Paradoksy prozatorskiej ekonomii: Maciej Malicki – Miron Białoszewski

0
222

Prozę Macieja Malickiego można usytuować pod patronatem prozy Białoszewskiego. To ze względu na kilka ich cech, które można łatwo wyliczyć: autobiografizm i podmiotowość sylleptyczna, ważna rola „polszczyzny mówionej” i „na-słuchu literackiego”, prywatność i swoisty minimalizm. Porównanie Malicki – Białoszewski dobrze eksponuje cechy indywidualne twórczości obydwu.

Wszystkie książki prozatorskie Macieja Malickiego, „spóźnionego debiutanta” (ur. 1945, debiut prasowy w latach 70., debiut książkowy w XXI wieku), dają się usytuować pod patronatem prozy Białoszewskiego. To ze względu na kilka ich cech, które można łatwo wyliczyć w trybie cokolwiek „hasło-wywoławczym”: autobiografizm i podmiotowość sylleptyczna, ważna rola „polszczyzny mówionej” i „na-słuchu literackiego”, prywatność i swoisty minimalizm. Zarazem rzec by można równie dobrze, że jest to model prozy Adama Wiedemanna – ale i Wiedemann mieści się w „modelu Białoszewskiego”[1]. Są też różnice, które decydują o tym, że proza Malickiego nie jest tylko powtórzeniem wzorca Białoszewskiego, każda jego książka jest zresztą inna (podobnie jak zmienia się proza Białoszewskiego), co wskazuje na to, że jest to model dużo bardziej nośny, pozwalający na rozmaite cieniowania i pewnie bardziej zniuansowany niż się to może na pierwszy rzut oka wydawać. W Sadze ludu (2004) patronat Białoszewskiego zostaje ujawniony bezpośrednio w samej materii prozatorskiej:

 

– Tato, ścisz.
– Już.
– Czyje zdjęcie powiesiłeś na tablicy korkowej, obok innych?
– Mirona Białoszewskiego.
– Aha. Tak myślałam. Możesz dać głośniej[2].

 

W telewizyjnym programie Łossskot Malicki przyznał zresztą, że Białoszewski jest jego „niedościgłym mistrzem”[3]. Już w chwili debiutu książkowego Malicki został jako uczeń Białoszewskiego zaanonsowany; w tak zwanym blurbie (nocie na tylnej okładce) na Kawałku wody Piotr Sommer pisał:

 

Ludzkie ucho nie słyszało, albo – nie usłyszeć mogło. A przecież Maciej Malicki relacjonuje tę niesłychaną przygodę ucha bez zmrużenia powiek i z taką płynnością, jakby spisywał rozmowy swoich bohaterów z jakiejś magicznej taśmy, lub przynajmniej – z pamięci. Tylko to jest ciekawe – powtarza za mistrzami peryferyjnych punktów obserwacyjnych – co idzie w bok. Ojcowie założyciele tych wysuniętych placówek polszczyzny – Buczkowski, Białoszewski – byliby Maciejowi Malickiemu radzi. Tak dojrzały debiut prozatorski to czysta radość, jak przyjazny językowi to wielka rzadkość[4].

 

Sommer zwraca tu uwagę na następujące aspekty literackiego patronatu Białoszewskiego – to, co określiłem jako „na-słuch literacki”, peryferyjność czy oboczność, wysuwanie językowej organizacji tekstu. Sformułowanie o „spisywaniu z taśmy” było używane w odniesieniu do Białoszewskiego; zresztą ów spisywał z taśmy, ale nie nagrania podsłuchiwanych osób, a swoje własne. Robert Ostaszewski przy okazji debiutu zauważał zbieżności „topograficzne”:

 

Malicki jest kolejnym pisarzem przedmieść Warszawy (przedmieść dość odległych – Świdra), następcą Mirona Białoszewskiego czy Marka Nowakowskiego. Zdecydowanie bliżej mu do tego pierwszego, z prozy Nowakowskiego (przede wszystkim Powidoków) wziął delikatną, acz momentami jednak drażniącą, nostalgię za miejscami wchłanianymi przez rozrastającą się stołeczną aglomerację[5].

 

Marta Cuber pisze o patronacie Białoszewskiego w dwóch pierwszych książkach i cytuje sławny fragment z Białoszewskiego (Spiszę wszystko) o szmaragdzie i bibułce:

 

Istotny w Kawałku patronat Białoszewskiego przeciągnął Malicki na następną prozę, nakrywając nim łacniej kwestię autentyzmu literatury niż jej języka. (…) Bez wątpienia: 60% słów zostało podbitych zieloną bibułką (wątpię jedynie, czy są szmaragdem; ale też pisarz nie chciał raczej wyjść poza wartość cyrkonii)[6].

 

Jest więc Uczniem, ale nieosiągającym poziomu Mistrza; podobnie uważała w swojej recenzji Elżbieta Winiecka, badaczka twórczości Białoszewskiego.

 

Dokonam teraz szkicowego przeglądu technik prozatorskich Malickiego w kolejnych książkach do Takie tam, które traktuję jako punkt dojścia, zwłaszcza w miejscach wykazujących zbieżności i różnice z Białoszewskim, zawsze jednak pozostając w obrębie tego modelu prozy. Pierwszy cykl próz w debiutanckim Kawałku wody (2002) nosi tytuł Krajobrazy & rozmowy, przy czym żywioł dialogu moim zdaniem zdominował tutaj krajobrazy rozumiane jako przyroda. Są to raczej krajobrazy słów i zdań. Zresztą pozostałe cykle są pod tym względem podobne. Różnica pomiędzy Malickim a Białoszewskim zasadza się w tym, że ten pierwszy jest bardziej „chlujny”, mniej potoczny, choć wciąż – potoczny, bardziej „opracowany”. Dlatego też nie interesuje go, jak mowa stacza się w jąkanie, w bełkot. Po drugie, u Malickiego mniej jest komentarzy narratorskich, liczne utwory są ich w ogóle pozbawione, dialog sam implikuje to, co mógłby powiedzieć pierwszoosobowy narrator. Ponadto zazwyczaj nie mają one w sobie swoistej przewrotności, ukrytej ironii, jaką da się odnaleźć nierzadko u Białoszewskiego. Dlatego przytoczę fragment z Malickiego pt. Opowianianie, moim zdaniem najlepszy w tej książce, który jest bodaj najbliższy Białoszewskiemu ze względu na dowcip:

 

– Ty chamie mały – powiedział mężczyzna i pochylił się nad wózkiem, w którym beczał jego kilkumiesięczny syn.
– Nie odzywaj się tak do dziecka – zaprotestowała kobieta i zeszła ze ścierką po schodach do ogródka.
– Nie kłóćcie się – powiedziała babcia i podeszła z siekierą do wózka, w którym beczał jej kilkumiesięczny wnuczek.
– Niech mama nie rąbie drewna, wieczorem będzie mama miała bóle – zwróciła uwagę kobieta.
– Bóle to mam ja – wtrącił się mężczyzna i pokazał palcem guz na czole. – Ale ty głupi jesteś – powiedziała kobieta i poszła z powrotem do kuchni.
– Ma rację – powiedziała babcia i oparła siekierę o schody.
– To wy głupie jesteście, idę na piwo, ten cham mały cały czas ryczy – powiedział mężczyzna i poszedł w stronę furtki.
– Widzisz, mały, ojciec poszedł, matka poszła, opowiem ci bajeczkę – powiedziała babcia i zwilżyła wargi językiem.
– Tylko nie o drucie – powiedziała kobieta przez uchylone kuchenne okno.
– Tiu, tiu, tiu tiu, pęczek drutu… – zaczęła babcia bardzo cienkim głosem.
– Mamo! – krzyknęła kobieta.
– Dobrze, dobrze – zgodziła się babcia[7].

 

 

Przypisy:

[1] Por. w tej sprawie mój tekst Fingowane Alegacje. O próbach powoływania patrona w dyskursach krytycznoliterackich wobec praktyki literackiej w: D. Kozicka, T. Cieślak-Sokołowski (red.), Dyskursy krytyczne u progu XXI wieku. Między rynkiem a uniwersytetem, Kraków 2007, s. 63–93.
[2] M. Malicki, Saga ludu, Wołowiec 2004, s. 70.
[3] Łossskot z 30.11.2006, TVP1, prowadzenie M. Chmiel, J. Dehnel, T. Tymański, rozmowa poświęcona książce Takie tam Malickiego.
[4] P. Sommer, [blurb w:] M. Malicki, Kawałek wody, Wołowiec 2002, tylna okładka.
[5] R. Ostaszewski, Zmącona przezroczystość mowy, „Nowe Książki” 2003, nr 4, s. 42.
[6] M. Cuber, Pociągi pod nadzorem słów, „Odra” 2003, nr 6, s. 116.
[7] M. Malicki, Kawałek wody, dz. cyt., s. 43–44.

Dodaj odpowiedź