Świetlówka. O malarstwie Karola Palczaka

0
380

                                                                 

Dopiero pół roku temu odkryłam malarstwo Karola Palczaka. Był czerwiec, przeglądałam internetowe wydanie „Tygodnika Powszechnego”. Polecono mi bowiem artykuł Piotra Kosiewskiego pt. Jest potencjał, m.in. o malarstwie polskich artystów urodzonych w latach 80. i 90., a zwłaszcza część dotyczącą malarstwa Karola Palczaka – „To coś dla ciebie” – usłyszałam. I rzeczywiście: Palczak maluje moje wspomnienia, przeczucia i sny.

Mam zwyczaj, że każde nieznane mi nazwisko w czytanym właśnie artykule od razu wpisuję w wyszukiwarkę internetową. Piotr Kosiewski napisał o malarstwie Karoliny Jabłońskiej, Tomasza Kręcickiego, Cyryla Polaczka, Martyny Czech, Mikołaja Sobczaka i Karola Palczaka. Z gniewnymi, pełnymi bólu, rozpaczy, strachu i obrzydzenia obrazami Jabłońskiej i Czech spotkałam się już wcześniej, ale to – Karol Palczak – o którym dotąd nic nie wiedziałam – wydał mi się najbliższy. Artykuł był zilustrowany jego obrazem Prostytutka (2017). Szczupła dziewczyna ubrana w krótką spódniczkę i podkolanówki stoi – jak sobie wyobrażam – przy drodze wylotowej. Może w stronę Przemyśla? Wszak Palczak pochodzi z nieodległej Krzywczy, do której powrócił po ukończeniu krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nogi dziewczyny są skrzyżowane. Zastanawia mnie ta postawa: krzyżuje je z zimna czy dlatego, że wówczas wydają się jeszcze bardziej smukłe? A może po prostu stoi niedbale albo przybiera postawę znudzonego wyczekiwaniem dziecka? Przyglądam się przestrzeni: kilka drzew i krzewów, stara zardzewiała siatka, wyraźnie zaznaczony rów porośnięty zgniłą trawą, słup wysokiego napięcia z dużą skrzynką i przecinające niebo linie, w których płynie prąd. Dziewczyna stoi odwrócona tyłem, można jedynie zauważyć, że ma ciemne włosy, w oddali majaczy niewyraźny księżyc lub słońce, przypomina niewielkich rozmiarów jasną plamę, która nie może rozświetlić szarości nieba i przestrzeni. Musi być wczesna zima albo zmierzch jesieni, bo wciąż nie ma śniegu, jest ponuro i z minuty na minutę robi się coraz ciemniej. Mam wrażenie, że jeszcze chwilę będę patrzeć na obraz i nagle zaleje go nocna lub późnopopołudniowa ciemność. Jedynie intensywnie fosforyzująca żółta kurtka dziewczyny błyska niczym latarnia w zamglonym i pustym krajobrazie. Myślę: dobrze znam ten smutek ludzi, przestrzeni i przedmiotów.

Karol Palczak, ,,Prostytutka”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

Od początku

Karol Palczak chętnie i otwarcie opowiada o swoim pochodzeniu i rodzinnej Krzywczy. „Jestem prostym chłopem ze wsi[1]” – mówi w jednym z wywiadów. „Nie lubię miasta. Miasto nie ma duszy[2]” – stwierdza w innym. Z rozbawieniem i niedowierzaniem czyta się o jego perypetiach związanych z egzaminami wstępnymi do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Podchodzi do nich dwa razy. Za pierwszym razem zdaje egzamin wstępny, ale nie może zostać przyjęty, bo wciąż ma przed sobą zaległą maturę z języka angielskiego. Wraca zatem do domu, czeka rok, zdaje maturę i ponownie zjawia się w murach akademii. Na egzamin Palczak przywozi obrazy w parcianym, zanieczyszczonym przez szczury worku po zbożu, a przy okazji kolejnego etapu egzaminu nagle dostrzega krwawe plamy na ubraniu, bo tuż przed odjazdem autobusu do Krakowa ojciec poprosił go o zabicie kaczki. Ton opowieści wydaje się swobodny, naturalny i bezpretensjonalny. Jednak co innego przyciąga moją uwagę: nierozerwalny związek pomiędzy miejscem zamieszkania a twórczością.

Krzywcza to mała miejscowość na Podkarpaciu, a o Palczaku w środowisku malarskim mówi się „Rembrandt z Bieszczad”, choć geograficznie to wciąż Pogórze Dynowskie. Sprawdzam: Krzywcza liczy zaledwie pięciuset sześciu mieszkańców i leży dziewiętnaście kilometrów od Przemyśla. Od razu porównuję z moją rodzinną wsią, bo to skąd pochodzimy – również w moim przypadku – zawsze pozwalało mi ustosunkować się wobec niepojętego ogromu świata. W moich rodzinnych Racławicach mieszka osiemset trzynaście osób. W tej liczbie, jak nagle sobie uświadamiam, również ja jestem uwzględniona, bo nigdy się stamtąd nie wymeldowałam i wciąż płacę podatki w pobliskich Gorlicach. Uznaję, że oba wyniki muszą być zawyżone. Pięćset sześć osób, a w tym najpewniej Karol Palczak, to niewiele. Od razu przypomina mi się również rozmowa sprzed kliku dni o nieruchomościach. Znajoma poleca Pogórze Przemyskie. – „Tam jest mało ludzi, pusto, bardzo tanio” – mówi. – „Pięknie” – dodaje na koniec. Myślę teraz o trzech słowach: mało, pusto i pięknie. Czy nie tak postrzegam malarstwo Karola Palczaka? Dodałabym jeszcze, że podskórnie smutno, ale ludzie kochający najgłębsze prowincje dobrze wiedzą, że tak musi być. I że ten smutek może być przeszywająco piękny.

Twarze i rzeczy

We wczesnych pracach Karola Palczaka można znaleźć kilka portretów. Z czasem z nich rezygnuje, choć – moim zdaniem – wciąż na jego obrazach najważniejsi są ludzie. Do portretowania wybiera najbliższe osoby: babcię, ojca, matkę. Widać w tych obrazach wpływ Rembrandta i eksperymenty ze światłem. Bardziej interesuje mnie jednak, że od samego początku Palczak szuka inspiracji w najbliższym otoczeniu. Z obrazu Portret Ojca (2015) spogląda mężczyzna, który siedzi w lekko pochylonej pozie, a ręce zakłada na piersiach. Na jego twarzy widać ślady zmęczenia i ciężkiej pracy. Może się wydawać, że niechętnie pozuje, choć widzę tam inną opowieść. Raczej jest zawstydzony, że właśnie – najpewniej po raz pierwszy – zostanie sportretowany przez utalentowanego syna. Na innym portrecie – w cieplejszych i intensywniejszych barwach – ojciec spogląda w bok (Portret przy oknie, 2015). Wydaje się łagodniejszy, choć wciąż na jego twarzy obecny jest smutek.

Karol Palczak, ,,Portret ojca”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

Na kolejnym portrecie, Babcia (2015), starsza kobieta przed chwilą – jak sądzę – podniosła się z krzesła, jeszcze nie zdążyła się wyprostować, łapie się kuchni i zlewozmywaka. Widać tylko jej profil, ale Palczakowi udało się uchwycić trud fizyczny, z jakim zmaga się kobieta. Chciałoby się natychmiast wszystko rzucić i jej pomóc. Odnajduję na tym obrazie znane mi z dzieciństwa przedmioty ułożone w podobnym porządku: kuchnia, na niej garnek i szklanka z niedopitą herbatą lub kawą, którą ociepla jeszcze nierozgrzana albo stygnąca płyta, koszyk na drewno, który jednocześnie mógł służyć do zbierania ziemniaków, węglarka, kociuba do czyszczenia lub przesuwania rozżarzonych węgli albo drewna i czysta szmatka do podnoszenia za uszy gorącego garnka. Dwa lata później artysta maluje portret tej samej postaci i tytułuje go Kocham życie (2017). Zmienia jednak kolory, obraz staje się mniej realistyczny, ubywa niektórych przedmiotów (np. białej szmatki), a innych przybywa. Widać więcej przestrzeni, ale przede wszystkim ubywa portretowanej – kobieta wydaje się w tym ujęciu jeszcze drobniejsza i bardziej krucha. Nie mam pewności, ale intuicja mi odpowiada, że w ten sposób Karol Palczak portretuje żywych i zmarłych. Z jeszcze większej odległości malarz przygląda się klęczącej matce w Modlitwie (2015). Drzwi, przy których stała stara kobieta, zostały na tym obrazie otwarte, widać część kuchni i pokoju. Tytułowa modlitwa jest jednak na tyle intymna, że artysta przygląda się portretowanej z odległości. Na jego wczesnych obrazach rzeczy i ludzie są tak samo ważne. Może dlatego tak wielką uwagę przykłada do szczegółów: zwykłe guziki na swetrze tytułowej babci są jednym z najbardziej wyrazistych elementów.

Karol Palczak, ,,Babcia”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

Miejsca

Zawsze lubiłam odludne i puste miejsca. Przypominam sobie upalne lato, gdy razem z kuzynką wymknęłyśmy się babci i poszłyśmy dalej, niż zazwyczaj nam pozwalała. Z dużych płyt chodnikowych wyrastały pojedyncze trawy, a żar sprawiał, że widziałyśmy niewyraźnie. Najbardziej pamiętam jednak ciszę, która wtedy poważnie mnie przestraszyła, ale zarazem wydała mi się piękna i nie chciałam jej przerywać. Miałam poczucie, że idziemy w miejsce, w którym kończy się świat, i że nigdy nie trafimy z powrotem do domu albo umrzemy po drodze. Ale szłam coraz dalej i dalej, aż nagle pojawił się niewielki domek kempingowy, może bardziej barak, w każdym razie jakieś miejsce do życia, ale puste i zniszczone. Chyba po raz pierwszy potrafiłam wtedy zwizualizować swój dziecięcy smutek. W dorosłym życiu ułatwiły mi to obrazy Andrew Wyetha. Kiedy patrzę np. na jego Wieczór w Kuerners (1970), przypominam sobie drogę z gimnazjum do domu. Jesień, zimno, niewielki ruch samochodowy, nikt mnie nie mijał po drodze. Gdzieniegdzie na dachach domów leżał śnieg, a kiedy na chwilę wyszło słońce, lekko zamarznięta ziemia zaczynała lśnić. Przystanęłam i patrzyłam na – kiedyś na pewno – biały dom, który teraz przybrał kolor mokrego piasku. Na jednej ze ścian, niemal od góry do dołu, widać było pęknięcie. Dwa tygodnie temu (i kilkanaście lat później) pokonywałam tę samą drogę. Co prawda ruch samochodowy nieco się zwiększył, ale pęknięcie pozostało to samo, odniosłam wrażenie, że nie powiększyło się nawet o centymetr. Dom wydawał się niezamieszkany, choć w obejściu kury zbite w niewielkie stadko chroniły się przy szopie przed deszczem, a małe czarne kocię na ułożonych pod dachem deskach dygotało z zimna. Na polach dogorywał pierwszy śnieg.

Karol Palczak, ,,Piekło”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

W 2015 roku Karol Palczak namalował Piekło, które od razu skojarzyło mi się z pracami Andrew Wyetha i moim powrotami ze szkoły. Na obrazie opuszczony budynek – być może nieukończony dom – stoi samotnie wśród drzew bez liści, obok jest dziecięca huśtawka, której najpewniej nikt od dawna nie używał. To znów jesień lub wczesna zimna, trawa brązowieje, zaczyna gnić. Jest bezludnie i posępnie. Wydaje się – tak jak na pracach Wyetha – że panuje absolutna cisza, a świat jest wymarły. Ten obraz mógł zapoczątkować nastrój, który pojawi się w kolejnych pracach Palczaka – szczególnie w moich ulubionych obrazach z wystawy zatytułowanej Bhagvan (można było ją oglądać w krakowskiej galerii Potencja). Podobnie jak na obrazach Wyetha również u Palczaka pojawiają się pojedynczy ludzie w pustych i przygnębiających przestrzeniach. Dodatkowo Palczak w Bhagvan maluje postaci w jesiennej lub zimowej scenerii, które wzmacniają poczucie izolacji i ciemności.

Kiedy patrzę na obraz Skin (2017) i Skin II (2017), niemal fizycznie czuję gniew ogolonego na łyso człowieka. Na pierwszym z nich postać ma spuszczoną głowę, jest noc, idzie przed siebie, odznacza się tylko biel karku mężczyzny. Na drugim obrazie widać więcej – jest zima, śnieg, wydeptane ślady na środku drogi. Wyobrażam sobie, że mężczyzna – samotny w swoim gniewie – ani razu się nie odwraca. Musi być zupełnie cicho, słychać tylko miarowe uderzenia jego ciężkiego wojskowego obuwia albo – jeżeli jest lekki mróz – trzeszczenie śniegu. Obrazy Karola Palczaka zawsze powodują u mnie pytanie o postaci: skąd przed chwilą wyszły? O czym myślą? Co czują? Dokąd może iść tytułowy skin? Wraca do domu czy może dopiero z niego wychodzi? Co lub kto go rozgniewało? Wszystkie obrazy z Bhagvan zostały namalowane w Krzywczy. Można się domyślić, że autor maluje tzw. miejscowych – osoby z własnej lub nieodległych wsi. Musi być silnie związany z miejscami i ludźmi, które ogląda na co dzień, a ich los staje się dla niego przejmujący.

Karol Palczak, ,,Skin”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

W pojedynkę

W dużym mieście nie umiem myśleć o losie pojedynczego człowieka. Przez okno mieszkania widzę bloki i niby wiem, że ktoś w nich mieszka, czasami zauważam ruch lub postać garbiącą się przy komputerze. Nie interesuje mnie jednak samotność ludzi w mieście albo nie potrafię jej dostrzec. A może po prostu nie wydaje mi się zbyt przejmująca? Za to często myślę o ludziach – żywych i umarłych – którzy zostali w mojej rodzinnej miejscowości, nigdy jej nie opuścili. Co wpłynęło na tę decyzję? A może to nie była decyzja, lecz konieczność? Jest jeszcze inny wariant: nigdy nawet nie pomyśleli, że mogliby opuścić to miejsce. Kiedy patrzę na obrazy Karola Palczaka, przypominam sobie długie i ciemne wieczory, gdy wychodziłam z domu, szłam przed siebie, a po drodze nikogo nie mijałam. Innym razem wspominam noce, gdy wszystkie latarnie były już pogaszone, a ja wracałam do domu i w żadnym gospodarstwie nie paliło się światło. Wydawało mi się, że zostanę w Racławicach do końca życia i po prostu któregoś dnia – co będzie wybawieniem – umrę.

Karol Palczak, ,,Śliwy”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

Malarstwo Palczaka – jak sam mówi – jest osobiste i emocjonalne, i chyba we mnie również rezonuje w ten sposób. Na obrazie zatytułowanym Śliwy dziewczyna wychodzi z ciemności, ręce ma schowane w kieszeniach kurtki, oświetla ją delikatne światło – może latarni albo samochodu? Wystarczy, żeby cofnęła się kilka kroków i znów zniknęłaby w cieniu. Dwa drzewa pobielono na zimę, jedno z nich jest ukryte w ciemności. Zwraca uwagę jasny, intensywnie biały pas na sportowej kurtce dziewczyny, jakby ktoś pomalował jej ubranie tą samą farbą. Podobnie intensywny kolor kurtki miała przecież dziewczyna na obrazie Prostytutka. Ten akcent nie tylko kieruje wzrok na sylwetkę, ale pozwala również wyłonić ją z ciemności. W Bhagvan bowiem wszystkie postaci wydają się samotne: skin, prostytutka, dziewczyna przy drodze, mężczyzna z obrazu Palenie świętych obrazów czy – odwrócona plecami – Aśka. Przez moment ma się wrażenie, że może mężczyzna z obrazu Jedynka (2017), ciągnięty w zimie na oponie, lub ten sam na sankach (na dwóch obrazach bez tytułu z 2016) jest radosny. Jednak nie można się tego dowiedzieć, ponieważ ma założoną kominiarkę, która przypomina „trupią twarz”. Wzbudza we mnie niepokój, trudno postrzegać go jako pędzącego w środku zimy radosnego człowieka, który wydaje pełne strachu i podniecenia okrzyki. Spoglądam na ścianę i w myślach układam obok siebie te trzy obrazy: wydaje mi się, że nie mogłabym zbyt długo na nie patrzeć, bo – oprócz smutku – Karol Palczak potrafi doskonale pokazać niepokój. Nawet niepozorny bałwan, którego namalował na pięciu obrazach, najpierw wydaje się zdziwiony i pełen życia, ale na każdym kolejnym staje się coraz bardziej smutny i odrażający, aż ostatecznie przypomina trupa, któremu oczy zaszły bielmem (Snowman V).

Karol Palczak, Bez tytułu, olej na desce, dzięki uprzejmości artysty

W ogniu

Nawet kiedy Palczak maluje pejzaże pozbawione ludzi, ma się poczucie, że są one wewnętrznym zapisem stanu emocjonalnego – melancholii i smutku. W ostatnim cyklu zatytułowanym Codziennie jeden pożar, za który artysta został uhonorowany Grand Prix 44. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2019[3], widać wzmożony ruch. Nie oznacza to jednak, że wcześniejsze prace nie są dynamiczne. Obrazy Palczaka są narracyjne właśnie przez to, że pokazują ludzi podczas ich codziennych aktywności. Prowokują do opowieści, stają się miniaturami literackimi i chyba to w równym stopniu – obok ciemnego piękna – pociąga mnie w tym malarstwie.

Karol Palczak, ,,A my nie chcemy uciekać stąd”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

Na platformie VOD TVP w serii Portrety można znaleźć krótki film z udziałem Karola Palczaka. Zainteresowała mnie jego metoda pracy przy niektórych obrazach: nagrywa lub fotografuje, zbiera materiały, aby je potem twórczo przekształcić. Na filmie obserwujemy np. moment, gdy jego przyjaciele pomagają mu podpalić namoknięte siano, skaczą przez dym, wokół ogniska wytwarza się braterska wspólnota. Dlatego potem Palczak tytułuje prace ich imionami: Tobiasz, Ivan z Krzywczy, OscarKarol. Czuć silny związek z miejscem pochodzenia i ludźmi, którzy go na co dzień otaczają. Karol Palczak twierdzi, że cykl Codziennie jeden pożar wyraża m.in. gniew. Nie jest to jednak tylko jego uczucie, lecz również ludzi mieszkających w Krzywczy, których twardy kapitalizm często zmuszał do wyjazdu z kraju lub wpędzał w ubóstwo. Malarz staje zatem po stornie bliskich mu ludzi, ale także tej części społeczeństwa, która nie odnalazła się w trudnej rzeczywistości. Trzeba wziąć pod uwagę, że Krzywcza leży w województwie podkarpackim, które od lat zajmuje w rankingach jedno z najwyższych miejsc pod względem osób dotkniętych niedostatkiem, a w 2016 r. odnotowano w tym województwie najwyższą w skali kraju stopę ubóstwa skrajnego[4]. Palczak wypowiada się zatem politycznie, jest to głos zaangażowany i gniewny, lecz wypływający z czułości wobec tych, których portretuje. Jeden z obrazów – A my nie chcemy uciekać stąd – to tytuł piosenki Jacka Kaczmarskiego, inny zaś – Stanął w ogniu nasz wielki dom, dom dla psychicznie i nerwowo chorych – jest cytatem z tejże. W tej piosence Kaczmarski opowiada o dramatycznym zdarzeniu z lat 80., do którego doszło w miejscowości Górna Grupa. W wyniku zaniedbań wybuchł pożar w szpitalu psychiatrycznym. Spłonęło pięćdziesiąt pięć osób, a wiele zostało rannych. A my nie chcemy uciekać stąd – mówią zatem postaci na obrazie Karola Palczaka. Co wobec tego należałoby zrobić? Może podpalić świat i zacząć wszystko od nowa? Ogień ma przecież właściwości oczyszczające.

Świetlówka

Obrazy Karola Palczaka są dla mnie jak flashbacki, nagle wydobywają z pamięci albo snów przeżyte lub wyobrażone obrazy, zapachy i smaki. Bardzo długo nie umiałam zobaczyć pewnego wczesnego wspomnienia z dzieciństwa, towarzyszyło mi jedynie niejasne przeczucie. Wielokrotnie do niego wracałem, zawsze bezskutecznie. Kiedy zobaczyłam obraz Karola Palczaka zatytułowany Świetlówka w stajni, wszystko stało się wyraźniejsze. Nie wiem, czy wydarzyło się to naprawdę, ale obraz podpowiedział mi, że mogło być tak: wychodzę późnym wieczorem przed dom w piżamie i wpatruję się w budynek stajni. Widzę, że jarzy się tam światło, wołam matkę. Wyczekuję jakiegoś ruchu, który potwierdzi, że matka żyje i zaraz do mnie przyjdzie. Wyłania się z ciemności, stawia przede mną bańkę z mlekiem, a jej ubranie czuć chłodem, jakby wróciła zza światów. Ta świetlówka śniła mi się po nocach, a Karol Palczak ją namalował.

Karol Palczak, ,,Świetlówka w stajni”, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty

Autorka tekstu i redakcja Fragile dziękują Karolowi Palczakowi za udostępnienie reprodukcji obrazów.

 

 

 

 

Urszula Honek – ur. 1987. Wydała dwa zbiory poezji: Sporysz (2015) i Pod wezwaniem (2018). Laureatka m.in. Grand Prix Konkursu Poetyckiego im. R.M. Rilkego oraz Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO.  Publikowała m.in. w „Dwutygodniku”, „Piśmie”, „Przekroju” i „Twórczości”. Dwukrotna finalistka Nagrody Poetyckiej „Orfeusz” im. K.I. Gałczyńskiego. Pochodzi z Racławic (k. Gorlic). Mieszka w Krakowie.

 

[1] https://culture.pl/pl/artykul/karol-palczak-jestem-prostym-chlopem-ze-wsi-wywiad

[2] https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25528448,karol-palczak-rembrandt-z-bieszczad-odkryl-sztuke-zbierajac.html

[3] Podczas konkursu Karol Palczak pokazał trzy płótna: Dym, Stanął w ogniu nasz wielki dom, dom dla psychicznie i nerwowo chorych oraz Ogień.

[4] https://rzeszow.wyborcza.pl/rzeszow/7,34962,22957176,podkarpacie-jednym-z-trzech-wojewodztw-dotknietych-niedostatkiem.html

Fragile – nowa odsłona

Dodaj odpowiedź