Mówiłem do was jak do zwierząt. Z Małgorzatą Lebdą rozmawiają Aleksandra Byrska i Piotr Jemioło

0
193

Aleksandra Byrska: Podobno najnowszy tom Twoich wierszy zatytułowany Matecznik miał w ogóle nie powstać…

Małgorzata Lebda: Może zabrzmi to kokieteryjnie, ale dla mnie samej ta książka to ogromne zaskoczenie. Powstała bardzo szybko, właściwie trwało to dwa miesiące, dwa intensywne miesiące pisania i bycia w tej książce. Kontynuuje ona tematy z Granicy lasu, chociaż miałam nadzieję, że ten wydany w 2013 roku tom będzie definitywnym zakończeniem pewnych mocno osobistych wątków. To była – jak się okazało – dosyć naiwna nadzieja, że traumę można przepracować jedną książką. Bo czy da się tego dokonać w ogóle? Odsuwałam od siebie Matecznik, aż w końcu zwyciężył, przejął nade mną kontrolę, to pisanie było bardzo „fizyczne”, pierwszy raz doświadczyłam czegoś tak silnego.

 

Piotr Jemioło: To rzeczywiście interesujące, ponieważ niektórzy poeci piszą z silnym przekonaniem, że ich książka ukaże się w konkretnym wydawnictwie. I że będzie nominowana do odpowiednich nagród, a do innych już nie (śmiech). A to, w jaki sposób mówisz o własnym pisaniu, jest naprawdę bezpretensjonalne – tak po prostu wyszło. Stwierdziłaś, że wiersze były pisane w amoku, a jednak Matecznik wydaje się tomem bardzo uporządkowanym. Nadałaś mu strukturę, która decyduje o tym, że teksty układają się w pewną opowieść.

Myśląc teraz o procesie pisania tej książki, muszę przyznać, że też miałam pewne założenie, była nim usilna potrzeba oddania w niej głosu ojcu. Specyficzna relacja, jaka nas łączyła, wydała mi się uprawomocniająca mnie do dokonania takiego gestu. Ojciec poświęcał mi dużo uwagi, mówiono na mnie „córka tatusia”, co brzmi może słodko, ale wiązało się z tym, że oczekiwał ode mnie dużo więcej niż od mojego rodzeństwa, takie mam poczucie. Był w tym jakiś taki element – nazwę to – „zimnego chowu”, czyli bycia blisko, ale bez przesadnej czułości. Ta bliskość jednak była, na tyle, na ile silny, ponad pięćdziesięcioletni mężczyzna, zaprawiony w surowości ziemi może ją okazać córce. I to z tej bliskości przyglądam się ojcu w książce i z tej bliskości pozwalam mu w niej mówić. Z pewnością ważne jest jeszcze i to, że ten tom podobnie jak poprzedni nie mógłby powstać, gdyby rodzice żyli, fakt, że wraz z ich odejściem straciłam dzieciństwo, ich historie domagające się opowiedzenia, dom rodzinny w tej postaci, w jakiej go kochałam… To wszystko spowodowało potrzebę mówienia. Mam też poczucie, że Granica lasuMatecznik przy całym swoim pokrewieństwie są jednak różne, cieszy mnie, że czytelnicy to dostrzegają. Zaś spójność i uporządkowanie ostatniej książki, o których mówisz, to być może efekt tego, że powstawała ona w krótkich odstępach czasu, a historie pojawiały się we mnie właśnie w tak uporządkowanej formie.

 

P.J.: Dobrze, że wspomniałaś o różnicy między Granicą lasuMatecznikiem. Być może wynika ona z tego, że właśnie w tej drugiej książce oddałaś głos swojemu ojcu. Dla mnie najbardziej uderzające teksty w najnowszym tomie to te, które w całości stanowią zapis jego słów. Jest to zatem na pewno nowa jakość, naddatek, który decyduje o wyrazistości Matecznika. Muszę przyznać, że wcześniej nie umiałem nazwać tego „czegoś”, co sprawia, że ta książka jeszcze bardziej do mnie przemawia.

Pamiętam dzień kiedy powstał wiersz pierwsze dni wiosny: lektura, który właściwie zadecydował o tym, że pomyślałam o powstających tekstach jako o całości, o czymś skończonym i dopełnionym. Ten wiersz zamyka książkę. Kilka dni później przeczytałam całość i uświadomiłam sobie, że „Boże, w niemal każdym wierszu pojawia się ojciec!”. Czy to nie obsesyjne? Czułam jednak, że nie może być inaczej, że ta historia tylko w tej formie jest możliwa do opowiedzenia, że takiej właśnie formy się domaga.

 

A.B.: Postać ojca jest tutaj szalenie ważna, ale też w pewien sposób nieuchwytna. Trudno ją dookreślić, przyszpilić jednym pytaniem, które jednoznacznie zinterpretuje wszystko, co się w niej kryje…

A jakie Wy macie wrażenie, jaki ten ojciec jest?

 

P.J.: Dla mnie ojciec jest przede wszystkim tajemniczą figurą, która ma sporą wiedzę i może ją przekazać, ale niekoniecznie chce czy ma na to ochotę. Właśnie na tym polega jego atrakcyjność i wyrazistość – fakt, że wie coś, z czego cała reszta nie zdaje sobie sprawy.

A.B.: A ja z kolei bardziej zwracam uwagę na coś zupełnie odmiennego, bo to, co dla mnie było chyba najważniejsze, to jego bezradność w komunikacji. Tak jak w wierszu zatytułowanym sprawy lasu: rozpoznanie – ojciec mówi w nim: „mówiłem do was jak do zwierząt”. Tak jakby dzieci, szczególnie córki, to były osoby wobec których nie wiadomo jak się zachować. Udało Ci się to uchwycić…

Tak, „tajemnica” to ważne słowo, kiedy myślę o ojcu. Z pewnością Matecznik to próba dotarcia do niej. I ważne jest to, o czym wspomniałaś Olu, ta „bezradność w komunikacji”, stąd zapewne ten brak czułości, o którym mówiłam. Córki dla ojca były z pewnością jakimś wyzwaniem. Wiadomo było, co robić z synem, jak go traktować, wychowywać, tym bardziej, że przez proces wychowywania syna ojciec już przeszedł, przechodził. Z córkami był kłopot, ojciec radził sobie z tym w ten sposób, że ten wzór chłopięcego wychowywania stosował wobec nas, córek. A z uwagi na fakt, że ciągnęło mnie do czysto męskich zajęć: prowadzenia ciągnika, kopania fos, szczepienia drzew, prac przy zwierzętach, spełniałam oczekiwania takiego wychowawczego formatu. I teraz myślę o tym, czy to poddawanie się temu nie było właśnie moim sposobem na nawiązywanie bliskiej relacji, bowiem tylko spełniając te oczekiwania, mogłam podejść bliżej.

(…)

 

Cały wywiad dostępny jest w wersji papierowej „Fragile” nr 2 (32) 2016.

Dodaj odpowiedź