Koniec

0
1065

Na czarnym niebie układa się kolaż gwiazd. Tańczą ze sobą pijane bezsenną nocą. Spoglądający na nie z oddali księżyc przypomina reżysera kosmicznego przedstawienia.

Autor: Bartłomiej Michał Górecki

Srebrny Glob przygląda się czerwonym cegłom hotelu. Otula swym spojrzeniem drzwi wejściowe oraz ogromne okna. Zagląda do wnętrza budynku. W środku otumania go spokojna pustka przestrzeni. Po chwili przenosi swój wzrok na znajdujący się w pobliżu parking. Wyludnione miejsce ozdabia nieśmiałe, głuche echo.

Kilka minut późnej skupia uwagę zupełnie gdzie indziej. Obserwuje miejscowy las. Malowniczy obszar tworzą rozłożyste drzewa stojące obok siebie w dwuszeregu jakby na baczność. Roślinny mur odgradza faunę i florę od miejskiego krajobrazu. Poza ten punkt graniczny nie sięga nawet księżycowe oko. Tuż obok jednego z konarów znajduje się drobny przedmiot. To ciemnoniebieski guzik – pamiątka po niezapowiedzianej wizycie pewnego mężczyzny. Niespodziewany przybysz odwiedził las trzy dni temu. Drzewa wiedzą, że do kolejnego spotkania już nie dojdzie.

PONIEDZIAŁEK

4:40

Samotny przystanek autobusowy spowija ostatek półmroku poranka. Ulica milczy. Zza betonowego horyzontu wyłania się wędrowiec. Kieruje się przed siebie, idąc krokiem, który zwiastuje burzę. Ma wyraz twarzy kogoś poturbowanego przez wczorajszy sen. Zaczyna padać deszcz. Symetryczne krople spadają na chodnik. Mężczyzna przystaje na chwilę obok obmywanego przez deszcz pomnika. Kawałek miedzi przemawia uderzającą frazą: „Nie martwcie się matki”. Wędrowiec poprawia przemoczony już płaszcz, odgarnia grzywkę do tyłu i kontynuuje spacer.

PONIEDZIAŁEK

5:20

Za oknem rozpętuje się prawdziwa ulewa. Na podłodze hotelowego pokoju leży trzydziestosześcioletni mężczyzna. Czerwień ścian wlewa mu się do ucha i zbiega się ze szkarłatem opuszczającym jego ciało. Rozżarzona skóra skrapla wypełniające pomieszczenie powietrze. W nieobecnych oczach mężczyzny można dostrzec lustrzane odbicie wczorajszej rzeczywistości.

Wyświetla się tam malowniczy, choć wyblakły obraz – mały chłopiec podąża za kroczącym polną drogą gołębiem. Dziecko dociera do ptasiej kryjówki, gdzie przygląda się powyginanymi w łuk drzewom, przytulającym gołębi dom. Chłopiec kładzie się na jednym z najgrubszych korzeni i spogląda prosto w niebo. Jednym, sprawnym ruchem dłoni przyzywa do siebie okoliczne ptactwo. Lustro odbijające przeszłość pęka. Oczy leżącego mężczyzny powoli napełniają się czerwienią. Ostatni grymas ust, ostatni mikroruch dłoni. Uwolnił się od ciała i okrył się nicością.

PONIEDZIAŁEK

8:43

Promienie słońca wdzierają się do hotelowego pokoju przez na wpół uchylone okno. Melodia ulewy ustępuje nowej, wygrywanej przez syrenę jadącego radiowozu. Samochód zbliża się do parkingu, a dźwięk staje się coraz cichszy. Zupełnie jakby pojawienie się auta na chwilę odwróciło czasoprzestrzenną chronologię. Trzask zamykanych drzwi płoszy śnieżnobiałego kota wypatrującego nowych przybyszów z dachu hotelu. Para funkcjonariuszy wchodzi do holu, zostawiając za sobą woń wieloletniego zgorzknienia. Obaj wyglądają niemal identycznie. Noszą ten sam uniform – niebieskie jeansy, ozdobioną niebieskimi guzikami niebieską koszulę i buty z niebieskimi sznurówkami.

PONIEDZIAŁEK

13:13

Wędrowiec stawia do góry kołnierz wysychającego płaszcza. Nie zwalniając kroku, schodzi szerokimi schodami w dół. Przed jego oczyma staje długi tunel. Powierzchnię podziemnego przejścia pokrywa mrok, lecz gdzieś w oddali tli się mała iskierka światła. Wędrowiec idzie po omacku, a ciemność okrywa jego ciało niczym szlachetna szata nocy. Mrugające z daleka światło nacina czarną otchłań, jakby chciało, by limfa czeluści wypłynęła na wierzch. Oślepiająca iskierka powiększa się i nabiera coraz wyraźniejszego kształtu. Podekscytowany wędrowiec jest coraz bliżej. Już czuje na swojej twarzy ciepło jaskrawego punktu. Zniecierpliwiony i zahipnotyzowany jasnością pokonuje kolejne metry. Wreszcie dociera do wyjścia. Wynurza się z tunelu i uważnie przypatruje się obiektowi, który teraz niemal dotyka czubka jego nosa. To poświata o mgielnej konsystencji, w której wędrowiec odnajduje dziwnie znajome rysy. Widzi w niej pociągłą twarz mężczyzny w okularach. Spojrzenie niezwykłego omamu jest jednocześnie wytężone i nieobecne.

Autor: Bartłomiej Michał Górecki

PONIEDZIAŁEK

8:45

Dwóch funkcjonariuszy krąży wokół ciała martwego mężczyzny. Poruszają się zygzakiem jak nocne mary opite ludzkimi koszmarami.

– Wiek? – pyta pierwszy funkcjonariusz

– Około trzydziestki – odpowiada drugi, wkładając dłoń do kieszeni.

– Przyczyna?

– Rana postrzałowa – drugi funkcjonariusz wskazuje palcem potylicę leżącego mężczyzny.

Drugi funkcjonariusz na chwilę przystaje. Klęka tuż przy potylicy zmarłego. Bardzo uważnie przygląda się ranie. Przez kilka milczących minut wpatruje się w wyzierającą z obrażenia ciemność. W tym czasie pierwszy funkcjonariusz zdąża obejść partnera i ciało dookoła aż dwa razy. Drugi funkcjonariusz przygląda się fascynującemu go widokowi z coraz większą intensywnością.

– Raz, dwa, trzy – powtarza w myślach, równocześnie ściskając coraz mocniej zawartość kieszeni swoich spodni.

WTOREK

23:10

Rozszerzone źrenice obserwują zamroczone nocą lokalne kino. Tuż przed wejściem znajdują się trzy samochody. Lustrowane przez peryferyjne spojrzenie auta stoją obok siebie, trzymając się w żelaznym uścisku. Przywodzą na myśl industrialne bliźniaki syjamskie – niecodzienność spłodzoną przez łono betonowego ekosystemu. Pojazdy są zaparkowane w samym sercu tego miejsca. Rytm okalającej je przestrzeni nie pozwala nazwać nocy głuchą. Gęste powietrze drży niczym wulkan przed erupcją. Tuż przy jednym z aut leży młoda kobieta. Jej wzrok utkwił w anonimowym spojrzeniu z oddali. Jej dłonie delikatnie drżą. Ledwo zauważalny ruch jest ostatnim przedśmiertnym gestem. Ciało przeobraża się w posąg. Zamienia się w statuę powaloną na ziemię przez brutalny zbieg okoliczności.

Dwóch funkcjonariuszy podchodzi bliżej. Obaj w skupieniu marszczą brwi. Pierwszy funkcjonariusz tonie w błękicie szeroko otwartych oczu kobiety. Wyłuskuje z nich obraz małego, opuszczonego pokoju z przaśną tapetą ścienną i niemodnym stolikiem kawowym. Drewniana podłoga jest przystrojona kiczowatym dywanem dość nieudolnie przedstawiającym układ planetarny. Barwne kosmiczne okręgi wywołują u policjanta uczucie oczopląsu.

Policjanci odchodzą w mrok betonowej puszczy i zostawiają ciało na pożarcie osieroconej przestrzeni. Tapeta pęka. Jej zrogowaciały naskórek odchodzi od ściany i odkrywa banalną, czarną powierzchnię. Stolik przewraca się.

ŚRODA

4:46

Ma długi tułów, wąską klatkę piersiową i puszysty ogon o długości około pół metra. Silnie rozwinięte ostre kły są przyprószone zimową bielą. Stalowe mięśnie przednich kończyn pomagają utrzymać dostojną posturę. Spogląda z zaciekawieniem na pustą ulicę. Niecierpliwie wyczekuje pojawienia się człowieka. Kryjąc się w gęstwinie krzewów, nasłuchuje dochodzącego z oddali, jaskrawego dźwięku.

Para funkcjonariuszy wychodzi z samochodu. Poruszają się bardzo ostrożnie, zupełnie jakby chodzili po pękającej tafli zamarzniętego jeziora.

– Słyszysz? – pyta jeden

– Tak – odpowiada drugi.

Idą w kierunku leśnej bramy, niczym pielgrzymi zmierzający ku przeznaczeniu. Zbliżając się do labiryntu drzew, czują, jak gorący pot skrapla ich czoła. Docierają do roślinnej twierdzy. Ich wzrok przykuwają delikatnie falujące liście.

– Wydaje mi się, czy…? – pyta drugi z funkcjonariuszy.

– Nie. To musi być…

Ich wymianę wątpliwości przerywa jazgotliwy ryk. Bębenki funkcjonariuszy wibrują, jakby miały zaraz eksplodować. Pierwszy funkcjonariusz czuje się zagubiony jak bokser po otrzymaniu celnego ciosu. Robi kilka chwiejnych kroków w tył i siada na trawę. Walczy z oddechem, jednocześnie niepewnie badając dłońmi grunt.

Drugi, pomimo nieznośnego dudnienia w uszach, zachowuje zimną krew. Chwyta skrawek koszuli i wyciera pot z czoła. Przygląda się guzikowi, który dziwnym trafem odpadł od bawełnianego materiału i znalazł się u jego stóp. Pierwszy funkcjonariusz obserwuje tę dziwną scenę. Z jego perspektywy odbywa się ona w zwolnionym, niemal poklatkowym tempie. Gesty jego partnera przywodzą na myśl ruchy drewnianej kukły.

Drugi funkcjonariusz stoi jak wryty. Jego oczom ukazuje się postać, która przed chwilą wydała z siebie niezwykły odgłos. Istota świdruje policjanta przenikliwym spojrzeniem. Ona również zastyga w cierpliwym bezruchu. Oboje wyglądają jak para przygotowująca swe ciała do odegrania czarciego tanga. Policjant wyciąga dłoń ku obliczu stworzenia. Ciężką jak ołów ręką z całych sił stara się dotknąć wpatrującą się w niego perłę natury. Próba kończy się niepowodzeniem. Sparaliżowana kończyna zatrzymuje się w powietrzu, jakby splątana grubymi nićmi niewidzialnej pajęczyny. W jednej chwili obaj funkcjonariusze mają wrażenie, że ich dusze rozpiera bezgraniczny zachwyt. Zamykają oczy. Pod powiekami odnajdują białą, bezkresną przestrzeń. Ich nosy wypełnia zapach lasu.

Czują na sobie podejrzliwy wzrok drzew. Właśnie zdali sobie sprawę z tego, że zostali sami.

ŚRODA

14:16

Uderzająca zieleń upodabnia wnętrze mieszkania do tropikalnego pomnika przyrody. Zielone ściany zlewają się w jedną całość z zielonymi szafkami, zieloną kanapą oraz zielonymi kubkami, do których gospodarz domu nalał policjantom kawy. Funkcjonariusze zasiadają przy stole i podziwiają jarzynowy wystrój. Gospodarz zajmuje miejsce na kanapie.

– W czym mogę panom pomóc? – pyta.

Autor: Bartłomiej Michał Górecki

Na spokojnej twarzy pana domu malują się delikatne zmarszczki. Są symetryczne i perfekcyjne, jakby demiurg narysował je przy pomocy linijki. Pierwszy funkcjonariusz pokazuje gospodarzowi trzy zdjęcia.

ZDJĘCIE #1:

Martwy mężczyzna spoczywa na krwistym dywanie.

ZDJĘCIE #2:

Martwa kobieta bezwiednie całuje zimny beton opuszczonego parkingu.

ZDJĘCIE #3

Martwy mężczyzna oraz martwa kobieta oglądają czarne niebo otulające senną ulicę.

Gospodarz z zaciekawieniem przygląda się fotografiom. Pociera palcem wskazującym okrągłe oprawki swych okularów. Długo i namiętnie analizuje wszystkie najdrobniejsze detale.

– Rozpoznaje pan te osoby? – pyta drugi funkcjonariusz.

– Oczywiście.

Gospodarz uśmiecha się. Jego miarowy oddech wprawia w ruch planetarium, które ma wyszyte na swetrze. Kosmiczny wzór ożywa, pląsając do taktów wyimaginowanej muzyki. Banalna, trochę dziecinna grafika odsłania przed funkcjonariuszami nieprzeniknioną aurę czystego piękna. Zahipnotyzowani, zwłaszcza przez rysunkową reprezentację Jowisza, na chwilę odłączają się od teraźniejszości.

– Ostygła panom kawa – mówi gospodarz z uśmiechem – Może przynieść coś do jedzenia?

Zdezorientowani funkcjonariusze patrzą po sobie. Milczą. Gospodarz idzie rytmicznym krokiem do kuchni. Wraca z ogromnym, kruczoczarnym talerzem i od razu kładzie go na stół. Czerń naczynia jest tak intensywna, że zdaje się pochłaniać przestrzeń dookoła. Funkcjonariusze zapominają o zieleni wnętrza. Ich wzrok przykuwa bowiem zdobiąca talerz nicość.

Gospodarz wyciąga z kieszeni obrane jajko. Wręcza je pierwszemu funkcjonariuszowi, który bez zastanowienia je połyka.

PIĄTEK

4:16

Zimny świt wita stary kiosk na rogu jednej z głównych ulic. Tuż przy krawężniku znajdują się ciała młodej pary. Kobieta spoczywa po lewej, a mężczyzna po prawej stronie. Ich bezdech koresponduje z martwym światłem poranka. Wczesne słońce oświetla policzki leżącego na wznak mężczyzny. Ułożenie jego ramion zdaje się kpić z praw fizyki. Z szeroko otwartych ust wypływa gęsty szkarłat. Mężczyzna wygląda jak ktoś, kto przez sen próbuje zjeść otchłań. Kobieta leży na boku, obrócona plecami do mężczyzny. Jej szeroko otwarte oczy niosą echo pogodzenia się ze śmiercią. Wokół drobnych, lekko ściśniętych ust krąży labirynt delikatnych zmarszczek. Jej twarz niczym biała porcelana, stłuczona przez niezdarne koleje losu.

Mija kwadrans. Z oddali słychać dźwięk policyjnej syreny. Dwóch funkcjonariuszy wysiada z auta. Pierwszy bardzo uważnie przygląda się ubiorowi mężczyzny. Drugi kontempluje ubranie kobiety.

– Zobacz – mówi pierwszy policjant.

Guzik koszuli kobiety jest odpruty. Drugi funkcjonariusz grzebie dłonią w kieszeni.

PIĄTEK

22:00

Wędrowiec nareszcie dociera do miejsca, które jest jego przeznaczeniem. To stary, zapomniany przez miasto budynek pływalni. Obserwowany z bliska sprawia wrażenie wielkiej, urbanistycznej poczwary, oddychającej zawiesistym wieczornym powietrzem.

Wędrowiec otwiera skrzypiące drzwi i wchodzi do środka. Zapala światło i spogląda na podłogę. Kalejdoskop czarno-białych kafelek wygląda jak ogromna szachownica. Trzewia kąpieliska są skropione smolistą czernią. Czeluść zaprasza niespodziewanego gościa w swe zimne objęcia. Przybysz nie odmawia. Ściąga płaszcz i rzuca go na podłogę. Po chwili jest już rozebrany do naga. Wskakuje do wody. Nagle światła gasną. Równocześnie księżyc ukazuje się za oknem w pełni swego blasku. Atramentowe niebo szkicuje twarze, które odbijają się w obliczu Srebrnego Globu. To galeria portretów rodzin ofiar.

Pierwsza twarz należy do trzydziestoletniej kobiety. To szatynka o bojaźliwym spojrzeniu. Nadyma policzki, jakby chciała wypluć trwogę w kierunku obojętnej przestrzeni.

– Czy wiedziała Pani o tym, że Pani mąż przebywał wtedy w hotelu?

– Ten hotel… On przyśnił mi się.

– Co Pani mąż robił tamtej nocy?

– To było kilka dni temu. Chyba w poniedziałek. Obudził mnie mój własny krzyk.

Nagle kobietę przeszywa silny dreszcz. Wyciera czoło dłonią. Strużka potu ma mętny zapach wczorajszej śmierci.

Jako druga pojawia się twarz sześćdziesięcioletniego mężczyzny. Jego zaciśnięta szczęka wprawia w ruch obsesyjnie zgrzytające zęby. Pod jego grubymi, prostokątnymi okularami chowa się delikatna łza. Pojedyncza, nieśmiała kropla spływa po policzku i kieruje się w stronę spierzchniętych warg.

Wędrowiec zamyka oczy i ponownie je otwiera. Gest działa jak zaklęcie. Na samym środku basenu wyrasta szarobury chodnik. Surrealistyczny, betonowy pejzaż nawiedza gołąb. Jego czarnobiałe upierzenie prezentuje się nad wyraz dumnie na tle nijakiego krajobrazu. Ptak zatrzymuje się tuż przed Wędrowcem. Spogląda na niego tak, jakby usłyszał od niego słowa pożegnania.

Autor: Bartłomiej Michał Górecki

SOBOTA

12:04

Dwóch funkcjonariuszy siedzi w samochodzie i cierpliwie patroluje ulicę.

Przyglądają się mezaliansowi siwych budynków. Przytłaczająca architektura drapie ich gardła tak mocno, że obaj jednogłośnie zaczynają kaszleć. Kolczaste promienie słoneczne wiercą dziury w ich sumieniach. Gdy kaszel wreszcie ustępuje, policjanci zakładają okulary przeciwsłoneczne. Utopiona w kojącej czerni perspektywa przynosi im oczekiwaną ulgę. Bacznie obserwują miasto, które teraz sprawia wrażenie ukrytego w fotograficznej ciemni. Na chwilę słońce staje się jedynie daleką fatamorganą, a groźnie wyglądające budowle niewyraźnymi cieniami wczorajszych chwil.

Ze stanu błogiej hipnozy gwałtownie wyrywa ich pojawienie się postaci zaburzającej samotny spokój miejskiego krajobrazu. To wysoki mężczyzna o rozmierzwionej czuprynie oraz spojrzeniu, które kroi gęste powietrze na plastry. Opiera się o drzwi wejściowe do jednego z bloków i grzebie w kieszeni spodni. Policjanci nawet przez ciemne okulary widzą pastelowo żółty kolor jego płaszcza.

– To on? – dopytuje pierwszy funkcjonariusz

– Tak. To on. Idziemy – odpowiada drugi.

Dokładnie w tym momencie policjanci zdają sobie sprawę z tego, że za chwilę staną oko w oko z wędrowcem. Natychmiast wyskakują z samochodu jak wystrzeleni z procy.

– Stać! Policja! Nie ruszaj się! – krzyczą obaj.

Widzimy, jak On odwraca się  i biegnie przed siebie. Od razu ruszamy za nim. Biegniemy ile sił w nogach, ale słońce skutecznie roztapia nasz zapał. Mijamy wyludnione ulice. Ulice jak nagie szkielety. Ulice jak goła skóra. Strugi naszego potu płyną i płyną i płyną. Obnażony korpus miasta odkrywa swe niedoskonałości. Wsłuchujemy się w jego rytmiczny oddech i biegniemy. Głuchonieme skrzyżowania oraz niewidome sygnalizacje świetlne. Nasze kroki są osieroconymi dźwiękami wśród wymownej ciszy. Biegniemy i biegniemy. Coraz bardziej opadamy z sił. Wściekły żar na chodniku. Hiperwentylacja. Wciąż biegniemy. On wydaje się nie do zatrzymania. W tym upale jego płaszcz wygląda jak gorzki dowcip. Biegniemy, ale zwalniamy tempo. On znika nam za horyzontem. Całkiem opadamy z sił. Przed chwilą zwymiotowaliśmy nasz animusz. Stajemy na środku pustej ulicy i patrzymy na swoje wyczerpane pościgiem oblicza. Oddychamy ciężko. Wydychamy nadzieję i wdychamy poczucie klęski. Już wiemy, że przegraliśmy. Pogodzeni z porażką idziemy przed siebie wolnym krokiem. Spokojny ostatni spacer. On na nas cierpliwie poczeka.

Docieramy do wymarłego dworca kolejowego. Bezpańskie torowisko krzyczy do nas niezrozumiałe hasła. Patrzymy w górę. Czerń pochłonęła słońce. Łzy cisną się nam do oczu. Na skraju peronu siedzi On. Zaprasza nas do siebie. Zachęca, byśmy podeszli bliżej. Stawiamy kroki bardzo ostrożnie. Coś każe nam zmierzać w jego stronę. Coś każe nam nie zatrzymywać się.

Widzimy go z odległości zaledwie kilku metrów. Widzimy jak sięga prawą dłonią do kieszeni spodni. Wyciąga z niej figę. Przez chwilę ogląda słodki owoc z każdej strony, a następnie łapczywie go pochłania. Niemal natychmiast nasze ciała przeszywa okropny ból. Kończyny drętwieją. Stajemy się skostniałymi marionetkami. Stajemy się sparaliżowanymi kukiełkami. Wydajemy z siebie długi, niemy krzyk. Nagle mroczną aurę nieba rozświetla nieprzenikniona biel. Porażająca światłość przewierca naszą świadomość na wylot. Wrażenie gorąca ustępuje bezlitosnemu mrozowi. Z oślepiającej jasności wyłania się znana nam sylwetka. To On. Kły, tułów, ogon. To On.

NIEDZIELA

5:13

Wysłużony pomost z dumą nosi na sobie promienie krwistego słońca. Szkarłatny blask złoto-czerwonej gwiazdy otula tuzin mew spacerujących wzdłuż morskiego brzegu. Całkiem niedaleko odosobniony gołąb dziobie niezidentyfikowany okrągły przedmiot. Przestaje dopiero teraz, gdy słyszy dochodzący z oddali przeraźliwy szum. Ptak spogląda zzaciekawieniem na wodną panoramę. Dostrzega zbliżające się zagrożenie. Na horyzoncie pojawia się gigantyczna fala, która z każdą kolejną sekundą nabiera niewyobrażalnej prędkości. Ptactwo odlatuje w popłochu. Okrągły talizman leży w piasku pozostawiony na łaskę opatrzności.

Fala uderza z całym impetem w drewnianą konstrukcję i roztrzaskuje ją na kawałki. Na niebie pojawiają się ciemne chmury. Zapowiadają największą ulewę, jaką widziało to miasto. Czas staje w miejscu. Fauna i flora otwiera szeroko oczy.

Wędrowiec wstrzymuje oddech. Nareszcie może zniknąć na zawsze.

Dodaj odpowiedź