, do których piszę teksty. Adrian ma niezwykłą wrażliwość, czasem mam wrażenie, że czyta mi w myślach, a jeżeli tak nie jest, na pewno dogłębnie rozumie i czuje to, o czym opowiadam.

 

U.T.: Rozpoczynałaś pracę w filmie od dokumentu, potem podążając w stronę kreacji, czy nie masz ochoty powrócić do formy niefabularnej, podejrzeć jeszcze raz życie „bez makijażu”? Jakie tematy by Cię interesowały?

M.P.:Czasami ciągnie w mnie w tę stronę, ale po tylu spektaklach, po filmach fabularnych, trudno mi się przestawić. Dokumenty realizowałam jeszcze na etapie moich studiów na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Wykładał wtedy u nas prof. Andrzej Fidyk, znakomity dokumentalista, autor słynnej Defilady (1989) i wielu innych, wspaniałych filmów. Prowadził w TVP swój autorski, cykliczny program „Czas na dokument”. To był okres studenckich debiutów: moje Dziewczyny z Szymanowa (1997), Takiego pięknego syna urodziłam (1999) Marcina Koszałki. Wszystko pod szyldem tego cyklu, z emisją w godzinie największej oglądalności. Fidyk nie bał się kontrowersji, pokazywał filmy ważne, czasami bolesne, a my chyba po raz pierwszy czuliśmy, że możemy się otwarcie wypowiedzieć, zabrać głos w jakiejś sprawie. Kiedy zlikwidowano ten cykl, wielu z nas, wtedy debiutujących zwróciło się w stronę fabuły. Nie wiem, może zabrano nam jakiegoś ducha opiekuńczego…W każdym razie był to dla mnie pewien etap – także kształcenia zawodowego. Dziś wiem, że zawodu reżysera nauczyłam się na dokumencie. Także pewnej dyscypliny twórczej, umiejętności opowiadania skrótem, syntezy. Bardzo mi się to potem przydało przy filmie fabularnym. Raz, już po wielu latach od studiów wróciłam do dokumentu filmem Widok Krakowa (2013), w którym wybitny poeta Adam Zagajewski opowiadał o literackim obliczu miasta. Jednak to był już inny dokument, nie społeczny, literacki raczej. Inny niż te, których uczył nas Andrzej Fidyk.

 

U.T.: Do tej pory kręciłaś filmy psychologiczne, dramaty. Czy masz ochotę wyrwać się z tych konwencji i zrealizować obrazy w zupełnie innej stylistyce, konwencji gatunkowej? Wiem, że szczególnie bliski Ci jest musical.

M.P.: Mam ochotę realizować filmy w odmiennych konwencjach, gatunkowo różne. Zawsze uważałam, że reżysera powinna cechować wszechstronność. Do tej pory nakręciłam tylko filmy psychologiczne, bo kiedy chodziło o kino gatunkowe, nikt nie chciał obdarzyć mnie zaufaniem. Udało mi się to natomiast w teatrze – tu zrealizowałam musical, sztukę dramatyczną, komediową,a nawet spektakl bez słów. Musical filmowy natomiast jest moim marzeniem, odkąd zobaczyłam wiele lat temu Hair (1979) Miloša Formana. Ładunek emocjonalny był w tym filmie ogromny, a  zakończenie za każdym razem ściskało mnie za gardło. Mam nadzieję, że to pragnienie kiedyś się ziści.

Scena ze spektaklu „Czyż nie dobija się koni?” w reż. M. Piekorz, Fot. Piotr Dłubak/archiwum teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie

 

U.T.: Kino od dłuższego czasu bardzo intensywnie rozwija się technologicznie. Twoje filmy do tej pory były dość kameralne. Nie masz ochoty skorzystać z tych nowych możliwości?

M.P.: Moje dotychczasowe filmy to było kino stricte psychologiczne, oparte głównie na grze aktorów, ich emocjach i wytworzonym pomiędzy nimi napięciu, więc nie było potrzeby, żeby sięgać po technologiczne rozwiązania. Mam wrażenie, że mogłyby one wręcz zburzyć tę kameralność, o którą tak mi chodziło. W przypadku Nieobecności, nad którą obecnie pracuję, pojawiają się filmie sceny, które, mówiąc metaforycznie są „wędrówkami umysłu”, towarzyszącymi czasem boreliozie czy innej przewlekłej chorobie: omamy występujące w przypadku skrajnego bólu, niepokojące i bardzo wyraźne sny. Zastanawiam się, czy nie zastosować w tym przypadku animacji komputerowej, również ze względu na to, że trudno jest w klasycznym opowiadaniu oddać odmienny stan umysłu. Projekt jest jednak na razie na etapie powstawania scenariusza, trudno mi więc jednoznacznie powiedzieć, czy ta koncepcja przeważy.

 

U.T.: Nieobecność, powieść, o której już wspomniałaś oparta jest w dużej mierze na Twoich doświadczeniach z chorobą, boreliozą. Oglądając Twój spektakl Czyż nie dobija się koni w Teatrze im. A. Mickiewicza w Częstochowie (premiera odbyła się 12 stycznia 2019r.) głęboko odczułam, że dotykam emocji, dramatów, które przeżywałaś przez ponad cztery lata, a które też sama znam z autopsji. Czego nauczyło Cię to trudne doświadczenie?

M.P.: To było moje najtrudniejsze i najbardziej bolesne doświadczenie życiowe. Przewlekła choroba, z którą nie można sobie ot tak poradzić, to problem, który dotyka nie tylko chorującego, ale całe jego otoczenie. To również poważny problem społeczny, bo wiele osób nie chce się z taką sytuacją zmierzyć, skonfrontować, woli odrzucić, niż zrozumieć. Chorowałam poważnie cztery lata. Moja Mama i partner „chorowali” razem ze mną, wspólnie ze mną przeżywali wszystkie wzloty i upadki. Nie mogłam normalnie funkcjonować, realizować swoich pasji, po prostu żyć. To doświadczenie przewartościowało poważnie moje myślenie. Dzisiaj wiem, że zdrowie jest najważniejsze. Nigdy też nie zgodzę się z powiedzeniem, że cierpienie uszlachetnia. Tak, wyszłam z choroby silniejsza, ale ból wywoływał bunt, agresję i lęk.

Powieść Nieobecność powstała z głębokiej potrzeby podzielenia się tym doświadczeniem z innymi ludźmi – żeby zrozumieli z czym często żyją ich bliscy, przyjaciele, znajomi. Żeby uwierzyli. Pomyślałam też, że może moje doświadczenie przyda się tym, którzy szukają drogi do wyzdrowienia. Może tę drogę im skróci, bo nie będą popełniać moich błędów.

Magdalena Piekorz, fot. Arleta Lizoń

 

U.T.: W Twoich filmach często pojawia się motyw domu. W Pręgach jest kojarzony z trudną relacją z ojcem, w Senności – z niezrozumieniem, samotnością, w Zbliżeniach – z osaczeniem. Czym dla Ciebie jest dom?

 M.P.: Dom to fundament, to od niego się wszystko zaczyna, wszystkie nasze przyszłe działania, nadzieje, także lęki, mają swój początek w rodzinnym domu. Mój dom był bardzo szczęśliwy, ale znam takie, do których nie chciało się wracać. Dom musi dawać poczucie bezpieczeństwa, być tym parasolem ochronnym, pod który zawsze możemy wrócić. Dom nie musi być bogaty, ani tonąć w przepychu, ważne, żeby dawał ciepło, czułość i miłość.

 

U.T.: Wychowałaś się na Śląsku, czy czujesz się Ślązaczką? czy masz jakieś plany, by nakręcić film albo wystawić spektakle akurat w tym regionie? 

M.P.: Wychowałam się na Śląsku, w Katowicach-Bogucicach, jednej z najstarszych dzielnic tego miasta, gdzie wychował się również mój Tata. Urodziłam się jednak w Sosnowcu, moja Mama pochodzi z Dąbrowy Górniczej, jestem więc, jak to się u nas mówi, Krojcokiem, czyli na wpół-Ślązaczką, na wpół-Zagłębianką. W dzieciństwie odczuwałam to dość dotkliwie, bo dzieci z podwórka delikatnie mówiąc, nie sympatyzowały ze mną. Miałam jedną przyjaciółkę Iwonkę, która mieszkała w bloku dwa piętra wyżej, poza tym nikt się ze mną szczególnie nie zadawał. Kiedyś w przedszkolu pani sprała mnie na gołą pupę za wyciągnięcie muszelek z przedszkolnego akwarium, ale jak się potem okazało, była to zwykła wymówka. Uderzając mnie pani wykrzykiwała: „będziesz dalej kraść, ty Gorolko?!” A że Gorol/Gorolka, to był ktoś gorszy, ktoś spoza Śląska, łatwo się było domyślić, że chodziło o miejsce mojego urodzenia. Czy czuję się Ślązaczką? Chyba tak… Całe dzieciństwo spędziłam w cieniu kopalni Katowice, w której pracował mój Tata, inżynier górnik. Uwielbiałam wkładać jego czapki z białym i zielonym pióropuszem. Pamiętam orkiestry górnicze, które grały pod naszymi oknami, i karczmy piwne, z których wychodzili górnicy rozpoznawalni po zygzakowatym chodzie z odległości kilku dobrych metrów. Wokół mówiono gwarą. Moja Mama, polonistka dbała o to, żebym posługiwała się ładną polszczyzną, a Tata zabierał do kopalni, żebym zobaczyła, czym jest prawdziwa praca. To był niezwykły folklor i niepowtarzalny, nie do podrobienia klimat.

Kilka miesięcy temu w moje ręce trafił piękny scenariusz, opowiadający o Śląsku tamtych czasów, o górniczym micie i utraconej Arkadii. Wcześniej nie miałam odwagi, żeby sięgnąć do tego tematu. Dzisiaj odczuwam głęboką potrzebę powiedzenia o tym światu, może nawet powinność… bo nie ma już ani mojego Taty, ani tej kopalni, ani tamtego klimatu. Może więc przynajmniej uda się go utrwalić go dla potomnych.

 

U.T.: W Twoich filmach mocno zaznaczony jest wątek kobiet, zazwyczaj wrażliwych, ale też silnych. Czym dla Ciebie jest kobiecość?

M.P.: We wszystkich moich realizacjach kobiety odgrywają i będą odrywać ważną rolę. Uważam, że w tej chwili przeżywamy „erę kobiet”, co dało się zaobserwować podczas trwających niedawno strajków. Myślę jednak, że ten bunt kobiet, wyrażony chyba po raz pierwszy tak otwarcie, głośno, wręcz buńczucznie, to koniec pewnej epoki – epoki patriarchatu, w której mężczyźni nie tylko odgrywali ważniejszą niż my rolę, ale przede wszystkim decydowali o naszym miejscu w świecie, o naszym losie, o naszej pozycji. Jeszcze nie tak dawno kobieta, za którą nie stał mąż, nie była traktowana poważnie, często też nie okazywano jej należytego szacunku. Jeśli dopuściła się zdrady, mówiło się o niej w jeden tylko sposób, ale kiedy dokonywał jej mężczyzna, wina była po stronie zaniedbującej go żony. Można powiedzieć, że na męską zdradę istniało ciche, społeczne przyzwolenie, a jeśli zdradzający mąż nie opuścił przy tym żony, nadal pozostawał dobrym, wiernym mężem, bez względu na liczbę zdrad, jakich się dopuścił. Myślę, że kobiety mają dość odgrywania roli kozła ofiarnego, a otwarte postawienie kwestii samodecydowania o sobie jest właśnie wyrazem siły.

Kobiecość jest dla mnie połączeniem kruchości i delikatności z hartem ducha. To wrażliwość i siła charakteru. To także sposób poruszania się, mówienia, noszenia (tzn. ubierania), ale i sposób odczuwania, reagowania na krzywdę i niesprawiedliwość. Kobieta jest z natury złożona i moim zdaniem, taka powinna być. Powinna umieć się śmiać i płakać, być bezbronna, ale i waleczna. W moich filmach przedstawiłam różne wizerunki kobiet. Była Tania (w tej roli Agnieszka Grochowska) z Pręg, która potrafiła „spojrzeć Wojciechowi prosto w duszę” i zobaczyć, że pod maską zimnego drania, kryje się zagubiony chłopiec. Była cierpiąca na narkolepsję Róża (Małgorzata Kożuchowska) z Senności (2008), która podskórnie czuła, że jest zdradzana przez męża i mimo ograniczeń związanych z chorobą, znalazła siłę, żeby tego dowieść. Była Marta (Joanna Orleańska) ze Zbliżeń (2014) blisko związana ze swoją matką, która rzeźbiąc kobiece postaci swoje cierpienie przekuwała w sztukę. Wszystkie moje bohaterki, mimo iż charakterologicznie inne, łączyły: delikatność, wewnętrzna siła i ambicja. Wszystkie podejmowały od życia wyzwania, nawet jeśli narażone były na niepowodzenie.

 

U.T.: Czego sobie byś życzyła w przyszłym roku?

M.P.: Przede wszystkim zdrowia. Tego życzę nie tylko sobie, ale nam wszystkim – żeby skończył się jak najszybciej ten trudny i niepewny czas. Życzę pogody ducha i nadziei – żeby zawsze się w nas tliła, nawet gdy jest bardzo źle. Sobie życzę jeszcze, żeby udało mi się zrealizować tych kilka odłożonych projektów. I film. Bardzo chciałabym wrócić do filmu!

 

U.T.: Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Życzę Ci zdrowia i czekam na Nieobecność i Twoje spektakle.

 

Magdalena Piekorz – reżyser filmowy i teatralny, scenarzystka, doktor sztuki filmowej.

Ukończyła reżyserię na WRiTV Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach; od 2004 do 2016 adiunkt i wykładowca na Reżyserii WriTV, pełniła także funkcję dyrektora artystycznego w Instytucji Filmowej „Silesia-Film”. Filmy dokumentalne, które kręciła zarówno w Polsce, jak i za granicą (m.in. w Bośni i USA) to m.in. Dziewczyny z Szymanowa, Franciszkański Spontan, Znaleźć, zobaczyć, pochować, Arystokraci w Nowej Rosji, Przerwany lot oraz Widok Krakowa.

Za debiut fabularny Pręgi otrzymała w 2004 r. Złote Lwy na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. W 2005 roku film był kandydatem do Oscara. Senność z 2008 r. nagrodzona została Złotym Klakierem i otrzymała nagrody FFP w Nowym Yorku i Seattle. Zbliżenia z 2016 r. przyniosły nagrody za muzykę i zdjęcia na Festiwalu „Prowincjonalia” we Wrześni. Równolegle z twórczością filmową Magdalena Piekorz z powodzeniem realizuje spektakle teatralne, pracując z wieloma teatrami w całej Polsce. Od września 2018 r. pełni funkcję dyrektora s. artystycznych w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. W 2019 r. w tym właśnie teatrze wyreżyserowała spektakl Czyż nie dobija się koni?, a w lutym 2020 baśń Królową Śniegu.

W 2019 r. na deskach Warszawskiej Opery Kameralnej zadebiutowała jako reżyser spektaklu operowego, reżyserując spektakl Orfeusz i Eurydyka Christopha Wilibalda Glucka.

W wolnych chwilach Magdalena Piekorz pisuje wiersze i teksty piosenek. W 2019 r.  ukazał się tomik poezji Ogrody pamięci oraz powieść Nieobecność, napisana we współpracy z pisarką Ewą Kopsik.

 

Urszula Tes – redaktorka działu film w redakcji „Fragile”, filmoznawczyni, wykładowca akademicki, specjalizuje się obecnie w kinie polskim. Mieszka w Krakowie.

 

[1] Technika obróbki obrazu green screen jest wykorzystywana w produkcjach telewizyjnych i filmowych. Technika ta polega na zamianie tła o w miarę jednolitym kolorze na dowolny obraz. Kolor tła to zazwyczaj niebieski lub zielony, ponieważ są one uważane za najmniej podobne do koloru skóry i najrzadziej pojawiają się w kostiumach i rekwizytach. W procesie produkcji lub postprodukcji materiału wideo dzięki tej technice łatwo manipulować tłem, podkładając w miejsce jednolitego koloru, dowolne inne elementy graficzne, filmowe czy animowane.

 

 Fot. na stronie głównej – Piotr Dłubak

Fragile – nowa odsłona

 

Dodaj odpowiedź