Poszukiwanie nie wiadomo czego

0
1093

Mowa pożegnalna wygłoszona na pogrzebie Tomka Chołoniewskiego, krakowskiego perkusisty, kompozytora i pedagoga, jednej z najważniejszych postaci krakowskiej sceny muzyki improwizowanej i eksperymentalnej ostatnich 20 lat. Artysty, dla którego świat dźwięków nie miał granic i który z równą pasją i naturalnością odnajdował się w najważniejszej dla siebie improwizacji, jak i w muzyce współczesnej, elektronicznej i rockowej. Również cenionego i lubianego nauczyciela, który swoim uczniom przekazywał nie tylko wiedzę i umiejętności, ale też miłość do muzyki.

Oczywiście w takiej sytuacji musiały ruszyć wspomnienia. A mam ich przecież bez liku – niewątpliwie właśnie z Tomkiem zagrałem najwięcej koncertów muzyki improwizowanej, spędziliśmy kilka lat w Centrum Sztuki Współczesnej „Solvay”, robiąc prawie codziennie próby i grając koncerty przynajmniej raz w miesiącu. Razem z Tomkiem zorganizowaliśmy pierwszy festiwal Meeting of Improvisers, serię koncertów Laboratorium Intuicji… On po prostu był zawsze, od pierwszego koncertu Improvisers Ensemble; w zasadzie jako jedyny z tej dosyć przypadkowo zebranej wtedy ekipy, która zagrała 20 lat temu w Jaszczurach, zajął się muzyką improwizowaną. Razem też tworzyliśmy Instytut Intuicji i kilka innych nie całkiem tymczasowych, co dosyć niezwykłe wśród improwizatorów, zespołów. Uświadomiłem sobie, wspominając, że to właśnie z Tomkiem dojechałem w moich koncertowych podróżach w najdalsze rejony: byliśmy razem w Korei, w Chinach i w Japonii. Włóczyliśmy się razem po Hongkongu, nocą po Szanghaju, a w Seulu zawędrowaliśmy w taką okolicę, że stwierdziliśmy, iż chyba nie jesteśmy tu na miejscu – ale też tam udało nam się zjeść kawałek ośmiornicy na słodko z ulicznego grilla. Zagraliśmy całą masę koncertów, od duetu poczynając, a kończąc na dużych zespołach; największym z nich była chyba orkiestra prof. Kaczyńskiego, którą dyrygował „Butch” Morris. I razem rysowaliśmy partyturę do E.S Jazz Schaeffera… I byliśmy również razem zimą na szczycie Babiej Góry, oglądać wschód słońca – było zimno, ale wspaniale, widać było nie tylko Tatry, ale nawet Bieszczady.

No cóż, pewnie wspominać mógłbym długo, bo przecież właśnie mija 20 lat wspólnego grania, 20 bardzo intensywnych lat, w czasie których zespoły i projekty powstawały i się kończyły, miejsca, w których cyklicznie działaliśmy, znikały, a my po chwili spotykaliśmy się w nowych. I wiele się działo, nie tylko muzycznie. Ale chociaż mógłbym snuć historię o tej historii, chciałbym opowiedzieć o Tomku, nie tylko sięgając po zdarzenia, daty i różnego rodzaju projekty artystyczne. Chciałbym go wspomnieć, opowiadając o tym, co dla mnie było w nim najważniejsze, co, można powiedzieć, mnie zauroczyło. Co widziałem chyba od samego początku, ale co też on sam o sobie w pewnym momencie głośno powiedział.

Był taki moment kilka lat temu, gdy Marcin Barski zaprosił nas, Tomka, mnie i kilku jeszcze innych zajmujących się muzyką dżentelmenów, do wspólnej trasy koncertowej „Exploratory music from Poland”. W ramach tej trasy był też realizowany film dokumentalny, w którym każdy z nas opowiadał o sobie, o swoim pomyśle na działania artystyczne, o tym, co robi i co dla niego jest ważne. I z fragmentu o Tomku, z wywiadu z nim, zapamiętałem jeden moment, gdyż uświadomiłem sobie, że to, o czym powiedział, było w nim specjalne, wyjątkowe i mnie urzekło. Było to coś, dzięki czemu udawała nam się ta dziwna współpraca, dziwna, gdyż ufundowana na czymś, czego nie było, na nieokreśloności, na niestabilności, na nieprzewidywalności, gdyż to jest właśnie grunt spontanicznej improwizacji. W trakcie wywiadu padło pytanie o powód, przyczynę własnego, takiego, a nie innego działania artystycznego, a Tomek powiedział: „Ja w zasadzie to szukam… no właśnie, w zasadzie to nie wiem, czego szukam”.

Dla mnie ta wypowiedź była jak credo człowieka posiadającego nie tylko umiejętność działania ad hoc w nieoczekiwanych okolicznościach, credo improwizatora – była odpowiedzią wędrowca, odpowiedzią człowieka ciekawego wszystkiego, co za zakrętem, który za ten zakręt sobie zajrzy, z otwartością poznawczą, aczkolwiek bez wygórowanych oczekiwań.

Tomek bowiem w moim odczuciu był wędrowcem. Nie podróżnikiem, bo oni dążą, a czasem nawet gnają do z góry upatrzonego celu, by zrobić tam sobie fotkę lub nagrać film umieszczany potem na YouTubie. Nie zdobywcą, który idzie gdzieś w zasadzie tylko po to, aby zatknąć tam swoją flagę i powiedzieć, że od teraz to miejsce jest jego. A już na pewno nie był turystą, czyli elementem stada, które się transportuje w określone miejsca, gdzie spędza się „rajskie wakacje”. Tomek był wędrowcem, a jak mówi chińska Księga Przemian, domem wędrowca jest droga. Musi mieć pewnego rodzaju otwartość w sobie i gotowość do zmian, gdyż droga to nie jest coś, nad czym panujemy, a w opisywanej sytuacji nie jest to przedmiot, lecz pewien sposób istnienia, rodzaj działalności bez nominalnego końca – po prostu droga jest wędrowaniem. I wędrowca ciężko zatrzymać w jego wędrówce, gdyż wędrowanie i idące za tym zmiany to jego żywioł, można powiedzieć, że sens jego istnienia. Wędrowiec to ciekawość, to rozglądanie się i ciche uczestniczenie w ruchu rzeczywistości, bez zbytniego narzucania się i obsesyjnego wybierania kierunków – po prostu kierunki przychodzą same, gdyż świat się kręci. Dla wędrowca domem jest droga, a droga powstaje przez chodzenie – ten cytat ze starożytnego, chińskiego tekstu filozoficznego mówi właśnie o tym, że podlegamy ruchowi świata, wywierając na niego również wpływ, idąc przez niego, idąc drogą. I musi to być działalność na tyle subtelna, by podlegać i wpływać równocześnie, zachowując pomiędzy tymi dwoma rodzaj dynamicznej równowagi. I Tomek wydawał mi się taki właśnie.

A było to możliwe, gdyż Tomek był nieliniowy. Nasza kultura w ostatnich kilkuset latach (a źródeł tego należy szukać przed milleniami) wykształciła liniowy system myślowy i koherentną z nim liniową percepcję. W związku z tym jej cechami charakterystycznymi są: drobiazgowe planowanie, oczekiwanie i wymaganie, obsesyjna chęć kontroli i panowania, rodzaj analitycznego roztrząsania spraw i rozumienia świata, który w tym akcie ulega oswojeniu i zawłaszczeniu. A Tomek właśnie był nieliniowy, zarówno w myśleniu, w percepcji, jak i w działaniu. Jak mogłem się zorientować, dosyć swojsko czuł się w bardzo niedookreślonej sieci niezwykle różnorodnych, można rzec, kolorowych relacji, uczestnicząc w nich bez nacisku, opresji, z akceptacją inności i wielowymiarowości. Wielu z nas to zauważyło, dla wielu z nas delikatność i nienachalność oraz otwartość i towarzyskość były jego cechami charakterystycznymi, jak mogę się zorientować po wspomnieniach publikowanych w sieci. Dzięki tej nieliniowości mógł tak często w dyskusjach przy spotkaniu się z innym oglądem świata, inną oceną zdarzenia mówić „w jakimś stopniu to rozumiem” i nie mam wątpliwości, że nie była to kurtuazja, lecz szczere słowa. Uczestniczył w działaniach kolektywnych, grupowych bez wymuszania swojego zdania, bez narzucania wizji, myśląc o całości, jaką tworzyliśmy. Tak też widział go nasz wspólny przyjaciel Keir, którego słowa chciałbym tutaj przytoczyć, aby choć w ten sposób pozwolić mu uczestniczyć w momencie pożegnania: „Hojny w obdarowywaniu swoim czasem i talentami, chętny do eksperymentowania, gotowy do wyrażania i przyjmowania krytyki, dobry słuchacz i aktywny współpracownik, rozważny, dociekliwy, autorefleksyjny, zabawny, ufny i godny zaufania, kochający, zorientowany na to, co najlepsze dla całości. To cechy dobrego muzyka, dobrego improwizatora, dobrego nauczyciela, dobrego człowieka… jednym słowem: naszego Tomka”.

Muszę też przyznać, że dopiero teraz, w związku z odejściem Tomka, zrozumiałem tę wypowiedź Wolanda z Mistrza i Małgorzaty, która zawsze była dla mnie istotna, ale jak do tej pory miała tylko wymiar wypowiedzi literackiej, obecnie zaś nabrała niestety złowieszczej aktualności, rzekłbym, że zmaterializowała się. Woland tak mówi do Berlioza i Bezdomnego podczas ich spotkania na Patriarszych Prudach: „To, że człowiek jest śmiertelny, to jeszcze pół biedy. Najgorsze jest to, że śmiertelny okazuje się być zupełnie niespodziewanie”.

Nie mam słów na opisanie tego, co poczułem, gdy dowiedziałem się o niespodziewanym odejściu Tomka. Poproszę o pomoc krakowskiego poetę, Don Kopyto vel Spodek: „Ludzka dusza jest jak tęcza nad przepaścią, jak całe życie, które znika. I taki wielki żal jakby zgasła czyjaś miłość – tych co zostali przenika”.

W naszej kulturze zwyczajowo żegna się odchodzących frazą: „Rest in peace” – „Spoczywaj w pokoju”. Ale myślę, że my się pożegnamy trochę inaczej, wolę powiedzieć, powtarzając za Keirem: „Spoczywaj w dźwięku” – „Rest in sound!”.

Dodaj odpowiedź