Popatrz, mech zjada krzesło[1], czyli krótki esej o zakorzenieniu

0
140

W jednej chwili syzyfowy trud istot wytrąconych z mineralnej pełni tylko po to, żeby okrężną drogą wracać do chłodu kamienia, mógłby dobiec kresu [2]
Julia Fiedorczuk

Nie do końca umiem przywołać w pamięci zdziwienie, które poczułam, gdy stałam na boisku w Prypeci, ukraińskim mieście widmo. Było to w marcu 2019 roku, podczas moich pierwszych pilotażowych badań terenowych. Pamiętam towarzyszące mi poczucie dysonansu, gdy zauważyłam, że z betonowych tafli wyrastają drzewa i krzewy, a z każdej rysy znajdującej się na szarej powierzchni wyłaniają się mech i trawa. Grupa turystów, z którą przyjechałam do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, trzymała się razem, oprowadzający nas przewodnik cały czas powtarzał, że nie możemy się rozchodzić. Gdyby nie to, że w odległości kilkunastu metrów, na zniszczonych trybunach widzieliśmy inne grupy zwiedzających, moglibyśmy się nie zorientować, gdzie dokładnie jesteśmy. Stąpaliśmy po popękanym i wybrzuszonym betonie przypominającym szkolne boiska z poprzedniej epoki, który miejscami uginał się pod naszym ciężarem, ponieważ mech, liście, a nawet całe gałęzie zdołały już wybić go do góry. Zamiast linii wyznaczających pole karne i granice boiska rosły drzewa i krzewy, łamiąc przy tym wszelkie sportowe zasady. A my staliśmy na tej pokatastroficznej murawie niczym zebrana pośpiesznie drużyna, tuż przed rozpoczęciem meczu, trochę wystraszeni, trochę podekscytowani. Wygraną było wszystko to, co może zaoferować dark tourism – skrajne emocje, ekscytujące widoki i bliskość śmierci. Naszym celem było pięciodniowe zwiedzanie tzw. zony – obszaru o średnicy 30 km, który wyznaczono po wybuchu, do jakiego doszło w czarnobylskiej elektrowni jądrowej 26 kwietnia 1986 roku. W jego granicach mieszczą się miasta Prypeć i Czarnobyl, a także wiele mniejszych i większych wsi, a wszystko to w środkowej części Ukrainy, w rejonie Polesia, nad rzeką Prypeć, na obszarze jednego z największych terenów leśnych Europy.

Następnego dnia przewodnik pozwolił nam wejść na dach najwyższego bloku mieszkalnego w Prypeci, a nasz zachwyt wzbudził niewiarygodny widok lasów rozpościerających się aż po horyzont; we wszystkie strony świata tylko drzewa. Pejzaż wyraźnie jednak zaburzała biała „arka” przykrywająca zniszczony wybuchem reaktor nr IV, radar o dumnej nazwie Oko Moskwy i betonowe bloki. Triada ludzkich osiągnięć konstrukcyjnych, świadectwo inżynieryjnego planowania i próby całkowitego zapanowania nad naturą, hegemonia władzy człowieka, którego pokory miała nauczyć katastrofa. Stojąc na dachu, nie można było dostrzec fizycznej granicy, którą przekroczyliśmy, wchodząc na teren Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, a przecież mijaliśmy szlaban, wojskowe samochody i każdy z nas otrzymał pisemną przepustkę uprawniającą do pobytu na jej terenie. Z perspektywy 11. piętra linia nieba zbiega się jednak z czubkami drzew i wydaje się, że za horyzontem są już tylko kolejne lasy. Przekroczenie linii granicznej jest przejściem nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale także wyobrażonej, i składa obietnicę poznania i doświadczenia:

Linia graniczna obłożona jest niewidzialnym, ale wyraźnie odczuwalnym tabu. Jest czymś, co fascynuje, ale też budzi strach, bojaźń. Osłania przed krainą, o której nic nie wiadomo, i której widmowi mieszkańcy są ledwie powidokiem, wspomnieniem, czarną enigmą. To granica chroniąca przed czymś nieogarnianym, niedającym się nazwać, przed czymś, w ścisłym tego słowa: nie-ludzkim, wychodzącym poza to, co znane i oswojone3.

for. Agnieszka Karpiel

 

Jedną z największych atrakcji miejsca, w którym byliśmy, jest owo niewidzialne tabu nieustannie czerpiące swoją moc z mitu o katastrofie nuklearnej. Nie ma już reaktora nr IV, który wybuchł w kwietniową noc, nie ma już zagrażającego życiu promieniowania4, ale strzeżona przestrzeń zony staje się coraz większym i bardziej dostrzegalnym powidokiem lęku, a zarazem fascynacji tym, czego nie może dostrzec ludzkie oko, czego nadal nie potrafi wyrazić żaden język. Na dach wieżowca musieliśmy wejść po schodach, na każdym piętrze mijając wejścia do opuszczonych mieszkań. W 33 lata po ewakuacji nie zostało w nich już zbyt wiele. Podobnie wyglądają wszystkie opuszczone budynki. Coraz bardziej „wyczyszczone” przez turystów i czas. Oddane w ręce nie-ludzkiego5. Jeśli przez szpary w ścianach, wybite okna i zniszczone dachy sączy się woda, a na jej drodze pojawią się promienie słońca, to wilgotną i wystarczająco dobrze oświetloną przestrzeń zaczynają przejmować: mech, trawa, a nawet drzewa. Wyrastają prosto z podłóg, ze spróchniałych desek, a nawet z gumowego linoleum.

Przechodząc przez kolejne pomieszczenie, uważnie stąpam i łapię się na tym, że nie chcę deptać tych roślin. Jeżeli mnie udało się przekroczyć granicę, to czemu one nie mogą trawersować swoich? W wielu miejscach stoją znane i oswojone rośliny w doniczkach, zdominowane, ujarzmione i… martwe. Kwiat zasadzony przez człowieka w ograniczonej do rozmiarów donicy przestrzeni nie miał żadnych szans na przeżycie. Wysuszone palmy, juki, monstery, a także wiele innych nieznanych mi gatunków zakończyło życie, bo nie było już ręki, która by je podlewała, przycinała i obracała doniczkę w stronę słońca. Nadal ozdabiają poczekalnie w szpitalu albo szkolne klasy, kontynuują misję, do której zostały powołane przez człowieka. Wysuszone, często pozbawione liści, zdają się być dowodem na swoją własną bezsilność, ale czy kiedykolwiek wcześniej miały możliwość stać się w naszych oczach czymś więcej niż przedmiotem pełniącym funkcje estetyczne i zaspokajającym ludzką tęsknotę za naturą?Jak porównać ich pozbawione wilgoci życie z mchem, który ma odwagę zjadać krzesła?

Pobyt na terenie Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia prowokuje do stawiania pytania o status roślin, a przede wszystkim o to, czy postkatastroficzna przestrzeń dodaje im dzikości. A może po prostu pozwala im powrócić do wildness? Mech zjadający krzesło zdaje się być najlepszą ilustracją tego procesu. Jednak to gest antropomorfizacji,
którego dokonał jeden z członków wyprawy, wypowiadając tytułowe zdanie, oddaje roślinie sprawczość i otwiera nas na nawiązanie nowej relacji. Koniec roślinnego życia nie musi oznaczać końca kresu życia. Jak pisze Mbembe:

W samej zasadzie życia jest coś, co przeczy jakiejkolwiek idei końca. Natomiast strata i jej skutek,
rozdzielenie, są doświadczeniem decydującym. Ale jeśli każde rozdzielenie jest poniekąd stratą, to nie każda ze strat oznacza koniec świata. Niektóre straty mają moc wyzwalającą, ponieważ otwierają na inne rejestry życia i relacji6.

To my, pielęgnując roślinę, zaspokajamy swoją potrzebę dbania o nią – przesadzamy, podlewamy, przycinamy, a w momencie, gdy kończy się „nasz” świat, wydajemy wyrok śmierci każdemu z doniczkowych istnień. Tymczasem zarówno próchniejące krzesło, jak i zdobywający je mech znajdują się już, jak proponuje Julia Fiedorczuk, podążając za myślą Rebeki Raglon – w antropogenicznej dziczy:

Postnaturalny rezerwat dzikiej przyrody (…) obszar, w którym nie mogą mieszkać ludzie, na przykład na skutek toksyczności spowodowanej jakąś katastrofą ekologiczną albo z powodów politycznych, zmienia się w enklawę, w której kwitnie dzikie życie7.

Na przekór naszym wyobrażeniom, karmionym niezliczonymi tekstami kultury przedstawiającymi nuklearną zagładę, Czarnobyl stał się przestrzenią, w której niezmącone żadnym niepokojem życie może się odrodzić, nie przejmując się ograniczeniami i granicami. Jedyną i niezmienną od miliardów lat barierą jest dostęp do światła i wody. Okazuje się, że podłożem do wzrostu może być wszystko, a – paradoksalnie – trwanie w ziemi, jak to się dzieje w przypadku kwiatów doniczkowych, nie gwarantuje szansy na dalsze życie ani szczęśliwy rozwój. Istnieje na terenie zony jeszcze jedna przestrzeń, która jest obrazem wytrwałości i determinacji roślinnego życia – zniszczone szklarnie. Trudno wyobrazić sobie większą kontrolę nad roślinami niż ta, którą człowiek posiada w szklarniowym ogrodzie. Prypeć, zaprojektowana jako miasto idealne, posiadała zaplecze w postaci pól uprawnych, ogrodów i szklarni. Uprawy miały zapewnić mieszkańcom stały dostęp do warzyw, owoców i kwiatów. Po awarii reaktora szklarnie zmieniono w laboratorium, które badało wpływ promieniowania na florę. Ciężko w to uwierzyć, ale badania te trwały do 1996 roku, a potwierdzają to regały zapełnione próbkami zawierającymi skażoną ziemię, nasiona i warzywa. Cały czas można je znaleźć na butwiejących półkach, poupychane jedne na drugich w lnianych i foliowych workach, większość opatrzona datami sięgającymi lat 90.

Po ogrodniczych konstrukcjach zostały resztki metalowych stelaży, na których były osadzone szyby, a pomiędzy nimi rozpościerały się systemy nawadniające i oświetlające. Drzewom udało się przebić w górę i wrosnąć w metalowe szkielety. Opadające liście zmieszały się z jasnoniebieskim szkłem, tworząc „szklaną” ściółkę. Intrygująca i fascynują jest procesualność, której podlegała i nadal podlega ta ogrodniczo-laboratoryjna przestrzeń. Rośliny, które w pierwszym etapie były uprawiane, w drugim badane, w trzecim zdają się triumfować nad miejscem swojej opresji. Szklarnia-ruina, podobnie jak cała przestrzeń czarnobylskiej strefy, staje się areną odzyskiwania, przechwytywania i zarastania. Małgorzata Nieszczerzewska pochylając się nad nie-ludzkimi ruinami, pisze:

Wdzierająca się natura zaczyna okupować miejsce, które niegdyś należało do człowieka. Budynki otwierają swoje przestrzenie dla innych stworzeń, pojawiają się w nich zwierzęta i owady, zostają skolonizowane przez różne grupy roślin, wyrastają w nich drzewa. Ruinizacja jako „ekonkwista” ukazuje również ciekawy sposób naturalizacji zrujnowanych terenów, w którym następuje ponowne wymieszanie roślin synatropijnych (z jęz. gr. syn – razem, anthropos – człowiek), które potrafią żyć w środowisku silnie zmienionym przez człowieka, i innych8.

for. Agnieszka Karpiel

Słysząc chrzęst potłuczonego szkła i widząc, jak dalece skutecznie roślinom udaje się żyć w postkatastroficznej
przestrzeni i mając świadomość miejsca, pomyślałam, że rośliny nie żyją tutaj razem z nami, one żyją po nas. Trudno przełknąć gorzką pigułkę porażki, gdy sobie uświadomimy, że człowiek jest tylko etapem na drodze ich życia. Katastrofy nuklearne są chyba jednym z najlepszych przykładów, że nasze działania ingerują w środowisko naturalne z potężną siłą, zmieniając jego organizację i zakłócając porządek. Chociaż dla nas te zmiany wydają się nieodwracalne, to dla roślin i zwierząt są tylko jednym z etapów. Przyglądając się rozwojowi fauny i flory na terenie zony, nietrudno o refleksję, że to obecność człowieka, a nie promieniowania była dla nich największym ograniczeniem. Rośliny, które porastają podłogi, ściany, szkło, beton czy stal, zdają się dużo lepiej zakorzenione zarówno w naturze, jak i w kulturze, lub też – jak proponuje – Donna Haraway, twierdząc, że podtrzymywanie podziału jest bezzasadne – w naturokulturach (naturacultures). I jak komentuje propozycję odczytania ruin z perspektywy Haraway, Nieszczerzewska:

(…) w rezultacie to, co w ruinie jeszcze żyje z kultury, i to, co żyje w niej z natury, staje się nową całością, tworzy pełną charakteru jedność. W ruinie ucieleśnia się bowiem zarówno kultura w granicach natury, jak i natura w granicach kultury9.

Chociaż trudno nie zgodzić się z autorką Ruinologii, to jednak wciąż pobrzmiewa w jej słowach przekonanie o postrzeganiu i przekraczaniu granic pomiędzy roślinami a nami. Przekonanie o granicy, która istnieje niezależnie od nas, o granicy samej w sobie. Tymczasem przywołany przeze mnie na początku Dariusz Czaja podkreśla, że granica jest tylko i aż konstruktem kulturowym, pozwalającym nam na porządkowanie świata zarówno w wymiarze praktyczno-geograficznym, jak i wyobrażeniowym. To z mocy człowieka powstały, powstają i zapewne będą powstawać linie demarkacyjne. Stojąc na wspomnianym już dachu wieżowca w mieście Prypeć, mając przez chwilę inną perspektywę, można jednak dostrzec, że granica jest niewidoczna, a może nawet w ogóle jej nie ma. Roślina jest tam, gdzie może się zakorzenić, a człowiek nie tylko próbuje zdobywać nowe przestrzenie, ale też usilnie powraca do tych, z których odszedł, przy okazji ciągle podążając tymi samymi ścieżkami działania.

Korzeń10 przytwierdza roślinę do podłoża i dostarcza jej wody, soli mineralnych, może także być jej schronieniem. W słowniku języka polskiego PWN znajdziemy także zwrot zakorzenić się11, który oznacza wpajanie czegoś, mocne związanie się z czymś lub wejście czegoś w zwyczaj. Słownik synonimów rozszerza pole interpretacji jeszcze bardziej i dodaje nowe znaczenia: od utrwalić się, upowszechnić, rozprzestrzenić przez adaptować, osiąść, przyjąć się aż po zapuścić korzenie. Czarnobylska Strefa Wykluczenia to poligon, w którym do dzisiaj ścierają się wyobrażenia, mitologie, a w nich nadzieje i porażki współczesnego człowieka. W ciągu niespełna 50 lat udało mu się wykarczować las, zbudować idealne miasto i elektrownię jądrową, doprowadzić do katastrofy nuklearnej, podjąć próby usunięcia skutków atomowego kataklizmu (m.in. poprzez przekopywanie ziemi do 2 m w głąb, likwidowanie wszystkich zwierząt i chemiczną dekontaminację lasów), opuścić i zamknąć wyznaczony sztucznie obszar, rozwinąć ruch turystyczny na jego terenie, a w końcu… usilnie gasić pożary, które od marca do początku maja tego roku pustoszyły teren zony. Jaka idea jest tak silnie zakorzeniona w myśleniu współczesnego człowieka? Co legitymizuje jego determinację i tę pozytywnie wartościowaną niezłomność? Jedną z możliwych odpowiedzi znajdujemy w eseju pt. O tym, czego możemy nie robić Giorgia Agambena, umieszczonym w zbiorzept. Nagość, w którym autor przygląda się współczesnej niezgodzie na niemoc i pisze:

Moc jest zawsze, z samej swojej natury, niemocą; możność działania jest zawsze również możnością braku działania (…) Niemoc nie oznacza tutaj tylko braku mocy, możności robienia, lecz także i przede wszystkim „możność nierobienia”, możność niewykorzystania własnej mocy12.

Czarnobylska Strefa Wykluczenia stała się areną, na której człowiek zdaje się walczyć nie tylko z katastrofą nuklearną, promieniowaniem, koniecznością ewakuacji, popadaniem idealnego miasta w ruinę, pożarami lasów, ale przede wszystkim z przymusem działania. Hegemonia sprawczości niczym kaganek oświaty przyświeca wszelkim
działaniom mającym na celu zachowanie przy życiu opuszczonych bloków i płonących drzew, a trwająca nieustannie w stanie wyjątkowym zona jest najlepszą przestrzenią do testowania granic ludzkiego działania. Zasadą naczelną wydaje się zakorzenione i nieustannie wpajane nam poczucie mocy. Do altruistycznej chęci niesienia pomocy dołącza władza, która – jak twierdzi Agamben – uwalnia człowieka od niemocy:

Dzisiejszy człowiek, oddzielony od swojej niemocy, pozbawiony doświadczenia dotyczącego tego, czego zrobić nie może, sądzi, że wszystko potrafi i powtarza swoje jowialne „Nie ma sprawy”, swoje nieodpowiedzialne „Da się zrobić”13.

Począwszy od próby uratowania świata przed skutkami wybuchu nuklearnego w kwietniu 1986 roku, na wciąż trwającym gaszeniu pożarów na terenie Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia skończywszy, to działania doskonale ilustrujące powyższą filozoficzną refleksję. Działanie, przy którego podejmowaniu człowiek:

(…) powinien uświadomić sobie, że jest w najwyższym stopniu uzależniony od sił i procesów, nad którymi utracił wszelką kontrolę. Stał się ślepy nie na swoje zdolności, ale na to, czego nie może lub czego może nie zrobić14.

Błędnym i destrukcyjnym założeniem staje się myśl, która wciąż na nowo legalizuje działanie oparte na ratowaniu tego, co wytworzył człowiek, co mu służyło, służy i miało służyć w przyszłości. Paradoksalnie bowiem Czarnobylska Strefa Wykluczenia, której z lęku przed konsekwencjami katastrofy pozwolono stać się ruiną stała się jedną z największych atrakcji dark tourismu i urbexu, a jej ratowanie wydaje się być zaprzeczeniem poprzednich działań. Nietrudno dostrzec niezgodę i niekonsekwencję. Ratujmy ruinę, aby mogła nadal być ruiną – czyż nie taki slogan powinien reklamować zbiórki pieniędzy organizowane na pomoc w walce z pożarami? Ten na pierwszy rzut oka banalny i jednocześnie obrazoburczy wniosek, bo jak można nie gasić pożarów mogących obrócić w proch resztki tak ochoczo odwiedzanej opuszczonej Prypeci, wciąż zamieszkanego Czarnobyla i wsi, staje się gorzką pigułką, którą warto spróbować przełknąć z pokorą. Zafascynowani patrzymy na mech zjadający krzesła, na trawę, która uparcie wybrzusza beton, na drzewa, które mają siłę wyrosnąć ze „szklanej” ściółki, i zajęci tym jakże przyjemnym dla serca i oczu zachwycaniem się, zapominamy, że:

Jedyną gwarancją prawdziwości tego, czym [my] jesteśmy, jest paląca świadomość tego, czym być nie możemy, zaś wartość naszego działania nadaje jedynie trzeźwe spojrzenie na to, czego nie możemy lub nie możemy nie robić15

W „poczarnobylskich” roślinach chcemy widzieć swoją moc i sprawczość, chcemy się w nich przeglądać jak w lustrze, chcemy ich wzrost utożsamiać z naszym. Gloryfikujemy samych siebie, chwaląc tych, którzy podjęli trud gaszenia pożaru zarówno dziś, jak i 34 lata temu. Antropogeniczna czarnobylska dzicz ma być niczym najlepszy opatrunek, na wszystkie rany – odkażający, przynoszący natychmiastową ulgę, przyspieszający gojenie. Tymczasem najlepszym lekarstwem może się okazać zgoda na naszą nieobecność, niemoc, niebyt.

Przypisy
1. Zapis z notatki terenowej autorki, 28 marca 2019, Prypeć, Ukraina.
2. J. Fiedorczuk, Pod słońcem, Kraków 2019, s. 422.
3. D. Czaja, Gramatyka bieli, Kraków 2018, s. 22.
4. Na terenie Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia znajdują się nadal miejsca nazywane przez przewodników hot spotami, które charakteryzuje wysokie promieniowanie. Najczęściej są to maszyny, które były używane podczas usuwania skutków awarii i nie zostały poddane dekontaminacji. Mogą to być także miejsca, w których zostały zakopane napromieniowane urządzenia. W słynnym szpitalu na terenie Prypeci nie zaleca się także zwiedzania
piwnic, ponieważ nadal znajdują się w nich ubrania strażaków gaszących pożar w elektrowni.
5. Zapis podkreśla odejście od dychotomii pozytywnie wartościowanego ludzkiego i pejoratywnie opisywanego nieludzkiego i jak proponuje M. Markiewicz: „Już samo pojęcie nie-ludzkiego musiało zostać stworzone, aby odróżnić je od negatywnie nacechowanego »nie-ludzkiego«, którym przez wiele lat próbowaliśmy tłumaczyć wszystko, co czyni człowiek, ale co nie znajduje się w definicji Człowieka”. M. Markiewicz. Przekroczyć człowieka.
Uwagi o postapocentrycznym problemie umiejscowienia w „anthropos” 2015, nr 24, s. 110–119; www.
anthropos.us.edu.pl/anthropos13/texty/markiewicz.htm (dostęp: 25.05.2020).
6. A. Mbembe, Polityka wrogości. Nekropolityka, Kraków 2018, [e-book], loc. 595.
7. J. Fiedorczuk, Cyborg w ogrodzie, Gdańsk 2015, s. 62.
8. M. Nieszczerzewska, Ruinologie, Poznań 2018, s. 384.
9. Tamże, s. 389.
10. Słowo „korzeń” pochodzi od łacińskiego słowa radix, które oznacza także podstawę, bazę, fundament.
Z tego samego rdzenia pochodzi także słowo radius oznaczające promień, odcinek, żądło, ale także promień światła. Bliskie powiązanie ze sobą tych słów zdaje się najlepiej odzwierciedlać w kontekście promieniotwórczości i atomowego rdzenia, co zasługuje na osobną analizę i interpretację. Za słownikiem: http://www.perseus.tufts.edu/, (dostęp: 6.06.2020).
11. Tamże, https://sjp.pwn.pl/doroszewski/zakorzenic; 5525226.html (dostęp: 25.05.2020).
12. G. Agamben, O tym, czego możemy nie robić, w: tegoż, Nagość, przeł. K. Żaboklicki, Warszawa 2010, s. 53.
13. Tamże, s. 54.
14. Tamże.
15. Tamże.

 

Artykuł pojawił się w numerze Fragile 1-2 (47-48) 2020

Dodaj odpowiedź