Twierdza Kraków wobec sztuki współczesnej

0
127

Charakterystycznym rysem cyklicznego festiwalu ArtBoom jest dążenie do rzeczywistego zaistnienia sztuki w tkance Krakowa. Częsta rezygnacja z prezentacji muzealno-galeryjnych na rzecz akcji i happeningów, które odbywają się w miejscach publicznych, oraz realizacji site-specific, umożliwiają zupełnie inną od tradycyjnej formę partycypacji w doświadczaniu kultury współczesnej – bardziej bezpośrednią i nieobciążoną nadmierną egzaltacją.

Tegoroczny festiwal jeszcze mocniej zaistniał w lokalnym kontekście w związku z ideą przewodnią, wyrażoną w tytule – Twierdza Kraków.  Konotacje militarne tytułu, jak zawsze, gdy podejmujemy o nich rozważania, mogą przywodzić na myśl obawy posądzenia o nadmierny intelektualizm, już nudny i powielany za często, oscylujący wokół problemów więzienia, władzy czy osaczenia. Na szczęście dzięki dosadnym interwencjom artystycznym, dostępnym niemal dla każdego, zrealizowało się trafione „tu i teraz” festiwalu. Wniosek, który sam nasuwa się już na samym początku refleksji, jest taki: Twierdzę Kraków należy odkurzyć, bo to zabytek światowej klasy, interesujący nie tylko dla znawców militariów, z potencjałem znacznie szerszym. ArtBoom dosłownie i w przenośni jest niezłym zaczynem tego potrzebnego fermentu. Fantastyczne odkrycie uczynione przez artystów tego gorącego lata w Krakowie zawarte jest w scenariuszu filmu MS 101 Karola Radziszewskiego, który opowiada o wzajemnej miłości poety Georga Trakla i filozofa Ludwiga Wittgensteina. Czy ktoś z Państwa wiedział, że w Twierdzy Kraków stacjonował w czasie pierwszej wojny światowej jeden z najważniejszych filozofów XX wieku i stworzył tu podwaliny teoretyczne do swojego najważniejszego dzieła?

Guerrilla Girls, z archiwum Krakowskiego Biura Festiwalowego, fot. Weronika Szmuc

Od początku festiwalu towarzyszył mu do znudzenia powtarzany frazes – sztuka współczesna nie jest zrozumiała, naprędce formułowane rady – należy edukować publiczność, wygłaszane demagogie – lepiej publiczne pieniądze przeznaczać na remont chodników i budowę dróg. Starając się zainspirować debatę już na konferencji otwierającej imprezę, organizatorzy postawili pytanie: czy w Krakowie jest miejsce dla sztuki współczesnej? To samo powtarzano potem na przykład w trakcie zorganizowanego w kawiarni Gazeta Cafe spotkania przedstawicieli władz i artystów. Zasadniczo pytanie brzmi jak retoryczne, jednak –jak pokazały następstwa zdarzeń – może właśnie cały szkopuł tkwi w tym, aby powszechnie uświadomiono sobie, że pytanie jest właśnie takie i zaprzestano je zadawać, a w konsekwencji zaczęto natomiast toczyć ambitną rozmowę o jakości artystycznych realizacji, w których chcemy uczestniczyć.

Z rozmysłem zwracam uwagę na znaczącą cechę ArtBoomu, którego specyfika polega na tym, że w przeciwieństwie do części festiwalowych produkcji KBF-u, takich jak Sacrum Profanum czy Opera Rara, produkuje wydarzenia ogólnie dostępne, bezpłatnie i dla nieograniczonej ilości odbiorców, często bez ograniczeń czasowych. Co więcej, te realizacje w jakiejś tam warstwie są zrozumiałe dla wszystkich, są w stanie każdego zainteresować, bo ingerują w teren, na którym się żyje i mieszka. Oczywiście, że odbiór sztuki współczesnej odbywa się na wielu poziomach, że nie każdy będzie w stanie zrozumieć wielopłaszczyznowe refleksje ukryte w dziele, ale wystarczy, gdy czasem sztuka będzie w stanie dzięki jakiemuś nadmiarowi lub wyłomowi w tym, co utarte poruszyć jakąś komórkę w mózgu dotąd nieuaktywnioną. Nikt mnie nie przekona, że inne dziedziny współczesnej twórczości: muzyka klasyczna lub eksperymentalna czy film artystyczny są bardziej zrozumiałe niż sztuki wizualne. Ale to właśnie o tych wszystkich realizacjach mających miejsce w przestrzeni publicznej i często reagujących na aktualny kontekst, taki czy owaki, ma szansę toczyć się POWSZECHNA debata, bo one nie są zamknięte w muzealnych czy koncertowych salach, osiągalne są dla tych, którzy chcą od czasu do czasu wstać sprzed telewizora. Niestety zdarza się też tak, że w momencie, gdy mamy dzieło lub jakiegoś artystę na naszej ulicy zjawia się ktoś, kto pyta: „i to ma być sztuka?” a ktoś inny, równie mądry, podejmuje ten temat. Zdecydowanie możemy wówczas uznać pytanie za retoryczne.

Dorota Nieznalska, Kraków – Stolica Polskiej Pamięci, z archiwum Krakowskiego Biura Festiwalowego, fot. Weronika Szmuc

Cieszy natomiast udzielona Festiwalowi uwaga gazet codziennych. Jedna z takich zwróciła się do mnie z prośbą o recenzję, krótką i na „za chwilę”. Z jednym zaznaczeniem – miała być negatywna. Niemniej jednak to niezwykła sytuacja, że tak wiele artykułów pojawiło się na temat jednego wydarzenia artystycznego, a nagłówki zachęcały do czytania, na przykład: Kto tu z kim wojnę toczy (Gazeta.pl, 22.06.2012), Winni są dziennikarze (Gazeta.pl, 26.06.2012), Mamy pierwszy skandal… („Dziennik Polski” 16-17.06.2012), Grolsch ArtBoom Festival wymyka się spod kontroli („Dziennik Polski” 22.06.2012), Blokowali budowę kopca („Dziennik Polski” 18.06.2012). Czy traktowanie wydarzeń artystycznych jako sensacji dobrze wpływa na dzisiejszy status sztuki? Dopóki sensacja będzie kojarzyła się z atrakcją, rozrywką i przyciągała uwagę, pewnie tak, bo nic nie może bardziej zaszkodzić sztuce niż brak odbiorców.  No, chyba tylko nieświadomi decydenci.

Nadejdą może czasy (gdzieś około 2400 roku), gdy mass media będą zainteresowane rzetelną krytyką a społeczeństwo czytaniem ambitnych czasopism i komentowaniem sztuki. Tymczasem  Ryszard Kozik przyznaje, że „takie są współczesne media – nie ma w nich miejsca na pogłębione analizy, bo zwyczajnie się nie klikają” (Wmontowani w cyca. Kto tu kim manipuluje?, Gazeta.pl, 27.06.2012). Broni się przed zarzutami artystów, według których media są nierzetelne i „gdyby dziennikarze nie użyli słowa cyc [tu należy wyjaśnić, iż cycem został ochrzczony pomysł Tandemu Ba-bi zatytułowany Sen Kraka – Twierdza 33 zamiany Kopca Kraka na wielką pierś), nikt by nie zwrócił uwagi na formę projektu”. Jestem bliska przyznać dziennikarzowi rację, co więcej o wiele bardziej podoba mi się nazwanie jakiegoś projektu Cycem Kraka, tym bardziej jeżeli w istocie jest igraszką i zabawą.

Puryfikacja, z archiwum Krakowskiego Biura Festiwalowego, fot. Weronika Szmuc

Karty historii sztuki zapełniają opowieści o artystach prowokatorach, których dzieła szokowały i wprowadzały widzów w zdumienie. Mimo upływu czasu  nadal pozostaje w owych wybranych moc zadziwiania, a w odbiorcach pragnienie przeżycia wyjątkowego doznania estetycznego, intelektualnego lub chociaż niewielkiego zaskoczenia. Chcemy, by artysta nie pozostawiał nas obojętnymi na to, z czym się stykamy. Czasem wolimy by przemówił w naszym imieniu, aby na przykład namalował wielki obraz przedstawiający penisa przed siedzibą lokalnych władz (jedna z akcji zatytułowana Członek więźniem FSB zaproszonej na Festiwal Grupy Voina, polegała na wymalowaniu olbrzymiego fallusa na zwodzonym moście naprzeciwko siedziby FSB – dawnej KGB).   Na pytanie o to, co wolno artyście współcześnie (też natrętnie stawiane przy okazji festiwalowych wydarzeń) nie ma odpowiedzi, bo dzięki Bogu nie zostały jeszcze oznaczone granice artystycznej aktywności.

Tomasz Handzlik napisał: „ArtBoom jest jedną z najbardziej napiętnowanych imprez, ponieważ w jego tworzeniu nie biorą udziału miejscy urzędnicy a artyści i kuratorzy” (Festiwal napiętnowany, czyli co różni anarchistę od artysty, Gazeta.pl, 15.06.2012). Nie wydaje mi się to właściwą i zgodną z prawdą argumentacją. Organizatorem Festiwalu jest KBF, więc po części miejscy urzędnicy, a na imprezę zaprasza prezydent Jacek Majchrowski. Artyści i kuratorzy to przecież zwykle Ci, którzy tworzą jakiś artefakt  i najczęściej spotyka on się z obojętnością, uznaniem, albo krytyką – trudno o inną drogę. W przypadku ArtBoomu produkcje artystyczne zostały wystawione na widok publiczny – są zatem trudne do zignorowania.

Działając w przestrzeni miasta, twórcy realnie zagrozili formie status quo, zaanektowali jego kawałki, pokazali mieszkańcom, co można zmienić, na co zwrócić uwagę. Uwidocznili to dotąd niewidziane i niezauważane „dla świętego spokoju”. Dlatego ArtBoom potyka się o różnorodne sprzeciwy ze strony a to radnych, a to miejskiego konserwatora zabytków, albo Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa. Organy te powinny zastanowić się, czy swojej aktywności nie skierować zdecydowanie w inną stronę: ku polepszenia jakości estetycznej w ramach ambitnego planu zagospodarowania przestrzennego miasta, zapominając na chwilę o kontrofensywach wobec  akcji, wprowadzających ożywienie w tkankę starego miasta. Zastanawiam się, czy ArtBoom spotkałby się z podobnymi zakazami, gdyby postanowił swoje działania przeprowadzić w dzielnicach poza centrum, na przykład w Nowej Hucie czy Kurdwanowie? Czy wówczas kogoś z urzędników zainteresuje, co robi się na ich podwórku – wiemy już jakie są reakcje w Podgórzu, ale pamiętamy jak długo stała na Al. Róż w Nowej Hucie kiepska rzeźba Krzysztofa Krzysztofa, postawiona tam dlatego, że nie chciano jej na Placu Marii Magdaleny i zrobiono łaskę artyście w geście „docenienia pracy twórczej ludu”. Rodzajem takiego szerokiego gestu jest ArtBoom – władze Krakowa organizują festiwale, ponieważ są one częścią strategii budowania ich wizerunku oraz marki, i na szczęście, bo mamy festiwal, którego potrzebujemy. Szkoda, że nie jest jedną z części składowych rzetelnego i kompletnego programu dofinansowania wartościowych i potrzebnych społeczeństwu działań kulturalnych w ramach dalekowzrocznej polityki kulturalno-edukacyjnej.

Ci co nie lubią sztuki współczesnej zwykli używać kryzysu jako argumentu przeciwko wydawaniu pieniędzy na działania artystyczne. Zapominają niestety, że każde działanie artystyczne ma dla odbiorcy wartość także edukacyjną – czy na edukacji można oszczędzać? Chyba jednak lepiej na chodnikach, albo na biurokracji, jeżeli chcemy, aby nasze dzieci nie zasiliły grona głupców.

TRANSEURO 2012, z archiwum Krakowskiego Biura Festiwalowego, fot. Weronika Szmuc

Z dzieł zrealizowanych w ramach tegorocznego ArtBoomu bardzo podoba mi świnia Mateusza Okońskiego (praca zatytułowana Puryfikacja) – zabawna, bogata w treści i motywy interpretacyjne. Wartościowy i fajny okazał się projekt Cecylii Malik 6 rzek. Skierował uwagę mieszkańców miasta na Wisłę, rzekę, którą często traktujemy jak ściek i pokazał, jak bardzo sztuka może przypominać nie-sztukę. Wyśmienity pomysł Piotra Wysockiego rozegrania meczu Transeuro 2012 niestety nie został zrealizowany w czasie trwania Euro, ale i tak w wesołej konwencji zwrócił uwagę, że może istnieć sport bez uprzedzeń. Doceniam pomysł Guerilla Girls – tak często niektórzy zarzekają się, że nie są feministkami lub feministami z powodu wiary w utarte stereotypy, oraz działania w ramach kinoreAKTYWACJI, z których powinni inspirację czerpać miejscy urzędnicy stojący na straży kształtu naszej twierdzy. Im więcej takich akcji w Krakowie, tym lepiej dla wszystkich. A mury runą, runą, runą i zostanie świnia na rzece, na której dopłyniemy aż do raju, gdzie grass is green and the girls are pretty…

Dodaj odpowiedź