Pochwała chodzenia: miasto

0
381

Dwudziesty ósmy października 2020 roku. To ósmy miesiąc pandemii. Od jej początku w Polsce odnotowano 299 049 zakażeń i 4851 zgonów, wyzdrowiały 123 504 osoby. W Krakowie pełne słońce, temperatura wynosi 14°C, ciśnienie – 1015,75 hPa, wiatr południowo-wschodni, wiejący z prędkością 6,25 km/h. Przedpołudnie.

Wychodzę z bloku przy ulicy Juliusza Lea. Potrzeba chodzenia, szwendania się, podglądania ludzi, parapetów zzewnętrznej strony wyciąga mnie na zewnątrz. Skręcam w prawo, w Kijowską, w kierunku Błoń. Na chodniku barierki niepozwalające przejść swobodnie tą stroną. Prace budowlane. Przechodzę na drugą. Myślę o tym, w jaki sposób projektujemy miasto. Czy pamiętamy o sobie w betonowej dżungli? Czy nasz punkt widzenia na najbliższe otoczenie został zmieniony przez pryzmat, jakim jest pandemia COVID-19? Jak się żyje w mieście? Pytając o życie w metropolii, pytam o jedną z najnaturalniejszych umiejętności, w jaką jesteśmy wyposażeni (jeśli szczęśliwie cieszymy się pełnią zdrowa), a więc: jak się chodzi po mieście? Sprawdzam. Nie jest to spacer tylko na potrzeby tego tekstu, od początku pandemii uważniej planuję swoje aktywności fizyczne. Po doświadczeniu zamknięcia w czterech ścianach przez rządowe rozporządzenia mam w sobie trudne do opisania napięcie, krążące wokół myśli – czy zdarzy się jeszcze, że zamkną nam lasy, że zostaniemy ponownie zmuszeni zostać w domach? Póki nie, nie przepuszczam okazji do chodzenia i biegania, również w przestrzeni miasta.

Bieganie jest dla mnie czymś innym niż chodzenie, w bieganiu – tak czuję – uważność przeniesiona jest maksymalnie na ciało, każdy, szybki przecież ruch wymaga precyzji i uwagi, tak aby nie skończyć ze skręconą nogą czy naderwanym mięśniem. Chodzenie natomiast to celebracja spojrzenia, tu uważność skierowana jest na to, co wokoło, co tworzy scenografię miasta, kreowaną często amatorsko przez nas, mieszkańców. Chociaż świadomość ciała, bycia fizycznie w przestrzeni, jest również ważna przy chodzeniu, to patrzenie, takie, które nie oznacza tylko omiatania czegoś wzrokiem, ale które prowokuje pracę myśli, rozglądania się naokoło, czyni spacery tak atrakcyjnymi. Gdybym mogła każdej z tych aktywności przypisać inny zmysł, to bieganiu należałoby oddać to, co przynależy dotykowi, to, co jest taktylne, co nas osadza ciałem w tu i teraz i pozwala bezpiecznie w tej przestrzeni się poruszać. Chodzeniu z kolei przypisałabym zmysł wzroku. Powolny spacer, taki w tempie czterech, pięciu kilometrów na godzinę, to wspaniały sposób na ćwiczenia z patrzenia. Robię to teraz: mijane okna bloków przy alei Kijowskiej opowiadają mi historię mieszkańców. To też dla mnie ćwiczenia z wyobraźni. Lubię ją ćwiczyć, chociażby poprzez rośliny, które ludzie wystawiają na parapet, popularnością cieszą się tutaj sansewieria gwinejska, grubosz, zwany też drzewkiem szczęścia, pilea nazywana pieniążkiem i geranium. Na wysokości skrzyżowania z Nawojki przechodzę przez pasy, żeby dalej wejść w ulicę Kawiory, tam kieruję się w lewo, a później w prawo, by wejść w Miechowską, przejść przez Reymonta, skierować się w Reymana. I iść, mijając po swojej prawej stronie stadion imienia tego samego patrona, a po lewej park Jordana.

fot. Małgorzata Lebda

Chodzenie jak czytanie

Historia chodzenia – jak podkreśla w swojej książce Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne Rebecca Solnit – to historia każdej i każdego z nas[1]. Wydaje mi się, że dopiero teraz, po doświadczeniach lockdownu i z perspektywą kolejnych, rozumiem, jak ważna jest ta nasza osobista historia chodzenia. Naturalnie potrzeba przechadzania się u każdego z nas może być inna. Pracujemy w różnych warunkach, niektórzy z nas fizycznie, niektórzy umysłowo, niektórzy – i ci w moim przekonaniu mają szczęście – wykonują pracę, która nie pozwala popaść w apatię ani umysłowi, ani mięśniom. Ale jest jeszcze i to: aby móc spacerować, w tym najważniejszym celu, jaki widzę w akcie chodzenia, a więc dla przyjemności, powinny zostać spełnione – jak zauważa Solnit – trzy warunki: „Trzeba mieć czas wolny, miejsce, do którego można się udać, i ciało, którego nie wstrzymuje choroba ani społeczne ograniczenia”[2]. Historia chodzenia pisarzy, pisarek czy myślicieli i myślicielek to historia życia i refleksji wielu z nich, by wymienić garstkę: Jean-Jacques’a Rousseau, Thomasa Graya, Sørena Kierkegaarda, Williama i Dorothy Wordsworth, Gérarda de Nervala, Henry’ego Davida Thoreau, Waltera Benjamina, Edmunda Husserla, Gary’ego Snydera, Colina Thubrona, Alana Bootha, Michela Houellebecqa oraz cytowaną tu Rebeccę Solnit. Tak, dobrze przeczytaliście, to historia również Michela Houellebecqa. I chociaż nie kojarzymy go ze sportowym trybem życia, to właśnie on znany jest ze swoich codziennych spacerów, i to właśnie on u początków pandemii napisał interesujący list, który udostępnił publicznej rozgłośni radiowej France Inter. Główne przesłanie – co zapewne nie zdziwi – było pesymistyczne: po pandemii świat nie będzie odmieniony, a może nawet stanie się trochę gorszy. Mnie jednak interesuje ten fragment: „Absolutnie odradzam pisanie, jeśli nie ma się możliwości odbycia kilkugodzinnych spacerów wolnym tempem. Nagromadzone napięcie związane z myślami i obrazami (wywołanymi przy biurku) nie odpuści i będzie się rozbijało po biednej głowie autora”[3].

Chodzenie to celebracja spojrzenia, tu uważność skierowana jest na to, co wokoło, co tworzy scenografię miasta, kreowaną często amatorsko przez nas, mieszkańców. Chociaż świadomość ciała, bycia fizycznie w przestrzeni, jest również ważna przy chodzeniu, to patrzenie, takie, które nie oznacza tylko omiatania czegoś wzrokiem, ale które prowokuje pracę myśli, rozglądania się naokoło, czyni spacery tak atrakcyjnymi.

Solnit w przywoływanej już książce konstatuje: chodzenie jest tym samym, co pisanie. Poszłabym dalej i powiedziała, że chodzenie jest tym samym, co czytanie[4]. Zresztą nie ja jedyna – Franz Hessel pisze o spacerze jako o swoistego rodzaju lekturze ulicy, przy czym twarze mijanych ludzi, witryny sklepowe, wystawy, tarasy kawiarniane, pojazdy, drzewa stają się równoprawnymi literami, które razem wzięte tworzą słowa, zdania i stronice coraz to nowej książki[5]. W chodzeniu i czytaniu doświadcza się, tu i tu widzi się (w czytaniu oczami wyobraźni, w chodzeniu dosłownie), tu i tu przemierzamy przestrzenie, zapamiętujemy i budujemy swoje doświadczenia. I ponownie Solnit, dla której poruszanie się to też wędrówka w czasie. Czy nie tym samym jest czytanie?

Zbliżam się do Błoń, lubię ten moment wędrówki, bo właśnie tu mam wrażenie, że wszystko jest po staremu, jak przed pandemią. Ludzie biegają, spacerują, puszczają latawce, bawią się z psami, rozkładają kurtki i siadają na trawie, patrzą w niebo. Za Błoniami widać kopiec Kościuszki, dzisiaj jednak to nie leśny teren wokół niego będzie celem mojej aktywności, zostawiam go na jutrzejszy bieg. Obchodzę Błonia od prawej strony, aby przejść przez ulicę Piastowską i wejść w niepozorną ulicę Józefa Korzeniowskiego, która przeprowadza mnie przez obszar miejskich działek. Tu co chwilę zatrzymuję się i przypatruję tym namiastkom wiejskiej sielanki w środku miasta. Czego tu nie ma! Domki powoli przygotowywane są do chłodów późnej jesieni i zimy, wygląda na to, że kilka z nich zostało już zamkniętych i ponownie wpuści się do nich świeże powietrze dopiero wczesną wiosną. Wokół niektórych trwa batalia z opadającymi liśćmi, gdzieniegdzie pochyleni nad ziemią ludzie wyciągają z gleby warzywa: marchew, pietruszkę, i zbierają: dynie, cukinie, selery. Przy końcu Korzeniowskiego wychodzę na wał, który prowadzi wzdłuż Rudawy. I tu w prawo w stronę Mydlnik.

fot. Małgorzata Lebda

Liczę w pamięci, ile razy podczas tej wędrówki przekroczyłam przejścia dla pieszych – siedem, w tym cztery razy takie, gdzie były światła. Od wielu lat mam swoją klasyfikację miast przyjaznych spacerowaniu, u szczytu listy są te, których zielone światła na przejściu dla pieszych pozwalają na spokojne, niczym niepoganiane przejście przez pasy. Co ciekawe, w Polsce to, ile mamy na to czasu, reguluje ministerialne rozporządzenie z 2003 roku. Ustala ono prędkość poruszania się pieszego przez skrzyżowania na 1,4 m/s (czyli nieco ponad 5 km/h), tę wartość mnoży się przez długość przejścia dla pieszych, wynik wpływa na ustalenie czasu trwania zapalonego zielonego światła. Ale czy prędkość 1,4 m/s można uznać za kontemplacyjną? Czy sprzyja uważności? Chciałabym zwolnić. Wyobrażam sobie tempo 1 m/s – z pewnością uspokoiłoby ono kołatające serce piechura, który – co widziałam niejednokrotnie – próbuje na jeden raz przebiec podwójne pasy podzielone skwerem zieleni na skrzyżowaniu przez Aleje Mickiewicza przy placu Inwalidów.

Wałem górującym nad Rudawą spaceruję kilkadziesiąt minut, nieco w zwolnionym tempie, jakieś 0,9 m/s. Kiedy wilgoć rzeki dobiera mi się do skóry, zawracam. Idę tą samą drogą, tylko że spojrzenie dostaje nową perspektywę, z przeciwnej strony patrzenia. Lubię wracać szlakiem, który już przemierzałam, często podczas tych powrotów wpadam w zdumienie, jak wielu rzeczy nie spostrzegłam. Ten ruch, odwrotny do wcześniejszego, pozwala całościowo spojrzeć na otoczenie. W pobliżu mieszkania brzęczy mój telefon, patrzę na ekran, a tam aplikacja (która działała w tle) pokazuje, że na liczniku mam wyrobionych dzisiaj ponad 19 tysięcy kroków.

Sprawczość ruchu

Dwudziesty ósmy października 2020 roku. Ósmy miesiąc pandemii, siódmy dzień protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego w Polsce. Po przedpołudniowym spacerze czas na pracę, a po niej kolejne wyjście. Ruch. Poczucie sprawczości. Obywatelskie nieposłuszeństwo. Spacerowanie ma też w sobie potencjał rewolucyjny, świetnie udowadnia to Solnit w książce Nadzieja w mroku[6], przywołując historie marszów, pochodów, spacerów, które zmieniały losy konkretnych społeczności, ale także wywołały rewolucje na skalę kraju, a nawet świata. „Marsz – pisze Solnit w kontekście ruchów społecznych po atakach z 11 września – to sytuacja, w której ciała przemawiają, chodząc, gdy pojedynczy obywatele i obywatelki stają się ową tajemniczą publicznością, dla której przechadzanie się miejskimi bulwarami – jest sposobem podróżowania ku politycznym celom”[7]. Maszerować, jak pokazuje historia, można na rzecz wielu kwestii: klimatu, pokoju, praw kobiet, równouprawnienia, praw zwierząt, trzeźwości, a także w wyrazie niezgody, w wyrazie poparcia, w geście, który ma w sobie potencjał bycia dostrzeżonym i wysłuchanym.

Wychodzę – ponownie – z bloku przy ulicy Lea, kieruję się na Dolnych Młynów, tam jestem umówiona z przyjaciółkami. Już w mieszkaniu słyszałam, że miasto protestuje. Tuż po wyjściu natrafiam na samochody stojące w korku, oblepione transparentami, kierowcy uruchamiają klaksony i światła awaryjne, pogłaśniają muzykę. Piesi, w większości ubrani na czarno, niosą w dłoniach transparenty. Przy parku Krakowskim kierują się w stronę Muzeum Narodowego, gdzie na osiemnastą zaplanowano główny protest. Docieram na Dolnych Młynów, dostaję wiadomość, że przyjaciółki utknęły w protestacyjnym korku. Idę zatem z falą ludzi pod Muzeum Narodowe. Ruch, który nas łączy, doprowadza mnie do zablokowanych ulic wokół muzealnej placówki. Z różnych stron miasta docierają tu tłumy. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam i nie doświadczyłam. Przypominam sobie kolejną historię przywoływaną przez Solnit[8], to opowieść o Matkach z Plaza de Mayo, o kobietach, które odwiedzały komisariaty i urzędy, aby uparcie dopytywać władze o swoje dzieci, te, które „zaginęły”, porwane przez agentów junty wojskowej, która przejęła władzę w Argentynie w 1976 roku. To one, rozpoznając w sobie nawzajem matki, które dotyka ten sam problem, zaczęły myśleć o wspólnym działaniu w celu nagłośnienia sprawy „zaginięć”. I tak 30 kwietnia 1977 roku kilkanaście z nich udało się na Plaza de Mayo w centrum Buenos Aires, by zamanifestować swoją niezgodę i rozpacz. Policjanci zareagowali groźbami – według nich siedzenie na placu było równoznaczne z organizowaniem nielegalnego zgromadzenia. Kobiety wykorzystały ruch, zaczęły chodzić wokół obelisku umieszczonego na środku placu, pisząc tym samym nowy rozdział historii oporu wyrażanego ruchem. Maszerowały, niosąc zdjęcia swoich dzieci, a także transparenty przytwierdzone na kijach lub powieszone u szyi. Działania te stały się symbolem sprzeciwu. Matki maszerujące wokół placu – robią to od lat 70. do teraz. Białe chustki na głowie to ich znak rozpoznawczy, a wspólny krok jest tym, co je łączy i daje im siłę.

fot. Małgorzata Lebda

Odnajdujemy się z przyjaciółmi na muzealnym przystanku tramwajowym. Ludzie zatrzymują się wokoło, ale czuć, że jest w nich (w nas) potrzeba ruchu. Nie mija więcej niż 40 minut i zgromadzenie rusza w kierunku Rynku. Tłum zalewa ulicę Józefa Piłsudskiego. Na wysokości skrzyżowania z Retoryka wychodzę z pochodu i staję na skraju zielonego skweru. Obok mnie przystaje mężczyzna, nie ma ze sobą żadnego transparentu, niczego nie skanduje. Ubrany w ciemny długi płaszcz, w modnej czapce koloru musztardowego. Jest z pewnością starszy ode mnie, chociaż maseczka na jego twarzy nie pozwala ocenić tego jednoznacznie. Trzyma ręce w kieszeni. Tak mógłby wyglądać flâneur na miarę XXI wieku. Przygląda się uważnie sunącej ulicą masie ludzi, jakby był widzem w teatrze, a tuż przed nim ogromny tłum w scenografii miasta odgrywał dla niego jedną ze swoich sztuk. Przyglądam się mu i przypisuję mu za Walterem Benjaminem pewne właściwości, to „(…) kapłan tak zwanego genius loci. To niepozorny przechodzień wyposażony w godność kapłańską i wyczucie detektywa”[9]. Widzi to, co ja: rzekę ludzi i ich miarowy krok, okryte maskami twarze i wzrok – pewny, wojowniczy, skierowany przed siebie. „To idzie młodość” – jak skonstatowała Maria Poprzęcka w znakomitym tekście o manifestowaniu siebie i obywatelskim oporze wyrażanym poprzez protestacyjne kartony[10]. Obserwuję go, ciekawa, czy przyciągnie go tłum, i wtedy on sprawnie wtapia się w masę, jakby wpisując się w Baudelaire’owskie myślenie o byciu flâneurem i obcowaniu z tłumem: „Przyjemność znajdowania się w tłumie jest tajemniczym wyrazem rozkoszy, jaką sprawia pomnożenie liczby”[11]. A co z samotnością flâneura? – myślę. Tracę go z oczu.

Dwudziesty ósmy października 2020 roku. Ósmy miesiąc pandemii, siódmy dzień protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego w Polsce. Po przedpołudniowym spacerze czas na pracę, a po niej kolejne wyjście. Ruch. Poczucie sprawczości. Obywatelskie nieposłuszeństwo. Spacerowanie ma też w sobie potencjał rewolucyjny.

Mijają długie minuty, zanim udaje mi się dostrzec, że marsz przelał się i jego czoło najpewniej jest już na Rynku. Maszeruję w ostatnich rzędach, żeby w tym jakby zwolnionym trybie dotrzeć do serca protestów. I tu poczuć masę, która podnosi głos, skanduje, odgrywa spektakl protestu.

Wracam po kilku godzinach, miasto jest spokojne, ciche, noc je wyziębia. Z Rynku wyprowadza mnie ulica Szewska, później Karmelicka, przechodzę przez plac Inwalidów i dalej ulicą Królewską. Ostatnie czerwone światła na przejściu dla pieszych w okolicy Biprostalu zatrzymują mnie na dłuższą chwilę. Przypominam sobie – co zdarza mi się często – wiersz Tomasa Tranströmera. Tym razem Przejście uliczne:

Mroźny wiatr w oczy i już tańczą słońca
w kalejdoskopie łez kiedy przechodzę
przez ulicę która długo szła za mną, ulicę
gdzie grenlandzkie lato świeci z kałuż.

Wokół mnie roi się cała moc ulicy.
O niczym nie pamięta i niczego nie chce.
W ziemi głęboko pod jezdnią czeka
nienarodzony las spokojnie tysiąc lat.

Przychodzi mi na myśl że ulica mnie widzi.
Jej wzrok jest tak mętny że aż słońce
staje się szarym kłębkiem w czarnej przestrzeni.
A teraz ja świecę! Ulica mnie widzi[12].

„Jak nocny spacer?”. To wiadomość od przyjaciela, który wiedział, że biorę udział w marszu. „Potężny, piękny”, odpisuję. Telefon brzęczy, pokazuje ponad 50 tysięcy kroków postawionych dziś w ciele miasta.

Przypisy
[1]Zob. R. Solnit, Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne, przeł. A. Dzierzgowska, S. Królak, Kraków 2018 [e-book, format MOBI].
[2]Tamże.
[3]N. Szostak, Houellebecq: Po koronawirusie świat będzie taki jak dotąd, tylko trochę gorszy, 11.05.2020, https://wyborcza.pl/7,75517,25936139,houellebecq-po-koronawirusie-swiat-bedzie-taki-jak-dotad.html (dostęp: 4.11.2020).).
[4]Zob. R. Solnit, Zew włóczęgi…, dz. cyt.
[5]Zob. F. Hessel, Flâneur w Berlinie, przeł. S. Lisiecka, „Literatura na Świecie” 2001, nr 8–9, s. 184.
[6]Zob. R. Solnit, Nadzieja w mroku. Nieznane opowieści, niebywałe możliwości, przeł. A. Dzierzgowska, S. Królak, Kraków 2019 [e-book, format MOBI].
[7]Tamże.
[8]Tamże.
[9]W. Benjamin, Powrót flâneura. O „Spacerach po Berlinie” Franza Hessla, przeł. A. Kopacki, „Literatura na Świecie” 2001, nr 8–9, s. 237.
[10]M. Poprzęcka, NA OKO: kartony, „Dwutygodnik”, https://www.dwutygodnik.com/artykul/9205-na-oko-kartony.html, (dostęp: 4.11.2020).
[11]Ch. Baudelaire, Moje obnażone serce, przeł. A. Kijowski, Wrocław 1997, s. 14.
[12]T. Tranströmer, Wiersze i proza 1954–2004, przeł. M. Wasilewska-Chmura, L. Neuger, Kraków 2017, s. 230.

Małgorzata Lebda (ur. 1985), dorastała w beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka. Autorka pięciu książek poetyckich. Za ostatni tom Sny uckermärkerów nagrodzona Nagrodą Literacką Gdynia. Doktor nauk humanistycznych. Nauczycielka akademicka. Ultramaratonka. Fotograficzka. Mieszka w Krakowie. Pracuje nad debiutem prozatorskim i trenuje do przyszłorocznego biegu wzdłuż Wisły.

www.fragile.net.pl – nowa odsłona

Dodaj odpowiedź