Dźwięk z bliska. Dźwięk z daleka. Emiter, Arszyn, Muslimgauze

0
572

Oczywiście słuchanie muzyki często bywa podróżą, jeśli jest dla nas inspirujące, zmieniające albo po­zwala myślom przenieść się gdzieś „poza”. Chciałbym jednak zająć się twórczością dźwiękową, która nie tylko metaforycznie wiąże się z przemieszczaniem – kontakt z odległymi miejscami jest dla niej źródłem materiału.

Tranzytem przez dźwięki

Dobrym wprowadzeniem w dźwiękowe wycieczki, które korzystają z nagrań terenowych, mogą być dwie strony internetowe umożliwiające nam samodzielne wytyczenie trasy, jakiej chcemy się przysłu­chać. Starszy z tych projektów, SoundTransit, prowadzony przez Sarę Kolster, Marca Boona i Dereka Hol­zera, oprócz funkcji wyszukiwania konkretnych nagrań (wedle słów kluczowych, krajów), posiada także sekcję „book”. Tutaj właśnie możemy skomponować swoją eskapadę: ustalić punkt początkowy i koń­cowy oraz liczbę przystanków. Strona jest zaprojektowana tak, by sugerować procedurę „bookowania” lotu. Po chwili, gdy nasz projekt zostanie przetrawiony przez bazę danych, dostaniemy kilka możliwych planów. Propozycje nie przestrzegają reguł ekonomii czy oszczędności czasu, bo np. z Argentyny do Danii możemy dostać się przez Niemcy, Finlandię i Indie. Założone przez Udo Nolla Radio Aporee ::: Maps oferuje przeżycie w rodzaju „uchem po mapie”, bo korzysta z systemu map Google i pozwala nam krążyć po danym obszarze, a konkretne miejsce, z którego dźwięki możemy odsłuchać, jest oznaczone czerwo­ną kropką. Można też po prostu kliknąć w dany punkt, by dodać nagrania w nim zrobione. Noll podkreśla znaczenie coraz powszechniejszego przenośnego sprzętu komputerowego, który uważa za ważny czyn­nik w doświadczaniu otoczenia, dlatego też jako jedną z funkcji strony oferuje spacery dźwiękowe, które odbywają się przy wykorzystaniu komórek wyposażonych w GPS.

Po odbyciu zaprawy na własną rękę, podstawowym kursie nawigacji, osłuchaniu się z dźwiękami otocze­nia, możemy spróbować podróży przygotowanych przez artystów dźwięku.

 

Słuchanie z bliska: dźwięki przemieszczenia

Jeśli chodzi o Polskę, całkiem doświadczonymi globtroterami są już Marcin Dymiter (Emiter) i Krzysztof Topolski (Arszyn). Mając za sobą wspólne granie muzyki mniej lub bardziej improwizowanej, w 2005 roku w ramach programu Bałtycki Korytarz uczestniczyli w projekcie Audio Tourism: Kaliningrad-Gdańsk. Ich partnerami ze strony rosyjskiej był duet Koenig semiConductors (Vadim Cha­ly i Władimir Goszin). Jak czytamy w albumowej notce: „Muzycy zaproszeni do projektu spotkali się w obu miastach, zagrali wspólnie koncerty, podjęli próbę wspólnej improwizacji, nagrywali dźwięki miast oraz odbyli sesję nagraniową w CSW Łaźnia w Gdańsku. Zebrany podczas warsztatów materiał dźwiękowy stał się podstawą do stworzenia prezentowanych na płycie utworów”. Przy oka­zji warto wspomnieć, że koncepcję „auditourismu” kilka lat wcześniej na płytę przekuł Simon Pyke (Freeform), który najpierw wydał surowe nagrania z Wiet­namu i Chin, a potem poprosił kilku muzyków (m.in. Jana Jelinka, Billa Laswella, Autechre), by zreinterpretowali te dźwięki, tworząc z nich własne utwory. W tym przypadku artyści odnosili się tylko i wyłącznie do właściwości dźwięku, bo nie byli obecni podczas jego rejestrowania.

 

Emiter czyli Marcin Dymiter

W przedsięwzięciu na linii Kaliningrad-Gdańsk relacja wyglądała inaczej, bo autorzy utworów korzystali z dźwięków, które sami nagrali, byli w miejscach ich pochodzenia, mieli jakieś wyobrażenie (nawet jeśli mylne, niepełne) o kontekście, tworzyli portrety przestrzeni, nie tylko na bazie dźwięków jako takich, ale też swoich przeżyć z nimi związanych. Topolski dostrzega silne powiązanie między dźwiękiem i okolicz­nościami jego zaistnienia: „Gdy przesłuchuję swoje archiwum nagrań robionych w różnych miejscach, od razu widzę dokładnie tę chwilę i miejsce, tak jakby dźwięk pomagał w wizualizacji. Z kolei, jak robię takie ćwiczenie na moich warsztatach, że proszę o wyobrażenie sobie dźwięku np. »chodzenie po suchych liściach«, to zawsze jest tak, że aby to usłyszeć musisz to zobaczyć, choćby w wyobraźni”. Jeśli chodzi o „turystyczny” aspekt takich działań, to wielki piewca słuchania świata (i twórca ekologii akustycznej) Raymond Murray Schafer zwracał uwagę, że sytuacja turysty, dla którego środowisko dźwiękowe jest nowe, może być dogodna dla lepszego słuchania, bo wtedy człowiek jest bardziej wyczulony na sygnały z otoczenia, gdzie wiele z nich jest dla niego obcych, nieznanych i dlatego przykuwają uwagę, są bardziej interesujące, zapadają w pamięć.

 

Efektem kolejnej wyprawy Emitera i Arszyna, tym razem na Bałkany (odwiedzili Sarajewo, Belgrad, Zagrzeb), jest kompozycja Tresymesy (można ją ściągnąć za darmo ze strony wydawcy, wytwórni Au­dioTong). Oprócz nagrań terenowych pojawia się w niej też głos: wyrazy takie jak „dom”, „rodzina” są wypowiadane przez napotkanych ludzi w ich rodzimych językach. Chodziło o odnalezienie różnic i po­dobieństw w podstawowych słowach. Na poszukiwania językowe Arszyn udał się potem też do Londy­nu, gdzie przysłuchiwał się mowie polskich emigrantów chcąc sprawdzić, jak się zmienia. Zastanawiał się, jak można ją nagrać, czy jest to język prywatny, pozostający w ukryciu, czy też fachowy żargon, związany z wykonywanym „jobem”.

 

Arszyn czyli Krzysztof Topolski

Jednak na nagrywaniu rozmów się nie skończyło, Topolski rejestrował również aurę miasta, poszukiwał ukrytych dźwięków, stał się, jak to określił, „sound explorerem”. W tym przypadku figura turysty też ma za­stosowanie, bo artysta przebywał w Londynie tylko trzy dni, więc miasto pozostało dla niego świeże, nie­zgłębione, niezbadane. Jednocześnie była to też podróż sentymentalna, bo w przeszłości mieszkał tam przez pół roku. W nagraniu (album Emigrant wydał Sqrt Label) jest moment, który pokazuje to nakładanie się wspomnień i teraźniejszości, a także stanowi ujawnienie się, wcześniej poniekąd nieobecnego, auto­ra, gdy padają słowa „przypomniałem sobie”. Arszyn nie zamierzał stworzyć reportażu o sytuacji Polaków za granicą, jednak w swoją kompozycję wplótł kilka wypowiedzi, które sygnalizują pewne kwestie, jak np. różnicowanie, podział na grupy w obrębie takiej populacji albo tworzenie narracji na własny temat, opowiadanie siebie, swoich przeżyć, odczuć i planów.

Kontynuacją Emigranta było innego rodzaju wniknięcie w przestrzeń miejską – cykl nietypowych kon­certów pod szyldem Spacer radiowy. Płytę puszczano na falach eteru. Porę emisji podawano wcześniej i ci, którzy chcieli wyzyskać aspekt koncertowy zdarzenia, mogli zgłosić się do placówki je współorga­nizującej. Tam dostawali malutkie odbiorniki z słuchawkami, które nie wytłumiały odgłosów otoczenia. Teraz mogli udać się na spacer, by wymieszać londyński pejzaż dźwiękowy z lokalnym.

 

Słuchanie z daleka: przemieszczenie dźwięku

Chyba najdziwniejszym muzycznym podróżnikiem był Anglik Bryn Jonem, bardziej znany jako Muslim­gauze. Pod tym pseudonimem zaczął tworzyć muzykę w 1983 roku w reakcji na izraelską inwazję na Liban. Jak wielokrotnie podkreślał, motorem dla jego działalności były wydarzenia na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza walka Palestyńczyków o ziemię. Choć muzycznie osadzony w pewnej tradycji – muzyki industrialnej, nie szukał inspiracji w twórczości innych artystów, nie interesował się współczesną mu muzyką. Punktem wyjścia dla jego utworów mogły być postacie (np. Arafat, Chomeini), wydarzenia (Masakra w Hebronie czy jak zatytułowana jest jedna z kompozycji – Death of Saint Jarnaii Singh Bhindran­wale) albo miejsca. To ostatnie będzie mnie tutaj szczególnie interesowało; w ty­tułach przewijają się Pakistan, Indie, Tangier, Tikrit, Błękitny Meczet. Ale też mniej znane: Beit Nuba, Bourj el-Barajneh. Właśnie na przykładzie meczetu w Stambule Muslimgauze pokazuje swoją strategię nazywania utworów, gdy stwierdza, że jest to wspaniałe dzieło architektury, inna strona islamu (duchowość, sztuka), na którą większość nie zwraca uwagi. Niektóre tytuły są politycznymi deklaracjami, mogą szokować, ale duża ich część ma wzbudzać zainteresowanie słuchacza, skłaniać do pogłębienia wiedzy. Obecnie jest o to łatwiej, niż kiedykolwiek wcześniej, wy­starczy chwila googlowania, by dowiedzieć się, kto zniszczył Beit Nubę albo kogo upamiętnia utwór Bazoft Rope.

Bryn Jones czyli Muslimgauze

Może już pora wyjaśnić, dlaczego muzyczne podróże Muslimgauze’a były takie dziwne: otóż Jones nigdy nie był w żadnym z krajów, których wydarzenia, kultura, geografia tak go inspirowały (w późniejszych latach rozszerzył obszar zaintereso­wań, zahaczając o Indie, Pakistan, Afganistan, sporadycznie o Bałkany). Co więcej, podkreślał swoją odrębność, nie był pochodzenia arabskiego, nie był muzułma­ninem, zaznaczał też, że jego muzyka jest tworzona na zachodnich urządzeniach (poza tradycyjnymi instrumentami perkusyjnymi, na których sam grał). Był świa­dom swojej odmienności, nie chciał podszywać się pod „obcego” i odtwarzać wyobrażonego (najczęściej przez zachodniego odbiorcę) brzmienia „arabskiej muzyki”, która kokietuje swoją pozorną egzotyką. Jego twórczość w równej mierze należy do etnicznych brzmień, jak i do mechanicznych rytmów, dźwięko­wych błędów urządzeń i technik edycji materiału powstałych w zachodnim świecie.

 

Nie będąc naocznym ani „nausznym” świadkiem rzeczywistości, którą przedstawia, Muslimgauze opowia­da też nie wprost o jej zapośredniczeniu, mediatyzacji. To też znajduje swoje odbicie w tytułach: The Bro­ken Radio of Istanbul Station, Hamas Internet, Gaza, Mustafas Cassette Market Marrakesh. Radio w Stambule jest zepsute, tak jak techniczne odgłosy, którymi Jones inkrustuje bardziej naturalne, „etniczne” brzmienia. O zderzeniu kultur przypominają takie utwory, jak No Bikini in Qatar, Vampire of Tehran. Jako przytyki w kierunku turystycznej postawy względem innych kultur można odebrać takie tytuły, jak Batik Cloth with a Hand Painted Garuda, Istanbul Liqueur, Café Saf Saf Orange, które wyglądają jak pozycje na stronach „wspaniałe pamiątki” i „lokale warte odwiedzenia” w przewodniku.

Wiele utworów, nie tylko tych, których nazwy to sugerują, są niczym przestrzenie, w przewrotny sposób kontynuują ambient Briana Eno, choć nie da się ich słuchać, nie skupiając się na nich, tak jak projektował twórca Music for Airports. Muslimgauze tworzy czasem nawet kilkunastominutowe kompozycje, które dzięki ich względnej niezmienności można traktować jak przestrzenie. Przez to, że nie mają fabuły, nie rozwijają się, są bardziej sytuacją, w której zostaliśmy umieszczeni przez wciśnięcie „play” (Curfew, Gaza – czy moglibyśmy to sobie wyobrazić? teraz możemy, częściowo – słuchając). Ważne jest też stosowanie reverbu, który przez powtarzanie elementów nadaje kompozycji architektonikę. Swoje dźwiękowe pej­zaże Muslimgauze podbudowuje niskimi częstotliwościami. Ich wibracje czynią muzykę wszechogarnia­jącą, a jednocześnie mapując przestrzeń, w której faktycznie się znajdujemy, przypominają o niej uświa­damiając fakt, że można podróżować bez poruszania się.

Artykuł ukazał się w piśmie kulturalnym „Fragile” nr 3 (5) 2009.

Dodaj odpowiedź