Po pandemii jest pandemia

0
434

Na parę chwil świat się zatrzymał. Ludzie zamknięci w domach, cisza na ulicach, puste miasta. Pocztówki z horrorów lub filmów katastroficznych w czasie kwarantanny stały się codziennością. Gdy zamknięci w domach ludzie zajęli się narzekaniem na ograniczenia, odebranie im wolności, na życie własne, rodziny czy sąsiadów – świat zaczął do nas mówić jeszcze głośniej niż zazwyczaj. I jak zawsze tego głosu nie słyszymy.

Człowiek, homo sapiens, zwierzę ponoć inteligentne, kreatywne i przede wszystkim bardzo ekspansywne, zatraciło zdolność słuchania świata. A co za tym idzie, zatraciło też zdolność bycia w świecie. Od czasów neolitycznej rewolucji, kiedy to człowiek zaczął się osiedlać i budować kulturę posiadania, zaczął się też od własnego świata oddalać. Posiadanie! To, że możemy mieć ziemię, postawić na niej dom, że potrafimy ją uprawiać, zarządzać nią, zmuszać inne istoty żyjące do poddaństwa, sprawiło, że człowiek przestał słyszeć, co takiego świat do niego mówi. Matka Gaja przestała być matką, partnerką do rozmowy, a stała się ziemią poddaną, przedmiotem do ujarzmienia, zawłaszczenia i „zagospodarowania”, jak się to ładnie nazywa. Człowiek przestał pytać, zastanawiać się, tylko z każdym stuleciem swojego istnienia coraz bardziej żąda: posłuszeństwa, podporządkowania i oddania mu wszystkiego, co uważa za bogactwo.

Normą stały się agresja, wojna i przemoc. Od XVIII stulecia, i rewolucji przemysłowej, człowiek, zwłaszcza biały mężczyzna, Europejczyk, czuł, że może stać się Panem Świata. I nie było to pierwsze „imperialne” dzieło człowieka. Homo sapiens najpierw skolonizował świat i żyjące na nim inne, pozaludzkie zwierzęta. Zaprzęgając woły do pługa, konie do powozu, kastrując zwierzęta, wiążąc je, wypalając na ich skórze znaki, zabijając, odzierając skóry i ćwiartując ich ciała, a także karczując lasy, wypalając łąki czy budując tamy, nauczył się panowania i zarządzania. Przestał się interesować losem tych, których może posiadać, którym może narzucić swoją wolę. Wraz ze skolonizowaniem zwierząt pozaludzkich (zwanym eufemistycznie udomowieniem) nastąpiło kolonizowanie innych zwierząt ludzkich. I tak Obcy, Innowierca, Żyd, Kobieta, Czarny, Kolorowy, Parobek, Chłop, stali się niewolnikami. Nawet jeżeli ci ludzie nie nosili więzów, to i tak ich życie podporządkowane zostało woli panujących.

Zadufanie kolonizatora to zadufanie człowieka wierzącego w siłę kapitału. Przez całe pokolenia przyzwyczailiśmy się do struktury fordyzmu i neofordyzmu, zasady, że kapitał i praca rządzą wszelkim działaniem. Myślenie korporacyjne – awans = postęp, produktywność = rozwój – przeniosło się do wszelkich sfer życia, a polityka i nauka bardzo ochoczo podporządkowały się kapitalistycznym zasadom funkcjonowania.

W całym tym procesie posiadania, kolonizowania, uprawiania, udomowienia, zniewolenia, podbijania i rozbudowywania cywilizacji człowiek umacniał się w przekonaniu, że to on ma głos, on ma prawa i to do niego należy decydowanie o tym, co się będzie działo i jak będzie wyglądało funkcjonowanie otaczającej go rzeczywistości. Negocjacje należały się tylko panom zwycięzcom, rozmowy i poważne traktowanie były zarezerwowane dla tych, którzy potrafili zastosować przemoc, jeżeli nie fizyczną, to chociaż symboliczną czy językową. Wysłuchanie Innych, nieistniejących w dystrybucji władzy, nie stanowiło żadnego przykazania miłości i etyki.

Oczywiście nie znaczy to, że świat do nas przestał mówić. Przemawia do nas nieustannie, ukazując delikatną sieć powiązań i zależności. Tak jak stary, opleciony przez mech pień, którego próchniejąca kora daje schronienie innym istotom, przeistacza się w inną opowieść, tak świat cały czas podpowiada w zmianach klimatu, pór roku, co można uzyskać, co można zrobić. Człowiek jednak nie słucha, tylko dalej walczy, zarządza i posiada.

Elżbieta Bińczak-Hańderek

Gdy ludzie zostali w domach, a pandemia uderzyła w bogaty, konsumpcyjny Zachód, świat przemówił do nas bardzo głośno, chyba mocniej i wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nasz gatunek jednak ponownie zajęty był czymś innym niż słuchanie. Przede wszystkim ludzie Zachodu byli w szoku. Niewypowiedziana pretensja unosiła się w powietrzu: jak to, przecież ludzie umierają na ebolę czy malarię w Afryce, nie tutaj, nie w USA, nie w Europie, tutaj należy nam się inne życie, tutaj jest (inna) cywilizacja! Można jeszcze zrozumieć, że w Chinach pandemia się rozwinęła, ale z perspektywy myślenia kolonialnego w Chinach powinna pozostać. Dlatego Europejczycy wciąż nie mogą się pogodzić z kwarantanną ani z maseczkami na nosie: przecież „biały pan świata” nie może doświadczać zarazyjak w średniowieczu czy na „dzikich” terenach dawnych kolonii. Pandemia jest taka niecywilizowana, taka „dzika” – nie powinna występować w Europie. Tutaj przecież nie wpuszcza się ani uchodźców, ani zarazków. Cywilizowany „biały pan” wie, co robi. Dlatego ludzie trwają w szoku, zaprzeczają, kłócą się i demonstracyjnie nie noszą maseczek – taki mały sprzeciw w obronie swobód obywatelskich, urażonej godności białego człowieka.

Podejrzewam, że wielu z nas nawet nie zdaje sobie sprawy, jak mocno zaprezentował się w czasie pandemii koronawirusa nasz kolonialny, przemocowy sposób myślenia. Widać to było na przykład w ostrym geście selekcji pacjentów. Seniorzy we Włoszech zaczęli być odsyłani do domów, zabrakło dla nich respiratorów. Podniosły się głosy, że trzeba, tak jak na wojnie, dokonać przesiewu, dać szasnę młodym, gdyż to oni przeżyją. Ważny jest żołnierz, który może walczyć, zdobywać, wygrywać. Starzec musi odejść. Starość w naszej odmłodzonej cywilizacji zdobywania i posiadania nie jest w cenie. Dlatego po dziś dzień nikt się nie zatrzymał i nie zaczął krzyczeć z przerażenia. Zabiliśmy starych ludzi i nikt nawet słowa nie powiedział w ich obronie. Posiadanie i możliwości są ważniejsze niż opieka, zrozumienie, poświęcenie. Siła, to ona się liczy – wartość kolonizująca wszystko i wszystkich. Podejrzewam, że wielu z nas nawet nie zauważyło, jak rasizm nabrał rozmachu i ponownie zawładnął naszym myśleniem. To, co nas przeraziło, to pandemia – u nas, w naszym domu. Uchodźcy i ich ryzyko zakażenia ani całe dzielnice slumsów umierające bezradnie na innych kontynentach nie wzbudziły już takiej grozy. Policzono dokładnie ofiary w Europie, do dzisiaj statystyki prowadzone są skrupulatnie. A kto wie, ilu zmarło na covid w Afryce? Na egzotycznej plaży dziwny widok, jak z teatru śmierci, rodem ze średniowiecznej scenerii: anonimowe groby i anonimowi ludzie. Lecz to nas nie dotyczy, ich covid jest ich sprawą, prawdziwy dramat należy się tylko ludziom Zachodu. Rasizm uwolniony.

Dla ekosystemu najważniejsza jest bioróżnorodność. Zapomnieliśmy niestety, a Matka Gaja pięknie nam to przypomniała, że nasze miasta to również ekosystemy. Tymczasem człowiek w swojej codzienności zagubił świadomość tego, co ma dookoła.

Kwarantanna, która wszystkich znużyła, na tych kilka tygodni, na jedną chwilę w historii uprzedmiotowienia świata, pozwoliła głośno przemówić zwierzętom pozaludzkim. Świat powiedział nam bardzo wyraźnie, co jest mu potrzebne: człowiek powinien zrobić krok do tyłu, wycofać się choć trochę, zwolnić swój kolonialny wysiłek podporządkowywania sobie wszystkich i wszystkiego. Podczas kwarantanny w wielu metropoliach zmalało zanieczyszczenie dwutlenkiem węgla, zwierzęta pojawiły się na ulicach, tej wiosny ptaki zaczęły głośniej śpiewać. Betonowe pustynie zaczęły żyć innym, bardziej różnorodnym życiem.

Holmes Rolston III użalał się, że mówiąc o zwierzętach, roślinach, ekosystemie, wcześniej czy później zaczniemy mówić o działalności człowieka, o przemyśle, technologii, ekspansji ludzkiej kultury. Gdy pandemia zatrzymała nas w domach, świat nam pokazał, że czas odwrócić perspektywę i mówiąc o człowieku, mieście, kulturze, zacząć mówić o zwierzętach, roślinach i ekosystemie. Prawda jest taka, że to my, ludzie, anektując dzikie tereny zielone, własnym rozwojem ograniczyliśmy rozwój i dobrostan innych istot żyjących. To my, ludzie, wypierając zwierzęta z ich naturalnego środowiska, wyparliśmy się odpowiedzialności za wielkie zniszczenia, jakich się od samego początku naszego istnienia dopuszczamy. Czas zatem na zmianę. Wielkie wymieranie i kryzys klimatyczny – który już trwa – wymaga od nas zmiany perspektywy, a nowe kierunki wskazały nam same zwierzęta. W pierwszej kolejności trzeba usłyszeć i zobaczyć, czego potrzebuje Matka Gaja: spokoju, miejsc, gdzie ekspansja człowieka nie zaburza egzystencji, ale również otworzenia przestrzeni miejskiej na inne, pozaludzkie gatunki zwierząt. Budki dla ptaków w mieście czy otwarte zimą okienka do piwnic to za mało. Potrzebna jest cała infrastruktura zielona, gdzie zwierzęta będą mogły spokojnie funkcjonować. Tarasy, parki, przejścia podziemne czy bezpieczne trasy dla drobnych zwierząt przemieszczających się po mieście powinny być standardem. Tak samo jak edukacja – nas wszystkich, a przede wszystkim dzieci – ucząca szacunku i świadomości, że obok nas są istoty o takich samych prawach do życia jak nasze.

Dla ekosystemu najważniejsza jest bioróżnorodność. Zapomnieliśmy niestety, a Matka Gaja pięknie nam to przypomniała, że nasze miasta to również ekosystemy. Tymczasem człowiek w swojej codzienności zagubił świadomość tego, co ma dookoła. Zanurzyliśmy się w hałasie – miejskim, industrialnym, kulturowym – nie dając sobie szansy na usłyszenie zwierząt. Zatopiliśmy się w gadżetach, przedmiotach i budynkach, nie dostrzegając obecności innych istot żyjących. Zatraciliśmy się w antropocentrycznej świadomości, tracąc to, co najważniejsze: samą Gaję, naszą matkę, ziemię, która dała nam życie i wymaga naszej troski. To nie wielkie pomniki kultury, ale stare ekosystemy i wielkie pomniki przyrody są naszym najważniejszym dziedzictwem. To nie pożar katedry Notre Dame, lecz pożar lasów tropikalnych, Australii, tundry syberyjskiej jest naszą największą stratą. Na tyle jednak zatraciliśmy się we wsobnym myśleniu, że już nie widzimy, co jest najważniejsze dla nas i dla naszego dziedzictwa. Matka Gaja ciągle do nas mówi, wyraźnie wskazuje nam kierunki działania.

Tego jednak człowiek nie słucha od dawna. Nie przejmuje się nie tylko zanieczyszczeniem powietrza, wielkim wymieraniem zwierząt ani degradacją ekosystemów, nie przejmuje się również kryzysem klimatycznym. To, co zabija świat, przychodzi bardzo wolno, krok po kroku naszego cywilizacyjnego rozwoju. Widzimy wygodę, jaką nam daje postęp, lecz nie widzimy, bardzo konsekwentnie odwracając od problemu wzrok, jak postęp zabija nasz świat. A innego świata nie będzie. Wielkie wymieranie zabiera nam już w tej chwili kolejne gatunki zwierząt. Czasami tylko się dziwimy, dlaczego tyle komarów kąsa nas tego lata, ale czy potrafimy usłyszeć tę ciszę? Ptaki wymierają masowo trute sztucznymi nawozami i różnego rodzaju chemikaliami, które hurtowo wręcz wylewamy do wód, na glebę i na samych siebie. Rozrastającą się pustkę po zwierzętach pozaludzkich natychmiast wypełniamy naszym egoizmem i naszymi potrzebami. Płacz za ostatnim nosorożcem czy nieznaną nam z imienia małpką, przydarza się tylko nadwrażliwym. Ekologów nikt nie chce słuchać. Ośmieszeni w popkulturowym przekazie, zmarginalizowani przez polityków i ludzi interesu, sprowadzeni zostali do roli Kasandry. Jedynie jeszcze dzieci i młodzież protestujący w obronie klimatu na chwilę nas zadziwiły. Ale i tak wiele osób machnęło ręką: „To przecież tylko młodzi, co oni wiedzą o świecie”. Pójdą na studia i na pewno im przejdzie. Niektórzy wręcz mają nadzieję, że młodzi zapomną o świecie, kiedy zaczną zarabiać. A tego, że nasz świat umiera, i to na naszych oczach, nie potrafimy w żaden sposób zobaczyć i zrozumieć.

Elżbieta Bińczak-Hańderek

Zadufanie kolonizatora – nam nic złego nie może się przydarzyć. Potrafimy wszystko przewidzieć, nad wszystkim zapanować. Na pewno naukowcy coś wymyślą, na pewno globalne ocieplenie da się zatrzymać bez uszczerbku dla naszego komfortowego życia. Utrwalony model ekonomiczny: działaj i nie poddawaj się, trzeba dążyć do rozwoju i zysku za wszelką cenę. Grunt to filozofia sukcesu. Dlatego nawet w obliczu faktów, tego, czego już doświadczamy – pustynnienia, załamania klimatu, wielkiego wymierania, pojawienia się miejsc na świecie, gdzie ludzie nie mogą już z powodu skażenia normalnie żyć, wyczerpywania się zasobów nieodnawialnych – ciągle stoimy na stanowisku, że jeszcze da się coś zrobić. Biały człowiek, człowiek kultury Zachodu, zachowuje się tak, jakby nic nie było w stanie mu zagrozić. Przecież to on od zawsze kolonizował i podporządkowywał. Nauka zaś traktowana jest jak totem, symbol wielkiej siły stwarzania i przeistaczania świata. Dlatego zmiany klimatyczne postrzegane są nie jako nasza wina, ale jako wyzwanie dla nauki, konieczne i możliwe do ogarnięcia.

Zadufanie kolonizatora to zadufanie człowieka wierzącego w siłę kapitału. Przez całe pokolenia przyzwyczailiśmy się do struktury fordyzmu i neofordyzmu, zasady, że kapitał i praca rządzą wszelkim działaniem. Myślenie korporacyjne – awans = postęp, produktywność = rozwój – przeniosło się do wszelkich sfer życia, a polityka i nauka bardzo ochoczo podporządkowały się kapitalistycznym zasadom funkcjonowania. W ciągłym biegu ku nowej-wspaniałej-przyszłości nie ma już szans, by pomyśleć o alternatywnych sposobach działania. Aktywiści traktowani są jak ludzie z innej epoki, drwiący uśmiech specjalistów od zarządzania sugeruje nam, że przecież nie możemy być gorsi od naszych rodziców, nam należy się więcej. W strukturze kapitalistycznego myślenia zasada niepozostawiania za sobą śladu węglowego, recyklingu i fair trade jest co najwyżej hasłem marketingowym kojącym nerwy konsumentów. Nie ma jednak faktycznego znaczenia, jeśli nie da się zarobić na recyklingu czy wymianie zużytego elektronicznego sprzętu; na nowy oczywiście. W ten sposób ekologię sprowadza się do „szaleństwa” anarchizmu albo do reklamowania nowych paneli fotowoltaicznych czy wprowadzania na rynek nowych linii produkcyjnych (tak oto obok tradycyjnych jogurtów można dostać te wegańskie, a liczba konsumentów rośnie).

W całym tym marketingowym szaleństwie, w świecie reklamy, nowych produktów, nowych zasad sprzedaży i budowania ekologicznych potrzeb nabywcy faktycznie nie zmienia się nic. By uchronić się przed całkowitą zagładą, już teraz powinniśmy tak naprawdę zrezygnować nie tylko z praktyk zachodniej konsumpcji, ale także ze struktury budowania kapitału. To nasza ekonomia oparta na wzroście PKB jest największym zagrożeniem: nadmierne wytwarzanie śmieci, toksycznych odpadów, plastiku, zabijanie zwierząt, zwiększanie emisji gazów cieplarnianych. Natychmiast powinna zostać wstrzymana produkcja mięsna, powinno się zlikwidować hodowle wielkopołaciowe i przerwać przemysłową produkcję ubrań, zwłaszcza wykonywanych z syntetycznych materiałów. Tego jednak nikt nie chce, takie propozycje traktowane są jak wariactwo, ponieważ nikt nie zamierza rezygnować z zysku, komfortu i samozadowolenia z posiadania. Wolimy wierzyć, że naukowcy wyprodukują w laboratoriach jakieś antidotum.

Zadufanie człowieka zachodu to również egoizm podparty założeniem, że nam należy się wszystko. Ekspertyzy i raporty pokazujące nam, jak bardzo już jest źle i jak skutecznie zabijamy Matkę Gaję, traktujemy jak złowieszcze bajki. W strukturze myślenia utrwaliła się binarna zasada: męskie–żeńskie, racjonalne–irracjonalne, naukowe–ludowe, nauka–mit. Ekologia znalazła się po drugiej stronie tego binarnego porządku. Dlatego wszelkie próby zmiany paradygmatu myślenia opartego na postępie, racjonalnym dążeniu do powiększenia zysku i rozbudowaniu pakietu inwestycyjnego od razu są deprecjonowane. Ekspertyzy klimatologów i ekologów traktowane są jak przesadzone, emocjonalne mity, a działaczy i działaczki często spycha się do roli niezrównoważonych sensatów/szamanek. Kapitalizm stawia przed wyborem: albo człowiek wpisze się w korporacyjny marsz ku coraz większemu posiadaniu, albo znajdzie się na marginesie rzeczywistości. Poważni mężczyźni zajmują się robieniem poważnych biznesów. Niepoważni ludzie i dzieciaki biegają po ulicy i chcą zbawiać świat. Wszyscy poważni czekają jednak spokojnie, aż ci młodzi anarchiści wydorośleją. A dorosłość oznacza tutaj jedno: męskość, racjonalność, dążenie do rozwoju, zaradność, rozumienie celu i nierezygnowanie z raz obranego kursu na giełdę wzrostu.

Tymczasem pandemia koronawirusa wcale się nie skończyła. Ludzie umierają nadal i nadal dumnie walczą z kwarantanną, maseczkami i ograniczeniami. Świat nam powiedział: wycofajcie się, zróbcie choć jeden krok w tył. Zostawcie lasy w spokoju, nie chodźcie tam na spacery, nie polujcie na zwierzęta pozaludzkie, nie odwiedzajcie szlaków ich wędrówek. Przestańcie tak często jeździć samochodami, nie wsiadajcie do samolotów. Nikt tego jednak nie usłyszał. Gdy tylko opadł pierwszy stres i ludzie mogli wyjść z zamknięcia, natychmiast zaczęli planować wakacje. Koniecznie samolotem, koniecznie w egzotyczne kraje. Koniecznie w góry czy na plaże. Każdy skrawek ziemi znów wypełnił się ludźmi pozostawiającymi za sobą ogromny ślad węglowy. Pokaz siły wrócił do normy. Przemoc posiadania, manifestacja naszych potrzeb, które w sposób konieczny muszą zostać zrealizowane i nikt, nic nie ma prawa tego zmienić. Skoro jest pandemia, to tym bardziej nam się należy!

W całym tym marketingowym szaleństwie, w świecie reklamy, nowych produktów, nowych zasad sprzedaży i budowania ekologicznych potrzeb nabywcy faktycznie nie zmienia się nic. By uchronić się przed całkowitą zagładą, już teraz powinniśmy tak naprawdę zrezygnować nie tylko z praktyk zachodniej konsumpcji, ale także ze struktury budowania kapitału.

Do pandemii doprowadziła nas nasza ślepota, egoistyczna potrzeba posiadania i spełniania naszych własnych zachcianek. Nie jest to zresztą pierwsza pandemia, którą człowiek sprowokował, niszcząc i zabijając zwierzęta. Tak naprawdę gdyby nie nasza agresja wobec świata, niszczenie naturalnych ekosystemów, mordowanie zwierząt, torturowanie dzikich istot zamykanych w klatkach i sprzedawanych ich jak towar ani covid, ani choroba Creutzfeldta i Jakoba, ani HIV nie zagrażałby człowiekowi (a na pewno nie na taką skalę). Za pandemią stoi człowiek, ten który potrzebuje posiadać świat, uprzedmiatawia inne istoty żyjące i bagatelizuje siłę swojego oddziaływania na rzeczywistość. To nasza wielka nieodpowiedzialność, otulona egoizmem jako naturalnym sposobem bycia w świecie.

Pandemia trwa, ponieważ człowiek zachowuje się jak najgorszy egoista-szkodnik. Będziemy porażeni informacjami o biednej starszej pani zamordowanej przez bandytów plądrujących jej mieszkanie. Oddech, niewidzialny zabójca już nas tak nie przeraża. Czego nie widać, to nas nie interesuje. Dlatego wielu ludzi odrzuciło dumnie maseczki i deklaruje, że nie będzie ich nosić. Wielu w ogóle nie zwraca uwagi na dystans społeczny. To egoizm staje się siłą zabójstwa. Dumne nienoszenie maseczki jest jak strzał z pistoletu, tylko że krew nie leje się na ulicy. Będą umierać najsłabsi, starzy, schorowani ludzie. Dla tych, którzy czują się dobrze, ważniejszy jest komfort ich oddechu, a nie to, co się stanie z ludźmi, których zarażą. Egoizm objawiony z całą mocą bagatelizowania covidu i unikania odpowiedzialności za rozprzestrzenianie pandemii. Gdyby się okazało, że sytuacji jednak nie da się opanować, zawsze można winę zrzucić na lekarzy, że źle leczą, i naukowców, że za wolno pracują nad lekarstwem i szczepionką. I nadal będzie można pozostawać ślepym i głuchym.

Na parę chwil świat się zatrzymał. Ludzie zamknięci w domach, cisza na ulicach, puste miasta. A potem euforia, można wyjść, wrócić do normalności, tak jakby nic się nie stało! Wielka radość zwierząt ludzkich. Zwierzęta pozaludzkie zniknęły z naszych ulic, ponownie nie ma tu dla nich miejsca. Ptaki zamilkły. Jeże zginęły pod kołami naszych samochodów. Na górskich szlakach i na plażach ponownie pojawiły się tony śmieci po turystach. Produkcja gazów cieplarnianych bardzo szybko dorównała do swojego rosnącego tempa. Po pandemii jest pandemia – i to już nie covid i jego mutacje, a samo zwierzę ludzkie. Ceremonie, wiece, spotkania, wakacje, plaże, dyskoteki, samoloty, zatłoczone ulice, drogi, ścieżki – człowiek znów jest wszędzie, oddycha pełną piersią, znów posiada.

I to, że ludzie zakażają siebie wzajemnie, to jedno, ale to, że zanieczyszczają świat to już prawdziwa pandemia egoizmu.

www.fragile.net.pl – nowa odsłona

Dodaj odpowiedź