Turbonormalność, czyli o kryzysie

0
243

W starosłowiańskiej mitologii, a zatem po prostu w starosłowiańskim obrazie świata (podobnie zresztą jak we wszystkich innych) pełno jest nadprzyrodzonych, nieludzkich istot, które są zbyt „małe”, aby być bogami, a zarazem nie są ludźmi i posiadają niezwykłe moce. Albowiem poza wielkimi postaciami, takimi jak Trzygłów, Swarożyc, Światowid czy Weles i wiele innych istot poważnego, „boskiego” formatu, świat naszych odległych przodków wypełniony był innymi, mniej znaczącymi stworzeniami, bezpośrednio związanymi z codziennym życiem ludzi i funkcjonowaniem ich najbliższego otoczenia. Z tego też powodu, jak się wydaje, mimo przymusowej chrystianizacji przetrwały najdłużej, nawet do nam współczesnych czasów. Mam na myśli różnego rodzaju skrzaty, chochliki, rusałki, dziwożony, a nawet poubierane już w „schrystianizowane” szaty diabły polne – istoty zamieszkujące domy, obejścia, zagrody dla zwierząt, ale też stawy, łąki, pola, uroczyska, przyrzeczne i przyjeziorne szuwary itp. Czyli bytujące w bezpośredniej bliskości człowieka i mające częsty i bezpośredni wpływ na jego życie, w odróżnieniu od „poważnych” i mocarnych bogów, w których kierunku strach było w ogóle patrzeć, nie mówiąc już o proszeniu ich o cokolwiek. Opisywany „mały ludek” wręcz pętał się pod nogami i choć nadprzyrodzony, był – a często wciąż jest – naturalną częścią świata.

Wszystkie tego rodzaju bóstwa domowe i te rezydujące w najbliższym, przyrodniczym otoczeniu człowieka miały z nim bliski kontakt i swą działalnością wpływały na jego życie. Jest to temat rozległy, głęboki i wciąż domagający się poważnych badań. Te zostawiam specjalistom, sam natomiast chciałbym zwrócić uwagę na rolę, jaką wspomniane bóstwa domowe odgrywały w kształtowaniu „obrazu świata” naszego słowiańskiego przodka i jaką w wielu przypadkach wciąż – jak się wydaje – odgrywają. A mianowicie były zamiennikiem nieodkrytego członu relacji przyczynowo-skutkowej, zapełniającym miejsce niewyjaśnionej i nieznanej przyczyny nieoczekiwanych, nieprzewidzianych, a na pewno nieplanowanych zdarzeń, dziejących się poza naszą sprawczością (a przynajmniej tak nam się wydaje), choć przecież muszą mieć jakieś wyjaśnienie, przyczyny, których w zjawiskach przez nas zrozumiałych i obserwowanych na pewno nie potrafimy znaleźć. Innymi słowy, wydarza się coś, o czym nie wiemy, dlaczego się wydarzyło, co się nie mieści w przewidywanym przez nas biegu wypadków, a zatem musi to być robota chochlików, skrzatów, leśnych bądź polnych diabłów i tym podobnych stworzeń. Dlaczego to zrobiły? Dlaczego mleko nad ranem jest skwaszone? Dlaczego sąg drewna został rozrzucony po okolicy, dlaczego krowa nie daje mleka, dlaczego cielaczek urodził się z trzema nóżkami, dlaczego wczoraj obsiane pole w nocy coś zryło dokumentnie? Musiało bóstwo się poczuć czymś urażone i zrobiło człowiekowi na złość! Może zapomnieliśmy zostawić ofiarę, miskę mleka, coś do zjedzenia, nie podarowaliśmy wczoraj wieczorem tego, co się zgodnie ze zwyczajem daruje? A może coś innego się wydarzyło? Jak by na to nie patrzeć, padliśmy ofiarą złośliwości lub gniewu chochlika, skrzata lub rusałki i nic na to nie poradzimy.

Przejdźmy teraz ze świata mitologii do związków przyczynowo-skutkowych. Jak wiadomo, wszystko ma swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Nie ma zdarzeń, które wydarzają się z niczego, i nie ma działania, które niczym nie skutkuje. O tym większość z nas już wie i prawdopodobnie wiedzieli też o tym nasi przodkowie. Wiedza tego typu wynika po prostu z obserwacji świata. Często się natomiast zdarza, że widząc skutki, nie możemy dostrzec przyczyn. Co więcej, często nie chcemy ich dostrzec! Dlaczego? No cóż, być może musielibyśmy się przyznać do popełnienia błędów i stwierdzić, że sami jesteśmy odpowiedzialni za nieoczekiwany i niezbyt chętnie akceptowany obrót spraw. Od tego mamy chochliki, skrzaty i tym podobne towarzystwo. Bez wątpienia, jak w przypadku pozostałych religijno-magicznie umocowanych koncepcji, służą one za wyjaśnienie tam, gdzie wyjaśnienia niegdyś nie można było znaleźć ze względu na niedostatki wiedzy – kiedyś przecież ludzie mniej wiedzieli o świecie niż teraz. Bez wątpienia również tego rodzaju „tajemnicze siły” i dzisiaj pełnią funkcję nieznanych i niejasnych, a często też niechcianych przyczyn stanu rzeczy. Są również fantastycznym usprawiedliwieniem psychologicznym dla nieprzyjmowania odpowiedzialności za to, co się wokół nas dzieje – nic przecież nie poradzimy, gdy dziwożony i skrzaty dopuszczają się swoich psot i złośliwości.

Innymi słowy, wydarza się coś, o czym nie wiemy, dlaczego się wydarzyło, co się nie mieści w przewidywanym przez nas biegu wypadków, a zatem musi to być robota chochlików, skrzatów, leśnych bądź polnych diabłów i tym podobnych stworzeń. Dlaczego to zrobiły? Dlaczego mleko nad ranem jest skwaszone? Dlaczego sąg drewna został rozrzucony po okolicy, dlaczego krowa nie daje mleka, dlaczego cielaczek urodził się z trzema nóżkami, dlaczego wczoraj obsiane pole w nocy coś zryło dokumentnie? Musiało bóstwo się poczuć czymś urażone i zrobiło człowiekowi na złość!

Być może powyższe akapity pozostają jeszcze niezrozumiałe w kontekście tytułu tego wywodu, tym bardziej niezrozumiałe będzie w tym momencie wprowadzenie tematu kryzysu. Proszę o odrobinę cierpliwości, sytuacja niebawem się wyjaśni. A na razie: kryzys! No właśnie, cóż to jest kryzys, zjawisko przecież co jakiś czas się pojawiające i gnębiące „biedną” ludzkość? Bez wątpienia w pierwszym momencie moglibyśmy go zdefiniować jako sytuację, w której dzieje się coś nienormalnego. Sytuację, w której nasza codzienna „normalność” zostaje zdeformowana, w której sprawy zaczynają biec jakimś innym, wykrzywionym torem, w której działając „normalnie”, nie tylko nie realizujemy zwyczajowo osiąganych celów, ale mamy coraz bardziej pod górkę. To sytuacja mocno stresowa, często strasząca groźnymi, nieraz granicznymi wręcz konsekwencjami, nie tylko niepożądana, ale również bardzo często nieoczekiwana (aczkolwiek z różnych powodów). Towarzyszą jej destabilizacja, strach i niepewność jutra – mało kto zna dynamikę kryzysów i jest w stanie przewidzieć ich rozwój, tym bardziej kiedy do akcji wkraczają „chochliki i dziwożony” (o tym za chwilę).

Z kryzysem wiąże się pewien sposób myślenia, w którym dominującą rolę zazwyczaj odgrywa chęć powrotu do normalności. Pod tym hasłem kryją się wszelkie, bardziej lub mniej skuteczne, próby zażegnywania również i obecnego kryzysu. Jest to mechanizm uniwersalny, bo zawsze gdy następuje kryzys, pojawia się potrzeba i próba powrotu do normalności, rozumianej jako czas niekryzysowy, czas przed kryzysem, gdy wszystko działało, jak należy, według jakiejś „normy”. O kryzysie większość z nas (a świadczy o tym właśnie chęć powrotu do normalności) myśli jako o czymś „innym”. Coś się stało, nie do końca zrozumiałego, i nie bardzo wiadomo (a przynajmniej niektórzy nie bardzo wiedzą), dlaczego do tego doszło. I oto mamy kryzys – sytuację wyjątkową. Gdy go opanujemy, powróci – mamy nadzieję – wspomniana normalność, czyli coś, co już było, co jest znane i w mniejszym lub większym stopniu swojskie (zgodnie ze zdaniem Kisiela nawet w pewnym miejscu możemy się urządzić). Myślimy o kryzysie jak o czymś zewnętrznym, obcym, innym od tego, co było, jako o nienormalności, pozostającej w kontraście do codziennej normy. To taki obcy kamyk w naszym pięknym, dobrze zaprojektowanym i starannie pielęgnowanym ogródku, kawałek „nie naszego” świata. Jakiś złośliwiec przechodził obok i po prostu go wrzucił. Albo, wracając do tradycji, chochlik psoci.

Dawno temu, gdy nasi prasłowiańscy przodkowie próbowali sobie zgodnie ze swoją ówczesną wiedzą porządkować obraz świata, chochliki, skrzaty i dziwożony (a także innego rodzaju istoty nadprzyrodzone, ale na potrzeby wywodu zostajemy przy tych małych, domowych bóstwach) wykorzystywano do „wyjaśniania” niewyjaśnialnych normalnym trybem zjawisk. Gdy ograniczona wiedza nie pomagała znaleźć przyczyny takiego, a nie innego biegu zdarzeń, można się było odwołać do aktywności nieco złośliwego bóstwa domowego – i chodzi mi tutaj zarówno o wiedzę o sposobie działania świata w ogóle, jak i wiedzę o tym, co się dzieje w naszej bezpośredniej okolicy. W każdym razie zrzucenie winy, czyli de facto przypisanie odpowiedzialności bóstwu domowemu, skrzatowi, chochlikowi itd., było dobrym wyjaśnieniem, gdy chcieliśmy uzyskać spójny obraz świata, i tego typu wyjaśnienie wystarczało do pewnego momentu. Wydaje się jednak, że wiedza, a zarazem świadomość skomplikowania świata pozwala nam odłożyć opowieści o mitologicznym rodowodzie na bok, a co najwyżej możemy się próbować dowiedzieć, co za nimi się kryje. Wyjaśnianie przyczyn zdarzeń domniemaną działalnością chochlików wydaje się co najmniej niepoważne. Ale mimo że świat mitologii starosłowiańskiej odszedł w dużej mierze w zapomnienie, wiele wskazuje na to, że ukształtowane w nim pewne schematy myślenia, tzw. struktury poznawcze, przetrwały. Jedną zaś z nich jest szukanie przyczyn zmian zachodzących w naszym świecie poza tym światem, czyli niedostrzeganie, iż działanie świata jest ciągłością następstwa zdarzeń i nikt kamyczków do naszego ogródka nie wrzuca. To, co się dzieje w sytuacji kryzysowej, jest po prostu naturalną konsekwencją tego, co się zdarzyło wcześniej, a co identyfikujemy jako normalność. Innymi słowy: to nie chochlik czy skrzat robi nam psikusa, kiedy woda wylewa się ze szklanki, ale dzieje się tak dlatego, że naczynie ma ograniczoną pojemność, a stoi pod otwartym kranem. Po prostu komuś nie chciało się przerwać tego strumienia. Albo o tym zapomniał. Albo cokolwiek… I teraz wszyscy pytają: a dlaczego kuchnia jest zalana?

Chcę przez to powiedzieć, iż wszystko się rozwija i zmienia, a co za tym idzie, w pewnym momencie może się przelać, jeśli się we właściwym momencie nie zorientujemy, co się dzieje, i nie zamkniemy kranu albo nie wymienimy szklanki na pustą. Po prostu: nienormalność, czyli przelanie, to efekt normalności, jej kontynuacja, mówiąc „po ludzku” – zwykła kolej rzeczy. To nawet coś więcej, to turbonormalność, czyli normalność do potęgi – woda lała się do szklanki, teraz już jest wszędzie, ale cały czas chodzi o ten sam proces, dziejący się nieustannie i multiplikujący efekty zgodnie z zasadą pędzącej kuli śniegowej.

Ale mimo że świat mitologii starosłowiańskiej odszedł w dużej mierze w zapomnienie, wiele wskazuje na to, że ukształtowane w nim pewne schematy myślenia, tzw. struktury poznawcze, przetrwały. Jedną zaś z nich jest szukanie przyczyn zmian zachodzących w naszym świecie poza tym światem, czyli niedostrzeganie, iż działanie świata jest ciągłością następstwa zdarzeń i nikt kamyczków do naszego ogródka nie wrzuca. To, co się dzieje w sytuacji kryzysowej, jest po prostu naturalną konsekwencją tego, co się zdarzyło wcześniej, a co identyfikujemy jako normalność.

Popatrzmy sobie na kilka przykładów i zastanówmy się, czy to, co się dzieje faktycznie, różni się od tego, co było, na tyle, byśmy mogli podejrzewać wrzucanie obcych kamyków do naszego uporządkowanego ogródka. Po pierwsze: zaatakował nas wirus. Wiele jednak wskazuje na to, że przenoszenie się drobnoustrojów zwierzęcych na ludzi (epidemia nowego koronawirusa to nie pierwszy przypadek tego rodzaju) spowodowane jest głównie zachwianiem równowagi środowiska naturalnego naszej planety, systematycznym i w tym momencie już znacznym degradowaniem bioróżnorodności. Jednym z efektów jest „przeskakiwanie” patogenów i wszelkiego rodzaju drobnoustrojów na dominujący gatunek w poszukiwaniu żywiciela.

Po drugie: to Chiny „wypuściły” wirusa. To całkiem ciekawa koncepcja, szczególnie gdy taki zarzut wysuwa się na Zachodzie. Bo jeśli chodzi o to, że właśnie Chiny niszczą środowisko naturalne w takim stopniu, że dochodzi do bardzo aktywnych zmian obszarów pasożytowania wirusów, to pojawia się pytanie o przemysł, faktycznie odgrywający fatalną rolę. A odpowiedź już nie musi być taka miła dla starających się obarczyć winą Chiny, gdyż – jak łatwo zauważyć – przemysł i wszelkiego rodzaju produkcję przeniesiono do Państwa Środka z innych części świata właśnie ze względu na brak obowiązujących w tym miejscu regulacji dotyczących ochrony środowiska i zwykłą, „kapitalistyczną” chciwość nakazującą szukać jak najtańszej siły roboczej. Czyli Zachód przeniósł produkcję do Chin, zamiatając swoje własne „podwórko”, co w nowym miejscu nie musi się przejmować degradacją ekologiczną (nikt nie myślał, iż zdegradowane środowisko w Chinach będzie skutkowało ogólnoświatową pandemią) i poszukiwaniem tańszych robotników.

Po kolejne (trzecie): politycy nie radzą sobie z kryzysem i pandemią, ewolucja kryzysu to ich wina – tak się składa, że nawet jeśli w naszym kręgu kulturowym mamy jeszcze monarchie, to są one parlamentarne. Co oznacza, że politycy, którzy zarządzają naszą wspólną własnością, nie przychodzą z zewnątrz i nikt nam ich nie „wrzuca” do ogródka, lecz sami ich sobie wybieramy.

W zasadzie wymienianie przyczyn można ciągnąć nawet jeśli nie bez końca, to na pewno długo i chyba nie ma dziedziny życia, którą można by w tej wyliczance pominąć. Ruszył „biznes” epidemiczny (sztucznie zawyżane ceny produktów ochrony zdrowia i życia, wyłudzanie kasy na sprzęt medyczny itd.) – a czyż pewien rodzaj cwaniactwa, kombinowania nie jest wpisany w nasz system „załatwiania rzeczy” i „wykorzystywania sytuacji”? Podczas pandemii narasta zjawisko przemocy domowej – ale czy to znaczy, że wcześniej występowało w skali mikro, a może było ukrywane lub kulturowo sankcjonowane i chowane za „firankami” i „sprawami domowymi”? Szpitale zatykają się, brakuje środków ochrony osobistej dla personelu – ale czy wcześniej system opieki zdrowotnej faktycznie był tak świetnie zorganizowany i dofinansowany? Nauczanie zdalne ledwo działa – lecz czy przed pandemią wszyscy byli zadowoleni z poziomu i modelu edukacji w Polsce? Na tym skończę, ale jedynie ze względu na ograniczony rozmiar tekstu, nie zaś z powodu wyczerpania katalogu. Niech każdy sobie pomyśli o kwestii dla niego najistotniejszej i zastanowi się, czy aby to, co się dzieje teraz, tak bardzo się różni od tego, co było kiedyś? To te brudne kamyczki wrzucane do naszego uporządkowanego i wypielęgnowanego ogródka? A może wcześniej coś się nam działo z okularami i widzieliśmy ogródek tam, gdzie był po prostu ugór, a teraz jeszcze na dodatek po prostu wyrosły na nim chwasty i dlatego się potykamy?

Jak już wcześniej wspomniałem, pędząca zboczem kula śnieżna ma to do siebie, że zagarnia kolejne porcje śniegu i staje się coraz większa i większa. I tym właśnie jest kryzys, przerośniętą kulą śnieżną, której już nie możemy unieść, działając naszym zwykłym trybem. Zaś jeżeli tak jest, to co niby miałoby oznaczać wracanie do normalności? Jak mamy to zrobić? Ale to i tak nie jest najistotniejsze i najtrudniejsze pytanie. To właściwe brzmi: dlaczego mielibyśmy wracać do normalności? Czyż kryzys w całej swej rozciągłości – od patogenu (choć to przecież wcale nie początek) przez pandemię po kłopoty ekonomiczne i społeczne – nie jest w prostej linii pokłosiem tego, co nazywamy normalnością?

W Hongkongu przy okazji ostatnich antyautorytarnych zamieszek ktoś wymalował sprayem w metrze hasło, które stało się jednym z lejtmotywów dzisiejszych czasów, czasów kryzysu: „Nie możemy wrócić do normalności, gdyż w naszym przypadku to normalność była problemem”. Kryzys nie jest czymś obcym, zewnętrznym, dodanym „ni z gruchy, ni z pietruchy” do naszego świata, lecz stanowi efekt kształtu i sposobu działania tego świata. Jest, jak już napisałem, normalnością do którejś, by nie powiedzieć, że do entej potęgi, jest turbonormalnością. Po prostu padły bezpieczniki, skończyły nam się puste szklanki albo puściły dawno niewymieniane (optymalizacja kosztów) uszczelki i nagle to, co do tej pory udawało się ukryć, zamalować, zatuszować, wypływa w nadmiarze i w pełnej okazałości. No cóż, worek się rozdarł, śmieci było za dużo, tak dużo, że upychanie kolejnych na nic się zda, bo swobodnie wychodzą z drugiej strony. Można je oczywiście pozbierać i do tego samego worka próbować ponownie wepchnąć. I tak w koło Macieju.

„Nie możemy wrócić do normalności, gdyż w naszym przypadku to normalność była problemem.”

Podsumowując: gdy mamy do czynienia z kryzysem (różnego rodzaju), nie szukajmy jego przyczyn poza nami, tylko przyjrzyjmy się wpierw uważnie samemu funkcjonowaniu naszego świata, temu, jak procedujemy i współdziałamy z rzeczywistością w naszych codziennych odruchach, przyzwyczajeniach, wzorcach aktywności i schematach – w sytuacjach jak najbardziej „normalnych”. Być może odkryjemy, że to „nienormalne” jest efektem „normalnego”, które się po prostu spiętrzyło i dlatego się na nas z wysokości wali. Wydaje mi się, że taka sytuacja, jeśli faktycznie z nią mamy do czynienia, jest de facto lepsza, niż gdyby ktoś faktycznie wrzucił nam kamyczek do ogródka. Bo kiedy mamy do czynienia z nami samymi, to niejako możemy o sytuacji wiedzieć trochę więcej, niż gdyby chodziło o obce kamyki. Bo kto wie, czym one są i kto je nam wrzucił. Być może to coś o wiele groźniejszego, niż w tym momencie widzimy, a przecież i teraz nie ma się z czego cieszyć. Zatem jeśli problem będzie w nas, to „zostanie w domu” i będziemy go w stanie sami rozwiązać. Och, bynajmniej nie znaczy to, że będzie łatwo i kolorowo, ale o wiele więcej wiemy o problemie, gdy sami go stwarzamy, niż gdy dostajemy go w nieoczekiwanym prezencie od nieznajomego, który w dodatku nawet nie chce się ujawnić. W tym jest jakaś nadzieja. No i przede wszystkim w tym, że jednak widzimy, że problem jest problemem.

Arundhati Roy napisała, że pandemia jest portalem, przez który możemy przejść do nowego świata. Oczywiście, tak może być i powinniśmy tego próbować. Nie wracajmy do normalności, gdyż to oznacza konieczność „powtórki z rozrywki”, tej rozrywki, którą teraz mamy, i to prędzej niż później. Tylko trzeba przechodzić przez ten portal aktywnie, uważnie i odważnie, rozważając, jak to zrobić, aby po drugiej stronie znaleźć ten lepszy i bardziej ludzki świat, o którym zarówno piszący ten tekst, jak i Roy, i wielu, wielu innych myślą. Przecież może się okazać, że ci, którzy odpowiadali w znacznej mierze za kształt normalności, też mają swoje plany i że to oni przepychają się ze swoją „normalnością” przez ten portal, więc po drugiej stronie czeka na nas na przykład gigantyczny obóz pracy o bardzo surowym rygorze. Historia uczy, że nie jest to niemożliwe, a nawet bardziej możliwe niż inne warianty przyszłości. Co zatem robić? No cóż, z konieczności odpowiedź będzie bardzo ogólna: myśleć i wymyślać, jak to urządzić, aby było dobrze, jak nie pozwolić, aby inni zagospodarowali nam świat po drugiej stronie portalu, by nie wepchnęli tam swojej normalności, która prędzej czy później w nienormalność się rozwinie. I co jeszcze ważne: myślcie z innymi, niech myślących będzie wielu. Gdyż tym od „normalności” nic tak nie sprawia radości, jak zatomizowane społeczeństwo, które można ograć, grając z każdym z osobna. Na to nie można pozwolić, trzeba zagrać grupowo. Mickiewiczowskie „i jakoś to będzie” jak dotąd nie zaprowadziło nas tam, gdzie chcielibyśmy być. Więc myślmy, a potem zrealizujmy, cośmy wymyślili. Zarzućmy się pomysłami i spróbujmy chociaż trochę zaplanować świat po drugiej stronie portalu. Nie oszukujmy się, życie to nie program komputerowy i nie da się wszystkiego zaprogramować, tym bardziej że przeciwne nam działania nie są bezmyślne ani automatyczne – bez wątpienia ci z inną, niekoniecznie korzystną dla nas wizją świata po drugiej stronie portalu już planują i nawet próbują te plany realizować. Więc myślmy, działajmy i szykujmy się na zmiany, szykujmy się do adaptowania się do tych zmian, szykujmy się na nowe. Bezmyślność jest drogą do bezwolności.

Fragile – nowa odsłona

Dodaj odpowiedź